Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Opowieść doktora Nobody

– Byłem genialnym dzieckiem...
– ...A teraz? – uczucie niechęci powróciło, niczym bumerang.
– ...a teraz jestem dorosły – Nobody gładko przeszedł nad moim pytaniem. – Już w wieku ośmiu, czy dziewięciu lat zdarzało mi się wyskakiwać z pomysłami, które zbijały z tropu rodziców i nauczycieli. Pierwszy wynalazek opatentowałem mając zaledwie dwanaście lat. Uzyskane w ten sposób pieniądze – niemałe zresztą – pozwoliły mi na zorganizowanie w piwnicach rodzinnej rezydencji sporego, dobrze wyposażonego laboratorium. Co prawda, ojciec mój mógłby mi sam je urządzić, ale wolałem nie być od niego zależny. W wieku szesnastu lat rozpocząłem studia w MIT, a na trzecim roku zostałem asystentem wykładowcy w Katedrze Fizyki Stosowanej. Po uzyskaniu dyplomu i szybkim doktoracie zostałem najmłodszym w historii uczelni profesorem, w specjalnie dla mnie utworzonym Zakładzie Innowacyjności. Nie muszę chyba wspominać, że przez cały ten czas, dalej zajmowałem się wynalazczością, czerpiąc z tego niemałe korzyści.
– Zaiste, piękna kariera – Suliko weszła mu w słowo. – Ale co takiego się stało, że nastąpiła ta przemiana i podjęcie decyzji o pracy na odludziu?
– Wszystko przez tego pieprzonego Polaczka – twarz doktora ściągnął grymas gniewu. – Był moim asystentem i pomagał mi w pracy nad kolejnym pomysłem. Słyszeliście może państwo o systemie przeciwpowodziowym, znanym jako RAFLOOS?
– Coś sobie przypominam. Wielka afera, nagłośniona przez media na całym świecie. Jakieś oskarżenia o plagiat...
– No właśnie. Plagiat! Mnie oskarżono o plagiat, gdy tymczasem to ten sukinsyn wykradł moje pomysły i opatentował w Polsce uprzedzając mnie o kilka dni. I mimo doskonałej opinii o mnie, jako wynalazcy, dano wiarę temu złodziejowi. Nawet moja własna uczelnia wystąpiła przeciw mnie, zwalniając z kierowniczej funkcji. Tego było za wiele! Rzuciłem pracę naukową i – dzięki pieniądzom uzyskanym za patenty, oraz ogromnemu majątkowi odziedziczonemu po ojcu – stworzyłem sobie ten erem, którego nie opuściłem od dwudziestu trzech lat.
– A proszę nam powiedzieć, doktorze w jaki sposób skompletował pan ekipę współpracowników skłonnych dzielić pańskie odosobnienie.
– To jest dosyć długa i skomplikowana historia. Przy pomocy grupy zaufanych prawników wyszukałem ludzi wyjętych spod prawa. Nie byli to jednak prawdziwi przestępcy, lecz ludzie pokrzywdzeni na skutek błędów w postępowaniu prokuratorskim i sądowym. Ludzi takich, jak ja. Ludzi, nie mogących znaleźć miejsca w tak zwanym normalnym świecie. Ludzi, którzy stworzyli wraz ze mną nową społeczność, by nie powiedzieć rodzinę.
– Nie miał pan żadnej rodziny? – zaciekawiła się Suliko.
– Najpierw nie miałem na to czasu, a potem... Potem było już za późno. Ciekawi zapewne państwa, co właściwie tutaj robię. Otóż pracuję nad największym dziełem mego życia – realizacją programu pozyskania taniej energii i to w nieograniczonych niemal ilościach. Sięgam mianowicie do zasobów geotermalnych.
– To chyba nie jest żadna nowość. Na całym niemal świecie, tam gdzie na niezbyt wielkich głębokościach znajdują się gorące źródła wody wydobywa się ją na powierzchnię i wykorzystuje do celów grzewczych, a także do wytwarzania energii elektrycznej.
– Tak, ma pana rację, redaktorze. To wszystko odbywa się jednak na niewielką skalę. Mnie interesuje skala maxi. Niewątpliwie zaciekawiły państwa odgłosy, oraz wyraźnie wyczuwalne wibracje podłoża. To nie jest nic niezwykłego. Po prostu odbywają się wiercenia.
– No dobrze, doktorze. Wierci pan sobie dziurę w ziemi, po jakimś czasie dotrze do zasobów wody, będzie ją wydobywał na wierzch i podgrzewał swoją jaskinię. Gdzie tu jest skala maxi? – wyraziłem swoje wątpliwości.
– Słuszna uwaga, redaktorze. To jest na razie inwestycja pilotująca. Jeśli się uda, będzie można ją wprowadzić na całym świecie.
– Zaraz, zaraz. Czyżby twierdził pan, że w każdym miejscu na świecie, gdzieś tam pod warstwą litosfery znajdują się zbiorniki gorącej wody?
– Nie, absolutnie nie. Sprawa dotyczy jednak krajów, które posiadają duże zbiorniki wody. I nie chodzi o podziemne jej złoża, lecz o wody otwarte, jak wielkie jeziora i morza.
– Nie rozumiem. To skąd ciepła woda?
– Nie ciepła, lecz gorąca. I właściwie, nie woda w powszechnym rozumieniu, lecz para wodna. Na dodatek przegrzana para wodna pod wysokim ciśnieniem.
– Para? Jednak proszę o bardziej jasne wytłumaczenie.
– Dobrze. Spróbuję to zrobić w sposób możliwie jasny. Proszę sobie wyobrazić głęboki odwiert do którego wlewa się woda. Co się z nią stanie.
– Podgrzeje się.
– Słusznie. Im odwiert będzie głębszy, tym jej temperatura będzie wyższa, a jeśli osiągnie punkt wrzenia – zamieni się w parę.
– I co potem?
– Wydostanie się na powierzchnię i będzie napędzać turbiny elektryczne.
– Jak się wydostanie, skoro do dziury będzie się wlewać woda.
– To żaden problem. Jeśli do odwiertu wsadzimy rurę o mniejszej średnicy, to para będzie wydostawać się przez nią.
– No tak, ale tym sposobem okoliczna skała szybko się wychłodzi, bo przecież kamień nie jest najlepszym przewodnikiem ciepła – Suliko również włączyła się do dyskusji – i wówczas proces ustanie.
– Bardzo słuszna uwaga, moja droga. Ale jeśli dwa odwierty znajdą się w pewnej odległości od siebie, powiedzmy jednej mili, to wówczas zasoby ciepła zwiększą się niewspółmiernie.
– A kto przekopie tunel łączący oba odwierty? – zapytałem z nutą złośliwości.
– Wodór, drogi panie. Wodór.
Zrobiliśmy okrągłe oczy.
– Wodór?
– Tak dokładnie, to deuter i tryt.
– Pan chyba oszalał! – wykrzyknąłem. – Chce pan dokonać eksplozji termojądrowej? Przecież to niebezpieczne. A poza tym nie uwierzę, by mógł pan zdobyć bombą wodorową.
– Czy mógłbym zdobyć? – zaśmiał się ironicznie. – Ależ ja tę zabawkę posiadam. Jeśli chcecie zobaczyć, to chętnie was zaprowadzę do miejsca składowania. Ale, szczerze mówiąc to nie ma na co patrzeć. Dopiero w akcji jest warta uwagi.
Znieruchomieliśmy oboje, porażeni tą niesłychaną informacją.
Nie bójcie się państwo, ona sama nie wybuchnie. Detonator w postaci konwencjonalnej bomby atomowej znajduje się w innym miejscu i na dodatek również nie jest uzbrojony. Ale jeśli uzbroicie się w cierpliwość – delektował się przez chwilę swoim kalamburem – to będziecie świadkami tego epokowego wydarzenia.
– Pan naprawdę chce to wszystko tutaj zrobić? Kiedy? – Suliko zacisnęła pięści.
– Ależ zrobię to. I to już za jakieś dwa tygodnie. Odwierty prawie gotowe, bomby czekają na swój Big Bang, zgromadziłem całkiem spory zapas wody w podziemnym jeziorze, turbiny elektryczne dużej mocy już są zainstalowane.
– I sądzi pan, że będziemy czekać dwa tygodnie, aż zrealizuje pan swój szalony eksperyment?
Zaciśnięcie szczęk i gniewne spojrzenie w kierunku dziewczyny trwało tylko kilka sekund, po czym uspokojony powrócił do opowieści.
– Tak, to jest eksperyment, dokładnie jednak udokumentowany, a nie żadne szaleństwo. Dzieje nauki mówią, że wielcy wynalazcy częstokroć byli uważani za szaleńców i dopiero później uznawano ich za geniuszy. Wbrew pozorom cała ta instalacja będzie zupełnie bezpieczna. Podziemny wybuch wytopi w skale wielką kawernę, po czym dopływająca woda, wywołując gwałtowne ochłodzenie, spowoduje spękanie skał i zawalisko, w którym, jak w gąbce będzie się przemieszczać woda, nagrzewać się i w postaci pary wychodzić drugim otworem. Następnie po wykonaniu swej pracy i skropleniu dostanie się ponownie w głąb ziemi. Ponieważ będzie to woda gorąca, proces nagrzewanie będzie przebiegał jeszcze szybciej
– Zaraz, zaraz. Powiedzmy, że wszystko pan przewidział... Ma pan zatem świadomość, że znajdujemy się w bliskim sąsiedztwie styku płyt tektonicznych. Czy wziął pan pod uwagę możliwość, iż wybuch może naruszyć ich stabilność powodując nieobliczalne w skutkach trzęsienie ziemi?
– Owszem, to jest jedyny słaby punkt mego programu. Ale nie miałem możliwości tajnego przeprowadzenia mego eksperymentu w innym miejscu, a poza tym tutaj stopień geotermiczny jest dość niski, więc odwiert nie musiał być zbyt głęboki, a tym samym prace mogły postępować relatywnie szybko.
– A jak się pan zabezpieczył, gdyby jednak doszło do trzęsienia. Postawił już pan na szczycie tej góry krzyże? Mam nawet pomysł na epitafium:
TU NOBODY SPOCZYWA, KTÓRY NIGDY NIE SPOCZYWAŁ.
– Świetny pomysł – zaśmiał się Nobody. – Dopiszę jeszcze:
SYERDCESHTSHIPYASHTSHAYA WIADOMOŚĆ – NIEPRAWDAŻ?
Ku swojemu zadowoleniu dostrzegłem, że Suliko gwałtownie zmieniła swój stosunek do niego – jej twarz wyrażała uczucie będące mieszaniną gniewu i pogardy.
– Tak, panie redaktorze – kontynuował. Na taką ewentualność jestem przygotowany. Jeśli pozwolicie, zapraszam na przechadzkę po moim naukowym królestwie.
Wyszliśmy razem z gabinetu doktora i przeszliśmy długim korytarzem do drzwi zabezpieczonych elektronicznym zamkiem, które – po przeskanowaniu linii papilarnych z palca naszego przewodnika – stanęły otworem. Po przekroczeniu progu znaleźliśmy się w obszernym pomieszczeniu pełnym komputerów i rozmaitych urządzeń sterowniczych. Przy pulpitach przebywało kilka osób obserwujących monitory i od czasu, do czasu wydających półgłosem polecenia do miniaturowych mikrofonów.
– To jest serce całego mojego systemu – powiedział Nobody. – Tutaj odbywa się projektowanie, oraz sterowanie wszystkimi czynnościami dającymi się wykonać automatycznie. Myślę że jedyne, co może państwa zainteresować, to graficzne przedstawienie istoty mego pomysłu.
Podszedł do jednego z komputerów, przez chwilę wyszukiwał odpowiedniego pliku, po czym na ekranie mogliśmy obejrzeć komputerową animację przebiegu procedury.
– Pytał pan, redaktorze, czy jestem przygotowany na ewentualne konsekwencje pobudzenia płyt tektonicznych. Proszę spojrzeć na następną.
Teraz obejrzeliśmy uproszczony schemat możliwego kataklizmu, potem obraz walących się ścian jaskini i figurki ludzi biegnących w jednym kierunku, a następnie zajmujących miejsca w promie kosmicznym, który po chwili wystartował w przestrzeń.
– Chyba nie chce pan powiedzieć, że posiada pan również statek kosmiczny...
– Ależ posiadam. W Rosji można kupić wszystko – zaśmiał się ironicznie.
– I wszyscy pańscy współpracownicy zdołają się w nim pomieścić?
– Ci, którzy zdążą... Zresztą w momencie próby większość z nich będzie poza Sezamem. Na miejscu przebywać będzie nie więcej, niż trzydzieści osób.
– Sezamem? – zdziwiła się Suliko.
– Tak nazywamy naszą jaskinię – odrzekł Nobody. – Moi współpracownicy ponadawali poszczególnym korytarzom odpowiednie nazwy. Korytarz, przez który wtargnęliście do środka nosi nazwę Ulicy Sezamkowej. Ten, przy którym znajduje się mój gabinet, oraz znana państwu jadalnia to Ulica Ali-Baby. Wasze apartamenty znajdują się przy Ulicy Szeherezady, a centralna sterownia mieści się na Ulicy Tysiąca i Jednej Nocy. Miejsce, do którego państwa zaprowadzę później, to Plac Czterdziestu Rozbójników. Oczywiście wszystkie te miejsca opatrzone są odpowiednimi tabliczkami – zaśmiał się szczerze i nagle wydał mi się znacznie bardziej sympatyczny. Po chwili jednak spoważniał i moja dotychczasowa niechęć powróciła ze zdwojoną siłą. – Teraz zechciejcie państwo powrócić do swoich pokoi. Czekają tam na was odpowiednie stroje, w które się przebierzecie i za jakąś godzinę ktoś po was przyjdzie i wówczas będziemy kontynuować zwiedzanie.
DODANO DZISIAJ
Nagle do pomieszczenia wszedł, a właściwie wtargnął niewysoki człowiek o azjatyckich rysach twarzy i wręczył doktorowi Nobody kartkę mówiąc:
– Przed chwilą znalazłem to na portalu www.poezja.org
– Pozwólcie przedstawić sobie państwo moją prawą rękę, człowieka o niespotykanej pracowitości i nieprawdopodobnej cierpliwości. Oto magister Ciongciu Luciong.
Uścisnęliśmy dłoń magistra, a Nobody przeczytał kartkę i szepcząc : – To już koniec osunął się na posadzkę.
Wyjąłem kartkę z jego dłoni i przebiegłem tekst wzrokiem.
– Kurwa! Kurwa! Kurwa!
– Co się stało? – zaniepokoiła się Suliko.
– Masz, czytaj.
Suliko zaczęła czytać na głos:
– dzie wuszka napisała:
[quote] Niepokoi mnie techniczne rozwiązanie. Jeśli woda wlewana się podgrzeje do 100 stopni C to od razu para wydobywać się będzie do góry (zmieni się tylko zwrot wektora), więc nie wtłoczysz jej do drugiej rury, poza tym nawet jeśli, to droga powrotna zapewne ochłodzi parę tak, ze nie da się jej wykorzystać jako gorącej. Jeśli rura będzie U czyli tzw. rogalem, to wtłaczana woda będzie zachowywać się jak w naczyniach połączonych. Obawiam się więc że jest to chyba niemożliwe.
Spojrzała na nas.
– No i spokój. Dlaczego tak kląłeś?
– Jak to dlaczego? Przecież straciliśmy takiego bombowego newsa!

DODANO DZISIAJ
Doktor Nobody ocknął się i powoli uniósł się z posadzki.
- Co tu sie właściwie dzieje, panie redaktorze? Kto w końcu jest autorem - pan, czy dzie wuszka? Nie ma mowy o żadnym końcu. Wstawimy do otworu zawór i, kiedy cała woda zamieni się w parę zmienimy kierunek przepływu, a po wykorzystaniu pary i spadku ciśnienia w kawernie ponownie spuścimy do niej wodę. Cała instalacja będzie więc działała pulsacyjnie. Proszę więc kntynuować swoje pisanie!
- W porządku doktorze. Jednak przedstawienie musi trwać.
Opublikowano
Tego było za wiele! Rzuciłem pracę naukową i dzięki pieniądzom uzyskanym za patenty, oraz ogromnemu majątkowi odziedziczonemu po ojcu stworzyłem sobie ten erem, którego nie opuściłem od dwudziestu trzech lat. - przed "oraz' zbędny przecinek
Najpierw ni miałem na to czasu, a potem - nie miałem
Otóż pracuje nad największym dziełem mego życia - pracuję
Na całym niemal świecie, tam gdzie na niezbyt wielkich głębokościach znajdują się gorące źródła wydobywa się wody wydobywa się ją na powierzchnię i wykorzystuje do celów grzewczych, a także do wytwarzania energii elektrycznej. - to zdanie zgrzyta - dwa razy jest pwtórzone słowo wydobywa
Niewątpliwie zaciekawiły państwa odgłosy, oraz wyraźnie wyczuwalne wibracje podłoża - przecinek
Im odwiert będzie głębszy, tym jej temperatura będzie wyższa, a jeśli osiągnie punkt wrzenia zamieni się w parę. - tu mozna walnąć przecinek przed zamieni
Tak dokładnie, to deuter i tryt. - może lepiej - Tak, a dokładniej to deuter i tryt.
Dzieje nauki mówią, że wielcy wynalazcy częstokroć byli uważani za szaleńców, i dopiero później uznawano ich za geniuszy - też bym wywalił przecinek przed "i"
Podziemny wybuch wytopi w skale wielką kawernę, po czym dopływająca woda wywołując gwałtowne ochłodzenie spowoduje spękanie skał i zawalisko, w którym, jak w gąbce będzie się przemieszczać woda, nagrzewać się i w postaci pary wychodzić drugim otworem - Podziemny wybuch wytopi w skale wielką kawernę, po czym dopływająca woda, wywołując gwałtowne ochłodzenie, spowoduje spękanie skał i zawalisko, w którym, jak w gąbce będzie się przemieszczać woda, nagrzewać się i w postaci pary wychodzić drugim otworem
Ale nie miałem możliwości tajnego przeprowadzenia mego eksperyment w innym miejscu, - eksperymentu
Pytał, pan, redaktorze, czy jestem przygotowany na ewentualne konsekwencje pobudzenia płyt tektonicznych. - za dużo tu tych znaków interpunkcyjnych
Korytarz przez który wtargnęliście do środka nosi nazwę Ulicy Sezamkowej, ten, przy którym znajduje się mój gabinet, oraz znana państwu jadalnia to Ulica Ali-Baby. - Korytarz, przez który wtargnęliście do środka, nosi nazwę Ulicy Sezamkowej, a ten, przy którym znajduje się mój gabinet oraz znana państwu jadalnia, to Ulica Ali-Baby.
to tyle uwag technicznych.
Widzę, że dobrze przygotowałeś się merytorycznie do zagadnienia. A może jesteś fizykiem? Pierwsza część była lepsza, jednak ta też jest niczego sobie. Tym razem wysunąłeś na pierwszy plan Dra. Zobaczymy czy coś zaiskrzy między parą głównych bohaterów (coś wisi w powietrzu). Klimat trochę komiksowy (co wcale nie jest zarzutem) - takie mam wrażenie. Rozbawił mnie ten wątek z Polaczkiem.
Na razie tyle.
Opublikowano

przyjemnie się czyta, tekst przemyślany. fakt drobne błędy są, lecz nie wpływają na całokształt. pierwsza część też bardzo pozytywna. motyw z polaczkiem niezly. czekam na kolejne części, pozdrawiam:)

Opublikowano

Dzięki, Sanestis za bardzo wnikliwą analizę. Wykorzystałem 96,5 % twoich sugestii.
Ta część z ałożenia jest nudnawa i przesycona szczegółani technicznymi. Fizykiem nie jestem, ale jestem Doktorem Nobody, tym przeklętym polaczkiem, oraz redaktorem. Suliko nie jestem.
Kolejne części będą. Pisze się.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Może i masz rację. Cóz, nie jestem fizykiem, ale wydaje mi się że para będzie się zbierać w górnej części pustki i stśd można ją odprowadzić. Tak, czy inaczej nie zmienia to faktu, iż bomby wodorowej i tak aktualnienie mam na stanie.
P.S. Książki, o której wspominasz nie czytałem, trudno mi więc ustosunkować się do Twojej wypowiedzi. Może jednak przeczytam i wówczas odpowiem.
Opublikowano

Lechu, czy te jaja na końcu to efekt zmęczenia, braku ciągłości czy efekt zamierzony???

Bo mi trochę popraprało odbiór.

News przez w.

Naprawdę obiecujące to było ,a tu granda...

Opublikowano

To nie jest rozprawa naukowa, więc się nie upieram, ale przy założeniu, że odwiert ma głębokość 10 000 metrów, ciśnienie słupa wody będzie miało 1000 atmosfer, a to wystarczy, by wystrzeliwać przez drugi otwór całkiem sporych kamieni.
Ciekaw jestem opinii fizyków z twojej rodziny.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...