Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Mijają mi już nie tygodnie, tylko miesiące. Mimochodem, niechcący zacząłem wrastać w społeczną tkankę Londynu, stając się kimś w rodzaju rezydenta. Mam konto w banku, kartę kredytową, kontrakt na telefon komórkowy. Lada dzień założę firmę i kupię samochód. Wcale tego nie planowałem. Wyszło jakoś tak samo. Musiałem założyć konto, bo niektórzy klienci płacą tylko czekiem, kartę kredytową wziąłem, by móc dokonywać zakupów online lub przez telefon, zamówiłem nowy wypasiony telefon i podpisałem umowę, bo zbyt dużo płaciłem w systemie prepaid. Firmę będę musiał założyć, by przestać pracować na czarno, mieć ubezpieczenie i po 10 latach przejść na nisko płatną emeryturę... I tak dalej. Krok po kroku wywłaszczam swój polski stan "nicnieposiadania". Więcej posiadam tu, choć to co najważniejsze wciąż pozostaje w Polsce, ukochanym kraju, do którego nie mam na razie po co wracać.
Mam świadomość, że żaden wybrany lub niewybrany prezydent, rządząca ekipa ani Gabinet Cieni, nie wpędził mnie w kłopoty. Zrobiłem to sam i sam też chcę z tego wybrnąć. Zachlać się na śmierć można wszędzie, ale odkuć tylko za granicą. To smutna prawda tysięcy wygnańców, którzy zdecydowali się zaryzykować podbój swojej Wyspy Obiecanej.
Śmieszy mnie, a zarazem niepokoi mój obecny status. Czysto polski, atawistyczny strach, że stan spokoju i stabilizacji to sen-mara, nigdy mnie nie opuszcza. W mojej głęboko słowiańskiej duszy nie mieści się permantny dobrobyt jako norma. Dla Anglików i innych członków cywilizacji Zachodu wysoka stopa życiowa jest czymś normalnym od stuleci i zupełnie nie wyobrażają sobie, że to się może zmienić. Kredyt goni kredyt, co tydzień czeka koperta od księgowej, można planować inwestycje i spokojnie oczekiwać jutra. Polak tego prędko nie zrozumie. Za długo żył w komuniźmie, a potem w warunkach rodzącego się w bólach kapitalizmu. Może następne pokolenia będzie stać na luksus nie przejmowania się tym, co przyniesie przyszłość.
Jakże się uśmiałem, kiedy Barclays zaproponował mi 15 000 funtów pożyczki na 5 lat! Mało tego, gdybym chciał więcej, wystarczyłoby zadzwonić na infolinię i złożyć odpowiedni wniosek.
Czasami nie w pełni pojmuję co się dzieje. Czuję się tak, jak gdyby Opatrzność wzięła sprawy w swoje ręce i kierowała wszystkim bez mojego udziału. Przez całe lato uwijałem się przy malowaniu i sprzątaniu ogrodów, a kiedy nie było konkretnej roboty goniłem z ulotkami bangladeskiej knajpki Tandoori. Zdarzały się roboty przyjemne, lecz najczęściej brałem to, czego inni nie chcieli. Przeżyłem na przykład mrożącą krew w żyłach przygodę u Mr Khana, starego Pakistańczyka, którego nazwałem Pająkiem, bo ciągle dreptał z laską i dogadywał mi podczas pracy. Zacząłem u niego od skoszenia wielkiego ogrodu spalinową kosą. Na szczęście, nabyłem trochę wprawy w naszym domku w górach i wyszło mi całkiem nieźle. Następnie Pająk zapytał, ile bym chciał za pomalowanie domu z zewnątrz. Powiedziałem, że chcę 600 funtów, jednak okazało się, że Pająk nie dosłyszy i musiałem zgodzić się na 500. Dostałem stare, pokrzywione rusztowanie do złożenia i jeszcze starszą, drewnianą drabinę. Budowanie i rozbieranie rusztowania zabierało mi co najmniej godzinę, drabina trzeszczała, jak gdyby za moment miała zostawić mnie na łasce ziemskiego przyciągania, ale trwałem w deszczu, wietrze i słońcu. Rusztowanie chwiało się na wszystkie strony, a ja tańczyłem niby linoskoczek, zerkając niepewnie w dół.
Obiecałem sobie, że nigdy więcej nie będę pracował dla Ciapatych, lecz nie dotrzymałem słowa. Tylko oni wtedy do mnie dzwonili. Skończyłem robotę po dwóch tygodniach i zaraz wziąłem następną u Roni, hinduskiej aktorki, u której na ścianie wisiały same zdjęcia znanych aktorów i reżyserów. Jedno z nich przedstawiało plan „Indiany Jonesa” i Stevena Spielberga instruującego hinduskiego chłopca, jak ma grać młodego maharadżę. Roni z dumą oświadczyła, że to jej siostrzeniec. Zapachniało wielkim światem, holiłódem i palmami na bulwarach nad oceanem. Rzeczywistość jednak okazała się brutalna i daleka od filmowych gładkości. Roni była tak skąpa, że odliczała mi minuty pracy, próbując zapłacić na przykład za 2 godziny i 47 minut albo wymyślała nowe zadania, byle tylko nie puścić mnie przed czasem. Poza tym władowała mnie na niezłą minę. Najpierw pomalowałem jej kuchnię i położyłem nowy silikon w łazience, potem zażyczyła sobie, abym przyciął drzewo sąsiada, które agresywnie rozrosło się na jej stronę. Wziąłem drabinę, obcinak i ruszyłem do boju. Roni stała pode mną i błagała, by wyciąć jak najwięcej od strony sąsiada. W pewnej chwili coś poleciało w moją stronę. Była to butelka po tanim winie. Uchyliłem się i szybko zeskoczyłem z drabiny. W tej samej chwili do płotu dopadł czerwony na gębie facet z dwudniowym zarostem i obłędem w oczach. Wrzeszczał, że dzwoni po policje albo nie, sam mnie zabije.
- Wyluzuj, stary – mruknąłem - Ja tu tylko pracuję.
Popatrzył na mnie wzrokiem Ghurka albo Taliba i wziął się za Roni. Obiecał za każdą gałąź obciąć jej jeden palec, a jeśli braknie to także jej dzieci. Później sprawa zrobiła się polityczna, bo był Pakistańczykiem, ona zaś Hiduską. Pojawił się Kaszmir i reszta zaszłości. Wycofałem się cichaczem. Wróciłem za dwa dni po pieniądze, ale pracować już u niej nie chciałem.
Ostatni koszmar przeżyłem w ogrodzie u dwóch młodych Angielek. Właśnie kupiły sobie dom z tak zapuszczonym ogrodem, że karczowanie południowoamerykańskiej dżungli było przy tym spacerkiem. Chaszcze, pnącza, wszędobylski bluszcz, wszystko splątane w jeden organizm. Walczyłem z tym przez cały dzień, pogryzły mnie jakieś małe muszki, których ukąszenia swędziały przez kilka dni, a do tego zarobiłem grubo poniżej średniej.
Dziś to już nieistotne. Mam kilka niedużych, ładnie utrzymanych ogródków u miłych starszych pań i to mi wystarcza. Regularnie co tydzień odwiedzam każdą, trochę pracuję, trochę popijam kawę i podjadam bisquity.
Ciapaci odeszli w przeszłość. Jestem dla nich za drogi i do tego nie cierpię pracować z zegarkiem w ręku.
Z malowaniem też poszło wcale nieźle. Po dziadku Pająku przytrafiła mi się Ida, wiekowa, choć wciąż energiczna Indonezyjka z singapurskim paszportem i wielkim domem na zachodnim Actonie – leżącym jakieś 500 metrów od naszego squata. Pewnego dnia zrobiłem dla jednej z klientek kopułki z krzaczków. Wyszły mi jak nigdy wcześniej. Ida akurat szła z zakupów i podejrzała mnie przy pracy.
- Piękne – pochwaliła – Musisz przyjść do mnie.
I zaczęło się. Przyciąłem krzaki, potem róże, potem drzewa, aż wreszcie doprowadziłem cały ogród do idealnego stanu. Ida najwyraźniej potrzebowała towarzystwa, bo ciągle pytała co jeszcze umiem i co mógłbym dla niej zrobić. No to pomalowałem jej sufity, następnie ściany,a na koniec cały dom z zewnątrz. Oj, zgarnąłem tam kasy. Ida gotowała mi codziennie różne egzotyczne potrawy, poiła colą i płaciła jak należy. Głównie dzięki niej, wyszedłem na długą prostą i teraz mogę wybrzydzać.
Kolejne malowanie było dla mnie dość przykrym doświadczeniem. Nie, nie żebym na tym stracił, czy coś takiego. Po prostu studentka kupiła sobie mieszkanie, które chciała wyremontować. Nie zwykłem zastanawiać się, jak moi pracodawcy doszli do swoich pieniędzy, ale tym razem mnie ruszyło. Mój, Boże – pomyślałem – Ja na studiach rozważałem, jak intepretować surrealizm Bunuela, szorstkość Bressona, ascezę Antonioniego, ewentualnie jak się napić piwa i wyrwać fajną panienkę, a tu laska sobie flat kupuje. I najmuje magistra do remontu. Zabolało jak cholera. Tego dnia powiesiłem swój dyplom w kiblu. Wisi sobie żartowniś i poprawia mi humor, ilekroć tam wstepuję.
Naprawdę śmieszy mnie fakt, że leworęki magister z zacięciem artystycznym, uchodzi W Anglii za profesjonalnego malarza czy ogrodnika. Trzeba widzieć i słyszeć rozmowy z klientami, by w pełni pojąć ten paradoks. Oni naprawdę liczą, że zrobię świetną robotę. I jeśli mnie potem chwalą, zawdzięczam to nadludzkim staraniom, żeby czegoś nie spartolić. Nie jest mi to dane. Muszę jakość roboty wydrzeć swojej skłonności do niedbalstwa, a brak talentu zastapić pracowitością.
Ale nic to. Wrzesień powoli kończy swój żywot w tym roku. Siedzę sobie pod drzewem i wyrywam chwasty. Słońce mi świeci, ptaki śpiewają. W duszy mam naręcza kwiatów. Mój stary kumpel, malutki ptaszek z pomarańczową klatką piersiową siada na płocie i czeka, podśpiewując. Wie, że stołówka już otwarta i lada moment pojawi się jakaś tłuściutka glista. Zawsze jest przy mnie, kiedy pracuję w ogrodach babć wzdłuż Carberry Avenue. Nie spieszę się. Mrs Guth nigdy mnie nie pogania, a wręcz mówi, żebym się nie zmęczył, bo to w niczym nie pomoże.
Nagle widzę Monikę, byłą i ulubiona pracowniczkę, podporę mojej firmy. Ma na sobie biały fartuch, a jej ręce ubabrane są mąką.
- Cześć, szefie. Co słychać?
Dobrze, że nie powiedziała tego po angielsku, bo szlag mnie trafia, ilekroć jakiś Ciapak zwraca się do mnie: hello, boss.
- Leci, opada i znów leci – odpowiadam filozoficznie – Lepiej ty powiedz jak sobie radzisz.
- Wróciłam do mojej dziury w podkarpackiem. Pracuję w piekarni za 1200 brutto.
- Ożesz, fuck – plątam się między językami – Jak z tego wyżyć?
- Z trudem, ale jeśli się wraca do rodziców, to przynajmniej czynsz odpada. Może zresztą pojadę zbierać owoce do Hiszpanii. Zawsze chciałam zobaczyć Andaluzję.
Wzdycham ciężko. Kolejny magister UJ wyjeżdża za chlebem. I po co myśmy się wszyscy uczyli? Dla siebie – magiczne hasło klucz powoli przestaje wszystko tłumaczyć.
Pamiętam, że Monika też popadła w tarapaty finansowe. Uparcie trwała w mieszkanku pod Wawelem kosztem większości zarobionych pieniędzy. Mężczyźni przychodzili i odchodzili, czasem płacili, częściej nie. Współlokatorka pomieszkała raptem 3 miesiące. Monika jednak nie umiała się przenieść ani zrezygnować. Nasze upory, nasze wybory.
- A ty co robisz? – pyta, zabawnie przekrzywiając głowę.
- Grzebię w ziemi.
- Jesteś grabarzem, czy co?
- Nie, ogrodnikiem.
- Kto by pomyślał...
W milczeniu przyznaję jej rację. Schylam sie po wybujały chwast.
- Przyznasz, że spieprzyłem nam życie – mówię, odwracając się, ale jej już nie ma - Nie byłem dobrym szefem...
Bo nie byłem. Ludzkim tak, sympatycznym pewnie też, troskliwym i odpowiedzialnym – na pewno, lecz nie byłem w stanie zapewnić moim ludziom bezpieczeństwa ani rozwoju zawodowego. Byłem uczciwy – jak mówią Anglicy – as much as possible, jednak bez pieniędzy, talentu do zarządzania, genialnych pomysłów – po prostu nie miałem szans.
Przegrałem zresztą już na starcie. Nie wiedziałem wtedy tego, co teraz wiem. Po pierwsze nie zdawałem sobie sprawy, że błyskawiczne kariery biznesowe, polegające na wciskaniu klientowi tego, czego nie potrzebuje, kończą się równie szybko, jak się zaczęły. Po drugie posiadałem znaczny balast w postaci wspólnika alkoholika. Po trzecie i ostatnie rozpoczynanie jakiegokolwiek biznesu bez odpowiedniego zaplecza finansowego, prędzej czy później musi się zemścić.

Opublikowano

Najpierw małe poprawki techniczne:
Obiecałem sobie, że nigdy więcej nie będę pracował dla Ciapatych, lecz nie dotrzymaem słowa - dotrzymałem
stan nicnieposiadania - najlepiej zapisać kursywą, bo chyba nie ma takiego słowa (nicnieposiadanie)
Jedno z nich przedstawiało plan „Indiany Jonesa” i Stevena Spielberga instruującego hinduskiego chłopca, jak ma grac - grać
tej samej chwili do płotu dopadł czerwony na gębie facet z dudniowym zarostem i obłędem w oczach - dwudniowym
Regularnie co tydzień odwiedzam każdą, trochę pracuję, trochę popijam kawę i pojadam bisquity - podjadam
Oj, zgarnąłem tam kasy - czegoś brakuje np. trochę, sporo itp.
Mój stary kumpel, malutki ptaszek z pomarańczową klatką piersiową siada na plocie i czeka, podśpiewując - płocie

Jeden z najlepszych squatów. Świetnie się czyta choć zawiera ogromny ładunek goryczy, który zostaje w głowie na dłużej.
salve!

Opublikowano

Śmieszy mnie mój obecny status i zarazem niepokoi. - Śmieszy mnie, a zarazem niepokoi mój obecny status. (tak chyba lepiej?)
to sen mara - sen-mara?
a do tego grubo zarobiłem poniżej średniej. - a do tego zarobiłem grubo poniżej średniej.
Muszę jakość roboty wydrzeć swojej skłonności do niedbalstwa - a to jest piękne
Schylam sie po dorodnego chwasta - chyba po chwast? (może wybujały)
Po trzecie i ostatnie rozpoczynanie jakiegokolwiek biznesu - przed "rozpoczynanie przydałby się chyba jakiś myślnik, czy coś w tym rodzaju
Nagle widzę Monikę, byłą i ulubiona pracowniczkę, podporę mojej firmy. Ma na sobie biały fartuch, a jej ręce ubabrane są mąką. - tego fragmentu nie rozumiem (sen?). Po pierwsze zmiana czasu a po drugie - wita sie z tobą w Londynie, pracując równocześnie w piekarni za 1200 złotych.
podkarpackim - według mnie w podkarpackiem
Tyle uwag. Tekst, jak zwykle u ciebie - wciągający i na wysokim poziomie.

Opublikowano

Dzieki Hombre, pokumam zaraz.

Lechu, dałeś ciała jak ja w Nobody - nie doczytałeś lub zapomniałeś.
Przecież od początku wprowadzam duchy z Polski, które spotykają bohatera - Aneta,
Komornik, Przyjaciel itp. Taki myk, zawsze wprowadzam jakiś, bo inaczej nudno:) Już poprawiam!

Opublikowano

Asher, pod Dziennik Nieco Rubaszny część piąta napisałeś: "A po co Ty piszesz dziennik tyle lat wstecz??? Nie lepiej powieść jakąś albo co? Tematyka tak razi, że ręce same opadają. Tyle masz do powiedzenia, świetnie kierujesz narracją. po co te anachrony??? Sorry, że dopiero za 5-tym razem... "
- Co mam z tego rozumieć? Czy to, że dopiero za piątym razem powiedziałeś mi, że tematyka ciebie razi, i anachrony. Jaka tematyka, i czy chodzi o nieliczne anachronizmy słowne czy też opisywane przeze mnie obrady okrągłego stołu? Z kolei gdy piszesz cyt. " Tyle masz do powiedzenia, świetnie kierujesz narracją..." - to wydawałoby się, że to komplement. No kurde, zakołowałeś mnie, zgłupiałem. Asher, jakbyś mógł więcej światła dorzucić do komentarza, byłbym bardzo rad. Liczę się z twoją opinią, ale nie chcę jej interpretować po swojemu, w końcu to Twoje komentarze.
Pozdrawiam i kłaniam się z szacumkiem

Opublikowano

Tekst leci do ulubionych. Czytałam z przyjemnością.
Twoje przemyślenia, choc smutne, są jak najbardziej słuszne. Tekst bomba. Chyba czas nadrobic zaległości i poczytac części poprzednie.
Pozdrawiam :)

Opublikowano

A ja się upieram przy samotności długodystansowca, choć czasem odpoczywam w miniaturze :)
Ludzie z Londynu mówią mi, że ich to nie obchodzi, bo to przecież znają, ale ludzi w polsce to interesuje. Nawet Uniwerek we Wrocławiu łyknął "Squata" do jakichś badań socjologicznych o Polakach w Nowej Europie. Mnie osobiście nudzi, bo przeżywam to co dnia. Tak apropos, czy Wyspa Obiecana to nie byłby lepszy tytuł?

Opublikowano

Asher, skoro Ty napisałeś jakoby Don Cornellos świetnie kierował narracją, no to musi być w tym coś na rzeczy. - Asher, świetnie kierujesz narracją, to się bardzo dobrze czyta.
Trzym się tam w Anglii, sam się zastanawiam czy na jakiś czas nie wyjechać do Szkocji. Tyle, że tam robiłbym to samo co u siebie w zakładzie. Jestem specjalistą badań nieniszczących (ultradźwięki, radiografia itp) . Z tego co wiem, to brytyjczycy potrzebują takich fachowców.
Pozdrawiam świątecznie :))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...