Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Widziałem twoją zadowoloną minę,
gdy rozmawiałeś z brokerem –
kolejne miliony dolarów wpłynęło
na twoje konto – już i tak opasłe.

Nie wydajesz nawet ułamka ze
swoich wagonów pieniędzy,-
kolejny mąż twojej żony pochwali cię:
John był pracowity i oszczędny...

Widziałem dzieci, które nigdy,
nie były najedzone do syta , a
których co dzień umiera na świecie,
czterdzieści tysięcy – z głodu.

Widziałeś strach przed śmiercią
i rozpacz matek milonów dzieci,
które co roku umierają bo,
nie mają kilku dolarów na lek?

Wasze napchane konta duszą
światową gospodarkę –ile może
jednostka zjeść i kupić mebli?
Nie ma popytu – nie ma pracy.

Powiedz mi –ile jeszcze pożyjesz?-
Powiesz Mu – nie wiedziałem o tych
wzdętych brzuchach, Twoich dzieci,
które nawet nie miały sił odganiać much?

Powiesz Mu?



Noe-Gd Gdańsk 03.03.2006/19.09/ [email protected]

Opublikowano

Widziałem dzieci, które nigdy, ---------->wyrzuciłabym przecinek między nigdy a nie były
nie były najedzone do syta , a
których co dzień umiera na świecie,----------->i tu bez przecinka między świecie i czterdzieści
czterdzieści tysięcy – z głodu.



które co roku umierają bo, ----------->i znowu bez przecinka miedzy bo a nie
nie mają kilku dolarów na lek?


takie sugestje.

No ale zapomniałam, Pana nie interesują opinie. Więc mam pytanie: po co Pan publikuje i zaśmieca forum, skoro nie czyta Pan komentarzy??

Opublikowano

Pan Poepis trzy razy dziennie
odmawia modlitwy i kłania się,
do samej ziemi dziękując na głos:
Jak dobrze ,że jesteś i mam ciebie,
dzięki tobie żyję i mam wspólnotę-
o ileż lepszą od łamania chleba i
odpuszczania win bliźnim – lepiej,
każdy kocha każdego, z wiersza -
nie ma lepszego kościoła od –
koła poezji wzajemnej w
necie umieszczonej , O Mój
Wielki Komputerze –
w Ciebie Wierzę i choć,
o jeden tomik wydany proszę,
a temu romowi z naprzeciwka,
niech moderator wrzuci bana,
niech nam tu kitu nie wciska.
Amen.


Noe-Gd Gdańsk 04.03.2006/22.27/[email protected]

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


otóż to ! ileż pojedynczy czlowiek mebli może zjeść?? góra jeden dziennie a to i tak zależy od tworzywa...

mam pytanie do autora? ile dzieci dzisiaj nakarmił? oczywiscie: on przeciez jest biedny, sam i pojednyczny a tak naprawde to pomagać powinni INNI - ci wielcy i bogaci, oni mają OBOWIĄZEK karmić dzieci z afryki i innych takich - chociaz i tak nigdy nie będą tak DOBRYMI ludzmi jakim dobrym człwoiekiem jest PeeL - bo przeciez on to robi bezinteresownie - z niezwykłej wrazliwosci na krzywde i dobroci szlachetnej duszy - "oni" natomiast nawet jak pomogą to robią to z obłudy, checi dowartosciwoania sie, ukrycia grzechów, a w koncu pomagaja bo i tak im sie przelewa

taka sobie impresyjka - efekt żalu nad tym, że nawet jak zdarzą sie ludzie na tyle wrażliwi żeby przejmować sie niesprawieliwością, to nie rozumieją jej przyczyn, a tym samym sami pozbawiaja sie szans zmienienia czegokolwiek... to nie jest tak, że "bieda" jest wynikiem bogactwa innych - jest jego GWARANTEM
Opublikowano

większość nie czyta ze zrozumieniem takie mam wrażenie,chcą opisywać rzeczywistość w sposób nierzeczywisty barwiąc jednocześnie swe utwory kolorami których nawet na tęczy nie uświadczysz gdyż po prostu nie istnieją-dla większości to włśnie jest poezją która jak twierdzą ma być dla nielicznych ,dla MOTŁOCHU nie mają nic do zaoferowania bo to poniżej ich ARTYSTYCZNEJ godności,co ich obchodzą głodujące dzieci gdy mogą pisać o wymyślnych bzdetach,które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością a które są pokarmem dla ich wybujałych fantazji to panie NOE ta ludzka wrażliwość na krzywdę innych i nie można się dziwić że ten świat tak wygląda!!!nie znam się na formie czy dobrze czy z błedami napisane ale treść do mnie przemawia.brawo za odwagę!!!


pozdrawiam

Opublikowano

Mały, nie podskakuj!
Jesteś nastolatkiem, mogę się założyć.
A jeśli nie jesteś, to dojrzewanie idzie Ci wybitnie powoli.
Poskładaj swój koment w logiczną całość, trudno zrozumieć cokolwiek z tego bełkotu.

bye bye

Opublikowano

Panie Piotr mały - to pan ma odwagę, przeciwstawić się tłumowi ,który niczym za Piłata, woła : ukrzyżuj go! ukrzyżuj! -I ma pan rację ,większość z nich buja w obłokach i wymyśla niestworzone wiersze ,by zwrócić na siebie uwagę - nic im nie wychodzi z reguły, a poezja to narzędzie do oddawania wrażeń i przezyć wewnętrznych oraz mobile do niesienia przesłań.
Niech się pan nie przejmuje formą ,np. Szymborska nic nie zachowuje z "kanonów" a dostała Nobla ,przoduje na listach popularności - nawet na tej stronie, a w pewnym komentarzu do niej podano: nie kontynuuje żadnej formy poezji a wypracowała swoją...tylko ,że tak naprawdę ona nie wypracowała żadnej formuły poezji ,a pisze jak jej wygodnie ,wazne by oddać dobrze to co zamierza oddać. - I swiat to docenił, a wiekszość piszących tutaj stara się podczepić raz pod tego a raz pod kogoś innego i nic im nie wychodzi...Pozostań w pokoju.


załącznik :


Wisława Szymborska

Urodziła się 2 lipca 1923 roku w Żninie koło Kórnika. Studiowała i polonistykę i socjologie na uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutowała w 1945 roku na łamach prasy, natomiast pierwsza książkę wydała dopiero dziesięć lat później – w 1954 roku. Przez dwadzieścia osiem lat współpracowała z „Życiem Literackim”, w którym prowadziła rubryki: poezji i „Lektur nadobowiązkowych”.
Laureatka nagród krajowych i zagranicznych – między innymi miasta Krakowa, ministra kultury i sztuki, nagrody im. Herdera oraz Literackiej Nagrody Nobla w roku 1996.
Ważniejsze tomiki poezji to: „Sól” (1962), „Sto pociech” (1967), „Wszelki wypadek” (1972), „Wielka liczba” (1976), „Ludzie na moście” (1986).


Twórczość Wisławy Szymborskiej

Szymborska należy do pokolenia, którego głównym doświadczeniem młodości było piekło
II wojny światowej. Szymborska nigdy nie utożsamiała się z żadnym kierunkiem poetyckim, Stworzyła własną szkołę pisania, własny język. Unikała odnoszenia się do wydarzeń natury historycznej, ideologicznej czy społecznej, do pisania o roli poety w społeczeństwie.
Język, którym się posługiwała, był językiem współczucia dla pokrzywdzonych, zachwytu nad życiem, język wyważonych sądów i stonowanych uczuć. Szymborska używa w swojej poezji mowy potocznej, jednak poszerza ją.

Opublikowano

Rozbitek

Wyrzucony na zewnątrz
Po oceanie świata żegluję sam
Przyjaźnie komitetu mocą
Zatonęły gdzieś na dnie

Skruchę źle zrozumiałem
Dużo kosztowało mnie to
Dryfując po wodach niechcianych
Nadaremno czekam na latarni blask

Zawieszony gdzieś w przestworzach
Obu stronom przyglądam się
Pragnąc przybić do portu chwały
Mimowolnie oddalam się

Pozbawiony sił z Góry
Wiosła wypadają z rąk
I ster ciężki się wydaje
Jakby z ołowiu był


Noe-Gd Gdańsk 23-01-06 08:49 [email protected]

Opublikowano

panie piernik ''GUWNO'' pan wie o życiu!!!przeżyj tyle co ja ,wychowaj dzieci to wtedy pogadamy po za tym o czymś świadczy fakt nie zrozumienia tak banalnie prostego komentarza,chyba że się mylę i doskonale pan zrozumiał ,jeśli tak jest to rozumiem wzburzenie takich jak pan -uraziłem po prostu wielce szanowną pańską ''ARTYSTYCZNĄ''dumę.życie panie kolego nie jest takie słodkie jak ten PIERNIK


pozdrawiam

Opublikowano

Nie pozostaje mi nic innego jak skulić swoje lukrowane uszy i odejść w cichy kącik, gdzie moja artystyczna dusza dochodzić będzie do siebie po tym poniżeniu.

ha ha

Kolego drogi, nie wyjeżdżaj mi tutaj z ŻYCIEM, dziećmi i jakiś tam gnojem czy czymś, czego doświadczyłeś. Jeśli chcesz o tym opowiadać, to napisz wiersz.
Utwór, który komentowaliśmy jest kiepski, banalny i nie zmienia tego faktu rzecz, o jakiej traktuje.

Artystyczna dusza, jejku!
bye bye

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...