Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

(konkursowy)

Ku gwiazdom niegdyś twe piękno wychwalałem
Ciebie jasnością wśród ciemności okrzykiwałem
Ku twemu blasku w drogę wyruszałem
Ciebie w swe ręce niegodne pochwycić chciałem

Wśród lazuru morza twą siłę odnajdywałem
W twych odmętach swą duszę zatopić gnałem
Wśród spienionych fal twą niezłomność widziałem
W twych głębinach ukojenia swego poszukiwałem

Pośród pól w drzewie dębu twą moc obejmowałem
Twój szept w liściach wiecznie zielonych słyszałem
Pośród pustki równin ku tobie drogę obrałem
Twój płacz bursztynowy w swe ręce chwytałem

Tak oto jam ciebie miłość ku niebiosom chwaliłem
W stworzeniu świata twą wielkość upatrywałem
Tak oto ciebie w materialną powłokę przywdziewałem
W twej wieloznaczności swe marzenia widziałem

Już twe symbole wszechobecne mego wzroku nie ściągają
Twe obrazy piękna mnie w podróż nieznaną nie pchają
Już zieleń twej życia mocy w myśli nie wpędzają
Twe wdzięki już mnie ze świata jawy nie wydzierają

Bowiem cuda drugiej osoby twe cuda przesłoniły
Jej oczy mą duszę niczym całun niebiański opętały
Bowiem jej duszą twe sługi przed wzrokiem zakryłem
Jej obecność memu życiu cel ostateczny wędrówki nadały

  • Odpowiedzi 307
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.






Piotr Nowy - Wczorajsza Miłość



Jest takie miejsce
gdzie twarze zlewające się
tworzą
coś w rodzaju ornamentu
pięknej pieśni
brzmiącej w porze sobótki
Tam w objęciach mroku
czuję żal zachodzących słońc
Tu płacz spadających gwiazd
miesza się z mym smutkiem...

Co dzień
składam ofiarę z mych słów
wśród wielkich wód
otoczony zewsząd szarością
Tańczę z upiorami przeszłości

Jest takie miejsce
gdzie uśmiech Twój
falujący lekkością
bliski szaleństwu
wita mnie dnia każdego
Pamiętam te chwile
pełne grzechów dziecinnych
wśród leniwych
jasnych pór
kładłaś marzenia swe
naprzeciw snów mych...

Jest takie miejsce
gdzie nikt nie szuka miłości
wsród szkieletów-murów
płyną łzy
łzy przeszłości
Mych planów gruzy

Jednak nie odeszłaś
a mówią - to uczucie
to chemia...



Oli...
Opublikowano

^^^

pragnienie miłości
ale nie miłość spełniona
(jak niektórzy chcą zwać)
bycie pijanym
ale niekoniecznie w rynsztoku
co w przypowieściach o życiu
niektórym autorom się zdarza
spacer
ale nie z tobą
i nie przy zwyczajnym księżycu
muzyka
ale jakby dotyk tylko
łza na wardze
nie do zlizania
mięso na stole
ale nie wiem czemu
jak z obrazu Soutine’a
wiersz
który dedykuje sam sobie
bo w końcu postanawiam
że cię nie będzie

Opublikowano

Powiększenie

jesień
i drzewo
niebo
które jest dzielone
przez to drzewo
dom
na zakręcie
na ulicy
okno
ptak
kroczy za oknem
my okno
znów sam
w oknie
rama
szyba
portret
marzenie
drzwi
pokój
stół
ciastko na stole
ulicą
przechodzi Justyna
której
nie znam
ona
nie zauważa
kałuży
moczy but
i swoja delikatną stopę
bo taka
ma długopalczastą
wchodzi
bosą
mokrą
stopą
w środek
ciastka
pokój
krzesło przy stole
we własnych butach
jestem
wstaję zamknąć drzwi
dzień dobry
nie mówię
nikomu

Opublikowano

*

deszcz zakrywasz dłonią
słońce odgarniasz znad powiek
rosę przechodzisz w poprzek
i z pewnością jesteś naga
na ścieżce co się włóczy
pod lasem
i udaje zagubienie
jesz truskawkę
w zęby wchodzi źdźbło
trawa
promień
słońce

Na łące pasie się dzień

Opublikowano

She lives in Love Street

miała ogród
bez domu
wchodziłem przez parkan
siadałem
ona
i kwiatek na krzewie
zdejmowała
milczała
rozbierała z liści
sok na palcach
starte płatki
palec w ustach
oko we włosach
łza na mnie
była wiosna dość późna
może początek lata
pragnienie
i ja już za furtką

często rozmawiamy o roślinach

Opublikowano

"AKTY"

WSTĘP

płacze
przy oknie
słońce
rośliny
się fiołkują
koperta
połyka kartkę
zakleja się
czarna kropla
spada
oko mruga
brama
z przeciwka
nieszczerze
się uśmiecha
w niedzielne popołudnie po obiedzie

*

jest światło
dotyka skóry
wchodzi w pory
tułowia
rąk
nóg
do oczu
wciągam
głęboko
przez nozdrza
całą moją koniecznością
lenistwo tej chwili
z wolna
gromadzę w sobie
łagodność węża
pozorny spokój wyleniałej kotki
poczucie winy beznogiej jaszczurki
nawet natręctwo brzęczącego owada
nie doprowadza mnie do szału
i wiem
co to miłość!
gdy leżę
przy ścianie
na zmęczonej kołdrze
lub uczestniczę we własnym pikniku
ale
w ogrodzie wiązów


WEJŚCIE

kiedy
siedzę
w lesie
i słucham muzyki
chmury
beznamiętnie
rżną
niebo
jak by
powiedział
poeta
ze mnie
zdejmij
prześcieradło
przyłóż
głowę trawie
radio
nie śpiewa

ODSŁONA I

kiedy przychodzą
drzewa
pod oknem
czekają
ty
?

tu przerwa:
najada się jabłko drzewem
i dalej:
do zgaszonego pokoju
wchodzi wiersz
nie pyta
i siada przy stole
mówimy o życiu
on twierdzi
że ono nie
zależy
od ciebie

ODSŁONA II

gdy wilgoć
przystaje
przed zmierzchem
i chmury
gonią się
nawet nie
zajadle
ujada słońce
znienacka zjawia się
stróż i nadzorca
w jednym
tej historii
co ma być
zmyślona
jak
ja i ty
czyta
na głos spowiedź
dnia
wczoraj
dziś
przerywa
i mówi
że dalej
mu
się
nie chce

ANTRAKT

ta chwila
jak bycie
pijanym
w środku miasta
gdy głos się usztywnia
dla nas
kolacja
śniadanie
obiad
kolacja

TYMCZASEM NAD MORZEM

są łódki
nad morzem
jesteśmy razem
nad morzem
ktoś jest na plaży
i ktoś chce
płynąć dalej

ODSŁONA III

robi się biało
w niedzielę
czy też
w innym
dniu tygodnia
przychodzą
chmury
pod latarnią
nie czekają
mówią
dobranoc
pojawia się kobieta

CHÓR KOMEDIANTÓW LUB GŁOS ZZA SCENY

jak zaklęcie
w bezdomną noc
czekanie na wycieraczce
kulka w ruchu
jak pukanie
do drzwi
wahadło
twierdzenie
moje życie
wysypia się
u ciebie

W TLE

gdzieś gasną
słońca
by mogły
iść drzewa
gdzieś płoną
łąki
by dać tło
wędrującym
gdzieś w deszczu
jest przystanek
nudzi się
i czeka
gdzieś w mchu
zagubił się
kawałek drewna
ma rozłożone na boki
ramiona
i odpoczywa
gdzieś
my jesteśmy

........NA DRUGIEJ SCENIE


ktoś w pustym pokoju
ktoś na trawie się bawi
ktoś wchodzi
ale nie nocą
w dniu urodzin
mówi tak trzeba
i gasi światło

***

PRZYPISY
-KTÓRE MOŻNA SOBIE WSADZIĆ, GDZIE SIĘ CHCE [W TEKŚCIE]

1. balkon nadstawia czoła
2. klęczy drzewo
3. ponoć kobieta z trzeciego piętra naszego bloku ma duszę i ciało co pachnie

- przypis dotyczący mokrego lasu – można tak:

jest głód
ukryty w kącie
jednego tutaj
pagórka
jest droga
co potrafi zabłądzić
do celu
dłoń co szuka
posłania
to znów kromki chleba
żeby zjeść
jest sen co błaźni się
grając za dwóch
pada deszcz
idą
ludzie w mokrych płaszczach
jest ktoś
kto potrafi
jednym
wcale niewymuszonym gestem
skreślić
to co napisaliśmy we dwoje
okrakiem na drogę wchodzi mokry las

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...