Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1


31 Maja


- Co to za świństwo?! – młoda kobieta, o kruczoczarnych włosach, wykrzywiła w obrzydzeniu twarz. - Szlag by trafił! - uniosła się energicznie z miejsca i szybkim krokiem podeszła do baru.
- Co to za gówno?! – spytała tłustego, ubranego w biały fartuch mężczyznę. - Co żeś mi dał?! Co to jest?!
Kucharz spojrzał na talerz ze strachem i wysunął dolną wargę.
- Mucha – wymamrotał.
- Mucha! Słyszałeś?! – dziewczyna obróciła się do towarzyszącego jej chłopaka. – Dali mi muchę! Danie dnia! Wysokobiałkowe! – powiedziała nie patrząc na kucharza. - Niech cię..! Idziemy! – zawołała w stronę chłopaka i skierowała się do wyjścia.
Z trudem odchyliła ciężkie metalowe drzwi i wyszła na betonowe schody.
Na parkingu przed barem zaparkował właśnie policyjny radiowóz.
- Co za dzień!– dziewczyna zauważywszy samochód, splunęła pod nogi – Jeszcze tylko ich tu brakowało! – dodała ze złością, wyciągając kieszeni spodni, napełnioną czarnym płynem, fiolkę i zerkając ukradkiem, czy nikt nie widzi, upuściła ją wzdłuż nogi.
Plastikowa ampułka upadła na zaśmiecony trawnik. Policjanci wyszli z auta i zatrzaskując za sobą drzwiczki, skierowali się do baru.
- Byleby tylko nas nie zaczepili – wybełkotał chłopak mało wyraźnie.
- Zamknij się! – jego towarzyszka była zdenerwowana - Jak nas zatrzymają to tylko przez ciebie! Ledwie leziesz! – rozejrzała się wokoło.
Dzień był upalny i dziwnie niemy. Jakiś nudny i przygnębiający. Suche powietrze, łaskotało w gardle przy oddechu i potęgowało pragnienie. Dziewczyna ziewnęła. Przetarła dłonią oczy.
- Mamy szczęście – uśmiechnęła się. - Gliny weszły do środka. Zaczekaj – powiedziała do Rudego i pobiegła w stronę trawnika przed barem.
Podniosła z niego, poprzednio upuszczony przedmiot i szybko zawróciła z powrotem.
Po chwili obejrzała się. Z przeciwległej strony ulicy, słychać było senne szemranie silnika.
- Patrz – szturchnęła chłopaka w ramię. – Upał jak cholera a ten cały w skórze.
- No…- bąknął Rudy.
Spojrzała na niego z odrazą.
- I jak ja mam z tobą pracować? – oburzyła się. - Z ciebie wrak człowieka! – dodała pod nosem, zerkając na motocyklistę, który zatrzymał się parę metrów przed nimi.
Mężczyzna właśnie zszedł z maszyny. Odwrócił się. Twarz miał zakrytą szybką kasku, a w dłoni trzymał jakiś dziwny przedmiot.
- Uciekamy! – zwołała Araszka, chwytając Rudego za rękaw.
Chłopak, dotąd zupełnie zamroczony alkoholem, momentalnie wybudził się z otępienia i chwycił za nóż.
- O ty gnoju! – krzyknął w stronę motocyklisty, nie bardzo jeszcze wiedząc, co się dzieje. – Zjeżdżaj, bo cię zarżnę! - wymachiwał mu przed nosem, długim, czarnym kozikiem, z trudem zachowując równowagę.
Mężczyzna zatrzymał się na moment.
- Spierdalaj! – wołał do niego Rudy. – No! Już! Spierdalaj! – próbował go nastraszyć, gdy nagle kopnięcie w dół brzucha, wstrzymało mu oddech.
Chłopak zgiął się wpół.
- Kurwa! – krzyknęła Araszka z daleka. – Co robisz?! – wołała, gdy motocyklista wbijał w Rudego, zawartość trzymanej w dłoni strzykawki. - Czego ty chcesz?! – wycelowała do niego z rewolweru.
- Gliny usłyszą strzał – wycedził napastnik, zbliżając się do niej powoli. – Złapią cię – dodał.
W tym samym czasie, powietrze przyszył jakiś dziwny świst. Mężczyzna zatrzymał się, ugiął kolana i bezwładnie osunął się na ziemię. W jego plecach, aż po rękojeść, wbity był nóż Rudego.
- To jakiś obłęd! – Araszka dyszała szybko, przez rozwarte usta.
- Co tak stoisz?! Kurwa mać! Spierdalamy! Słyszysz?! No chodź! Chodź idiotko!
- Trzeba wyciągnąć nóż!
- To wyciągaj! I chodź! Tylko nie dotykaj niczego innego!

-----------------------------------------------------------------------------------


- Zrobiłaś zdjęcia? – silnej budowy kobieta o jasnych włosach, patrzyła na swoją koleżankę wyczekująco.
- Tak – odpowiedziała krótko Egezta.
- Dobra! Dawaj aparat. Zapal silnik i siedź tu. Zaraz wracam – Rita otworzyła drzwi samochodu.
- Co ty wyprawiasz?! Dokąd idziesz?
- Zaraz wrócę. Na wszelki wypadek asekuruj mnie.
Egezta wyciągnęła zza pasa rewolwer. Oparła łokieć we wnęce otwartego okna. Obserwowała okolicę. Nadal było pusto i cicho. Przed barem wciąż stał zaparkowany policyjny radiowóz. Rita biegła szybko w stronę leżącego na brudnej, zapylonej węglem ziemi, motocyklisty. Rozglądała się, czy nikogo nie ma w pobliżu. Wreszcie dotarła do martwego ciała. W ręce nieżyjącego człowieka, zakleszczona była strzykawka, z nałożoną na nią igłą. Rita schyliła się po nią, wsuwając ją następnie w nylonowy woreczek. Potem odwróciła ciało na plecy. Odchyliła szybkę kasku. Pstryknęła kilka fotek, wyprostowała się i znów, ile sił w nogach pobiegła do zaparkowanego za przystankiem autobusowym, auta.
- Jedziemy! – powiedziała zasapana, wskakując do środka.
Egezta ruszyła z miejsca.
- No... co tam masz? – spytała.
- Ha – dyszała Rita ciężko. – Jakieś świństwo w strzykawce.
- Mam jechać do Arackiego?
- No....jedź – otarła spoconą twarz.

2

23 sierpnia

Ulica była zabłocona i mokra od padającego nieprzerwanie od kilkunastu dni deszczu. Jadące nią samochody, rozchlapywały rozlane na niej, głębokie kałuże, bryzgając wokoło brudną wodą. Chodniki po obu stronach jezdni, były zatłoczone parasolami. Ludzie manewrowali między sobą, poszturchując się nerwowo, źli i w melancholijnych nastrojach. Chmurne niebo, zaciągnięte szarym kolorem, wisiało nisko, jakby miało runąć na ziemię.
„ Wczoraj, w godzinach popołudniowych, w Katowicach, na zbiegu ulic Kochanowskiego i Niepodległości, zamordowany został mężczyzna. Wiek około lat dwudziestu pięciu, szczupłej budowy ciała. Włosy jasne, oczy niebieskie, twarz pociągła, nos długi, wąski. Mężczyzna ubrany był w czarną kurtkę ze skóry i dżinsowe spodnie.....” – głos spikera radiowego brzmiał chrypliwie.
Przerwał go dzwonek do drzwi. Dziewczyna wyłączyła odbiornik.
- No jesteś wreszcie – powiedziała z lekkim wyrzutem.
- Przepraszam, że się spóźniłam, ale mam jakiś zasrany tydzień. Nic mi nie wychodzi – Anja wyglądała na zmęczoną.
- Zasrany? Co za słownictwo? – Eliz uśmiechnęła się, zabierając od koleżanki płaszcz.
- A bo....sama nie wiem co się dzieje – zmarszczyła brwi.
- Napijemy się dobrego wina to ci przejdzie. Pogoda, widzę, nie nastraja cię dobrze.
Anja przewróciła oczami.
- Dostałam wezwanie na jutro – powiedziała ponuro. – A ty?
- Też.
- Myślisz, że to rutynowa kontrola?
- E! Ja nic nie myślę. I gówno mnie to obchodzi – wywinęła dolną wargę. – Masz. Zapomniałam, że nie mam wina.
- Co to?
- Burbon moja droga koleżanko.
- Burbon? – zmarszczyła nos. – Pijasz coś takiego?
- Pijam, pijam – przedrzeźniła ją. – Wiesz, że nie pijam. Dostałam – zrobiła tajemniczą minę. - Od wdzięcznego studenta.
- Ty to masz się dobrze.
- No.

------------------------------------------------------------------------


23 sierpnia, 3 godziny wcześniej

- Słuchaj – głos kapitan Kasperskiej brzmiał poważnie. – Poprosiłam cię o rozmowę, bo muszę coś z tobą przedyskutować – westchnęła. – Chodzi o...- podrapała się po nosie. – Chodzi o pismo jakie dostałam z Ministerstwa.
- Widzę, że to coś poważnego – szefowa Służb Specjalnych i Bezpieczeństwa Narodowego patrzyła na koleżankę uważnie. – Denerwujesz się.
- No tak – Kasperska zasłoniła dłonią usta. – Cholera! – rozglądnęła się po gabinecie. Chwyciła za paczkę papierosów.
- Znowu palisz? – Wassen bębniła nerwowo palcami po blacie biurka.
- Tak. To przez tą sprawę.
- Dowiem się wreszcie, o co chodzi?
- No – Kasperska dmuchnęła kłębem dymu. – Chodzi o zniknięcie Rity Bauchan i Egezty Brydzkiej. Moich policjantek z Wydziału Walki z Przestępczością Zorganizowaną.
- Oooo! – Wassen wyglądała na zaskoczoną.
- No właśnie – Kasperska była podenerwowana.
- Zatem? – Wassen złapała za papierosa.
- Sama nie wiem od czego zacząć – przyznała się Kasperska. – One zniknęły dwa miesiące temu. Ministerstwo ciągle dopytuje o wyniki śledztwa. A dziś przyszło to pismo – podała zapisaną tłustą czcionką, kartkę.
Szefowa SSBN przebiegała po kolejnych linijkach tekstu.
- Dali ci pełne pole manewru i limit czasu?!
- Dziwne prawda? Jakby chodziło o nie wiadomo kogo!
- Najwyraźniej uważają, że sprawa jest poważna.
- No tyle to i ja umiem się domyślić! Boję się tylko, że jeśli jej nie rozwiążę w żądanym przez nich terminie, zaządają mojej dymisji.
Wassen zaciągnęła się dymem.
- Dziewczyny musiały pracować nad czymś ważnym - odparła. - Wiesz coś na ten temat?
Kapitan oparła się o tył krzesła.
- Obserwowały lokalną grupę dillerów narkotyków. Nic nowego! Chciały się w nią wkręcić. Zapolować na grube ryby. Nie wiedzę w tym nic szczególnego. Taką miały robotę!
- Długo już się tak wkręcały do tych narkomanów? – spytała Wassen tonem, który nie zdradzał zainteresowania rozmową.
Kasperska westchnęła głośno.
- Jakiś rok – wzruszyła ramionami.
- No....- Wassen uniosła brwi – Rok to na tyle długo, żeby zdobyć jakieś informacje. No i co? Pewnie macie jakieś punkty zaczepienia? O jaką grupę chodzi, na ten przykład?
- No i tu jest pies pogrzebany – Kasperska odpowiedziała ponuro. – Raport z dnia – zerknęła na biurko – 1 czerwca tego roku, mówi tylko o kontakcie, jaki dziewczyny nawiązały z narkomanką o pseudonimie Araszka.
- No! To szorujcie do tej Araszki! – wzruszyła ramionami.
- Magda! Do jasnej cholery! Nie traktuj mnie jak idiotkę! – ściągnęła brwi nad nosem. - Araszka nie żyje! – dodała ciszej.
- Ha! – zaśmiała się Wassen. – To masz pecha.
- Mnie nie żarty teraz w głowie – kobieta wstała z krzesła. – Nie widzisz, że sprawa śmierdzi? Zaginęły policjantki. Zlikwidowano ich kontakt. Interesuje się tym Ministerstwo. To chyba nie przelewki?! A poza tym....
- Ok. Nie denerwuj się – wtrąciła się Wassen. – Przecież muszą być jakieś poszlaki! Może przeszukanie mieszkania...notesy, zapiski, telefony, z kim się kontaktowały....
- Uważasz, że tego nie zrobiliśmy? Nic nie znaleźliśmy. Nic – zgasiła papierosa, wrzucając go do szklanki po herbacie. – A poza tym – przystanęła w miejscu – oprócz Brydzkiej i Bauchan, zaginął też Witold Aracki. Nasz laborant. W tym samym czasie. Ja, kurwa nic z tego nie rozumiem!
Wassen po raz pierwszy od kilkunastu minut, popatrzyła na przyjaciółkę z zainteresowaniem.
- Laborant policyjny?
- No właśnie, właśnie! Laborant!
- I co? Nie znaleźliście niczego, co mogło by was naprowadzić na jakiś ślad?
- Widzisz.... Chodzi o to, że w mieszkaniach zaginionych, nikt niczego nie ruszał. Niczego nawet nie tknął – gestykulowała rękami. - Wszystko było poukładane. Na swoim miejscu. Nienaruszony porządek! Nic, co by świadczyło, że ktoś tam grzebał i szukał czegokolwiek.
Wassen podsunęła się do biurka. Zagasiła papierosa w popielniczce.
- No....wygląda na to, że za zniknięciami tych trojga stoi ta sama osoba – zmarszczyła usta. – Twoje dziewczyny wdepnęły w jakieś gówno. Jakieś wyjątkowe zresztą – próbowała zażartować.
Ale Kasperska nie zwróciła na żart uwagi.
- No! Może na tyle ważne, żeby interesowało się tym Ministerstwo – dotarła wreszcie do sedna swoich wywodów.
- Oooo! Nie nazbyt daleko posunięty wniosek?
- Może – Kasperska ponownie usiadła na krześle. – Sama nie wiem, co myśleć.
- Za bardzo przejęłaś się tym pismem. Wyluzuj.
- Magda! Tobie łatwo mówić. Ale tu chodzi o mój tyłek. Harowałam na tę posadę latami. A teraz......- podniosła się z krzesła. – Słuchaj. Ja potrzebuje twojej pomocy.
- Mojej?
- Tak. Myślałam, żebyś użyczyła mi swoich dziewczyn.
- Chcesz, żeby moje dziewczyny poprowadziły śledztwo?
- Tak. Nie wzbudzą niczyich podejrzeń. Zrobią to dyskretnie i po cichu.
- Hmmm...no dobrze – Wassen potarła usta.- Dam ci dwie trzydziestki – uśmiechnęła się. – Przyślę je jutro. Do ciebie do domu.



3

15 miesięcy wcześniej.

- Kolejna dostawa – młody mężczyzna uśmiechnął się ironicznie. - Tym razem ze Śląska. – Proszę – podszedł do otyłej blondynki – To dla pani.
- Aż tyle?! – oburzyła się kobieta, ściągając z nosa okulary. – Dostałam cały region?
- Ależ skąd? Proszę spojrzeć – zrobił wymowny ruch głową – Ilu nas tu jest. I wszyscy będziemy obdarowani równo. Nie ma zmiłuj się, niestety – zaszurał nylonowymi workami, uczepionymi u butów i podszedł do kolejnego stolika.
Blondynka przysunęła bliżej, postawioną na blacie skrzynkę. Spojrzała na nią ze wstrętem.
- Chyba mam już dość – westchnęła, wyciągając z pudełka próbkę, oznaczoną numerem ŚK 23465897. – To robota dla debili!
- Czyli dla nas – rozdający kartony z fiolkami, mężczyzna, pokazał w uśmiechu krzywe zęby.
- A co ty masz dziś taki dobry humor? – zadrwiła. – Może się zaraziłeś jakimś paskudztwem?
Wypełniona dziesięcioma osobami sala, parsknęła śmiechem.
- Coś, co sprawia, że człowiek ma dobry nastrój, nie może być paskudztwem – pokręcił głową laborant. – Tylko błogosławieństwem.
- Jessssuuu! Powiedz, co to takiego! – głos, z końca sterylnego, błyszczącego niebieskim kolorem pomieszczenia, zaskrzeczał nieprzyjemnie.
- Miłość, panie Kobylak. Miłość.
- Jessuu! Stefan! To ty się zakochałeś?! A kto to cię zechciał?
Laboranci znowu zachichotali.
- Kto. Kto – Stefan wykrzywił drwiąco usta. – Pana do tej pory nikt nie zechciał i nie zechce.
- No...bo ja jestem wybredny. Ale ty? Z twoją gębą? – Kobylak wyszczerzył żółte i długie zęby.
- Ej, ej. I co? To ma być, niby śmieszne?
- Nie, no skąd?
- Weź się pan lepiej za robotę! O! To dla pana! Może odechce się panu żartów – ściągnął z wózka kolejną skrzynkę.
- Cholera! – syknęła blondynka. – Komputer mi siadł.
- A co się stało? – spytała, siedząca po drugiej stronie stołu, dziewczyna.
- Musiałabym zakląć.
- Niech pani klnie, pani Asiu! – zażartowała.
- Pierdoli głupoty – blondynka skorzystała z przyzwolenia.
- No to pokaż no te głupoty – milczący dotąd szef sekcji laborantów, dźwignął się z krzesła.
Kobieta podała mu wydrukowany wynik. Mężczyzna spojrzał na niego, oblizując językiem wargi.
- Daj mi próbkę. Włożymy ją do mojego kompa – powiedział.
Blondynka wyciągnęła z dozownika wąską fiolkę z krwią. Numer ŚK-23465976. Andrzejczak chwycił ją delikatnie i poszedł do swojego stanowiska.
- No? I co?
- Hmm...wygląda na to, że .....
- No! – Kobylak potrząsnął głową. – Na co to wygląda?!
Andrzejczak zrobił wydech przez usta.
- Że komputer pani Asi jest w porządku.
Laboranci odwrócili w jego kierunku głowy.
- Zatem? – spytał ktoś z końca sali.
Andrzejczak wysunął szufladę. Wyciągnął z niej tekturową teczkę. Odwiązał sznurki. Otworzył. Przez chwilę wpatrywał się w jej zawartość, porównując z nią to, co widział na ekranie komputera.
- Zaraz wracam – powiedział, biorąc ze sobą teczkę, wyciągając próbkę z dozownika i wyłączając komputer.
- No dobra! – oburzył się Kobylak. – Ale zanim pan wyjdzie, proszą powiedzieć, co tam pan zobaczył?! Diabła?!
- Możliwe – odparł Andrzejaczak i zatrzasnął za sobą drzwi.
Zapanowała cisza. Kobylak podrapał się po brodzie. Cmoknął.
- A co on taki tajemniczy? – powiedział. – Udaje Jamesa Bonda?!


4.

24 sierpnia – wieczór

- Nie ma tego wiele - Eliz przewracała zapisane kartki.
Miała zaczerwienione oczy.
- Owszem – Anja podparła głowę.
Ziewnęła.
- Ciekawe, co się z nimi stało? – przetarła dłonią oczy. - Uważasz, że nie żyją? Czy, że ich porwano? A może uciekli?
- To najmniej istotne.
- No wiesz. Jak możesz? Przecież tu chodzi o ludzi!
- Nie to miałam na myśli. Chciałam powiedzieć, że to najmniej istotne dla sprawy. Wynik jest ten sam. Nie ma ich. I o to, komuś chodziło – Anja wpatrywała się w zdjęcie czarnowłosej dziewczyny. - Patrz. Ta tutaj – wskazała palcem na fotkę. – Miała tylko dwadzieścia trzy lata.
- Araszka?
- Yhym...Czytałaś raport z sekcji zwłok?
- No, czytałam. Czytałam. Ponoć po prostu stanęło jej serducho.
- I nie wiedzą dlaczego.
- Hmmm....- Eliz skrzywiła usta – czasami się zdarza. Była narkomanką. Żyła intensywnie. Wyczerpała organizm.
- Być może, że to właśnie tak. Ale trzeba chyba ustalić, czy ktoś jej w tym nie pomógł.
- Hmmm...Jeśli dowiedział się, że sypie policji.........Ale wiesz, co mnie najbardziej w tym wszystkim intryguje?
- Mianowicie?
- Zaginięcie Arackiego. Po co komu jakiś laborant?
- Laborant jak laborant – Anja wykrzywiła usta. – Po co komu, Aracki? Bo to chodzi o „tego laboranta” nie, o „jakiegoś tam” – zrobiła wymach rękami. – Dziewczyny tylko z nim współpracowały. Bauchan i Brydzka najwyraźniej, dostarczyły Arackiemu coś bardzo ważnego. A nasz tajemniczy ”ktoś” dowiedział się o tym. Przez to pewnie teraz wszyscy nie żyją – wzięła do ręki szklankę z zimną kawą. – Ale skąd się dowiedział? - zaczerpnęła łyk gorzkiego płynu.
- Zaczniemy od kontaktów Araszki – zdecydowała Eliz.
- To potrwa.
- Wiem..
Anja wstała.
- Będziesz łazić całymi dniami, zanim czegokolwiek się dowiesz! O ile się dowiesz – dodała.
- Nie bój się. Zrobię to profesjonalnie. Żaden „ktoś” nie dowie się, że węszę.
- Ok. Ja za ten czas rozglądnę się w mieszkaniu naszych ofiar. No i zerknę do ich służbowego auta. Może gliny coś przeoczyły.
- Wiesz nad czym myślę?
- No?
- Nad tym, co mówiła nam Kasperska. Że, jak przeszukiwano mieszkanie Brydzkiej i Bauchan to nie znaleziono tam niczego, co by dotyczyło sprawy, nad którą laski pracowały. No i z tym Arackim było to samo. Zero czegokolwiek w mieszkaniu i w laboratorium. Nic w kompie.
Anja ściągnęła do tyłu łopatki.
- Dziewczyny wpadły na coś śmierdzącego. To oczywiste. Ktoś zatarł ślady. Solidna robota. Nie ma trupów. Nie ma dowodów. Nic nie ma.

-----------------------------------------------------------------------------

- Późno wracasz – Farrel stał w progu sypialni. – Wiesz, która jest godzina?
Anja spojrzała na zegarek.
- Pierwsza? – uśmiechnęła się.
- Gdzie byłaś?
- U Elizy.
- Tak długo?
- Ojej! Mówiłam ci przecież, że pomagam jej w doktoracie.
- Ty? A co ty masz z tym wspólnego?
- No! Jakby nie było jestem po polonistyce!
- I?
- I oceniam jej bazgraninę od strony stylistyki, gramatyki .....Boże Daniel! Chyba mi wierzysz.
Farrel zacisnął usta.
- Tak – mruknął po chwili.
- To dlaczego masz taką minę?
- Jaką? – patrzył w podłogę.
- Jakbyś był zły – rozłożyła ręce na boki.
- Jestem staroświecki. Nie lubię, jak moja kobieta chodzi sama po nocy. A poza tym nie dalej, jak trzy dni temu, łaził za tobą jakiś .....- urwał w pół zdania i rzucił na nią ostre spojrzenie.
- Ale już nie łazi – odpowiedziała, podchodząc do niego blisko. – No i po co się denerwujesz? – pogłaskała go po twarzy. – Przecież wiesz, że ja tylko ciebie kocham – uniosła się na palcach i pocałowała go w usta.


5.

26 sierpnia

- I co? Masz coś?
Anja podrapała się po szyi.
- Nie wiem. Jakieś mało istotne szczegóły.
- No to mów. Porównamy z moimi – Eliz usiadła na ławce.
Wiatr rozwiewał jej jasne włosy, zaczesując je na twarz.
- Byłam w mieszkaniu Brydzkiej. Wyczyszczone dokumentnie. Nie mam pojęcia, czy ktoś tam był przed policją, czy nie. Trudno teraz to stwierdzić. Gliny powywracały wszystko do góry nogami. Ale zwróciłam uwagę na kalendarz w kuchni – wywinęła dolną wargę. – Na dzień 3 czerwiec był zapis „biblioteka”. Zaczęłam więc szukać po bibliotekach.
- No! Czyli, węszenie po własnym terenie – uśmiechnęła się koleżanka. – Przynajmniej nie wzbudzałaś podejrzeń – odgarnęła włosy.
- No – Anja pokiwała głową. – Brydzka była zainteresowana jakimś niedostępnym u nas artykułem z prasy zagranicznej.
- Ooo!
- Bibliotekarki pomagały go szukać. Pamiętają, że artykuł był stary, sprzed kilkunastu lat a jego autorem był Niemiec.
Eliz zmarszczyła brwi.
- Nic nie rozumiem. Dlaczego Brydzka tym się interesowała?
- Ha! Nie wiem.
- No a skąd wiedziała o artykule, skoro jest u nas niedostępny?
Anja westchnęła.
- Cholera! Też nie wiem!
Eliz spojrzała na nią spod ciemnych okularów.
- A oprócz tego? Masz coś jeszcze? – spytała.
- Tak.
- No to gadaj!
- Mam kwit bagażowy...
- Kwit? – nie kryła zdziwienia.
- Przestań mi przerywać!
- Ok. Mów.
- Ten kwit znalazłam w dziwnym miejscu – spojrzała na grupę dzieci bawiącą się przy fontannie. – Zgadnij, gdzie.
- Przestań. Nie zgadnę.
- Był w paczce podpasek.
- Kurcze! Ty to jesteś dokładna. A w tamponach też sprawdzałaś?
- Nie używała.
Zaśmiały się obydwie.
- No i co z tym kwitem?
- Brydzka nadała bagaż do Berlina! Tuż przed swoim zniknięciem. 5 czerwca.
- To nielogiczne! Skoro nadała bagaż, to chciała wyjechać. Zatem, czemu ukryła kwit? Czemu po prostu nie wzięła go ze sobą i nie pojechała?
- Nie wiem, czy to jest logiczne, czy dokumentnie porąbane....Może ktoś jej przeszkodził w wyjeździe. Może skoro ukryła ten kwit, to znaczy, że liczyła się z tym, iż ktoś, może chcieć przeszukać jej mieszkanie....
- Ale to nadal jest idiotyczne!
- Czemu?
- No, bo jeśli ktoś szukał u niej czegokolwiek, to tylko materiałów dotyczących śledztwa, jakie prowadziły z Ritą albo czegoś, na temat tego świństwa, dostarczonego przez dziewczyny Arackiemu. Po co zatem Egezta ukryła wyłącznie kwit?
- Może w bagażu jest coś bardzo ważnego i nie chciała, by ktoś dowiedział się, że go wysłała. Może są w nim właśnie owe materiały o które pytasz…..Trzeba to sprawdzić.
Eliz oparła się o ławkę.
- Zaczyna się robić ciekawie. – wsunęła dłonie we włosy. - Do Berlina? – westchnęła.
- Co? Jakoś ci się kojarzy z Niemcem? – uśmiechnęła się Anja.
- No owszem!
- Dobrze. Dobrze – Anja pokiwała głową.
- Wybierasz się w podróż na berliński dworzec?
- A co? Masz inny pomysł?
- Myślisz, że Brydzka chciała odnaleźć Niemca, który napisał artykuł?
- Nie wiem – Anja przetarła twarz dłońmi.
- Tak sobie myślę.....One zniknęły około 5 czerwca i Aracki tak samo. To, co dostarczyły laborantowi, można było przebadać w laboratorium. Może to ma coś wspólnego z tym artykułem, o który wypytywała Egezta?
- Może....
- Boże miłosierny! Skąd te laski, to wytrzasnęły?
- Araszka! To jedyny nasz ślad. Masz coś?
- Tyle tylko, że trzymała z jakimś Rudym. Facet wykończył się dwa dni wcześniej od niej.
- Ooo!
- No, podejrzane. Ale musze najpierw dotrzeć do ekspertyzy z sekcji. Ponoć umarł nagle. Stał. Osunął się na ziemię i umarł.
- Też stanęło mu serce?
- Hmmmm.....Jeśli tak by było, to wtedy nasza hipoteza o morderstwie Araszki, nabrała by realnych kształtów. I trzeba by było zadać sobie pytanie, po co ktoś wyeliminował dwójkę narkomanów, dwie policjantki i policyjnego laboranta?
- Jak do tej pory, wygląda na to, że po to, aby zasznurować im usta.



6.

26 sierpnia godz. 14.25


- Słuchaj „Costa”. Zaczynasz mnie wkurwiać! – chudy mężczyzna o dziwnym, jakby pijanym spojrzeniu chodził nerwowo po pokoju. – Celowo nie wtajemniczam cię we wszystko, co dotyczy twojej roboty, bo to dla ciebie zbędne, niepotrzebne i niebezpieczne informacje. Nie zadręczaj mnie więc swoimi pytaniami! Wstań! Wyjdź! I rób swoje!
- Marek! To trwa już ponad rok. Nic nie robię, tylko udaję durnia! I nic się nie dzieje! A miało się dziać! – Costa był zły.
- Taką masz pracę – odparł przełożony.
Costa zapalił papierosa.
- Jak tak dalej pójdzie, zatrudnię się w agencji i będę się sprzedawał, jako męska dziwka!
- Oj! – czarne oczy szefa wywróciły się w głąb czaszki.
Wydął czerwone i pełne usta.
- Całkiem przyjemne zajęcie – dodał.
Podwładny oparł się łokciem o blat biurka.
- Nie zatrudniałem się tutaj za bodyguarda.
- No szlag mnie zaraz trafi! Co ci nie pasuje?
- Powiedz mi przynajmniej, dlaczego?
- Słuchaj – przełożony nachylił się nad nim – Dziewczyna jest dla nas ważna! Czaisz?! I musi być bezpieczna! A czemu. To nie twój zasrany interes! Gnój, którego nam wystawiłeś naprowadził nas, na pewien ślad. A jaki?! Też nieważne tobie wiedzieć! Ważne natomiast, żebyś teraz nie nawalił! Rozumiesz? To, jest ważne, kurwa!
Costa przełknął ślinę.
- I to wszystko? – zapytał cicho.
- Powinni ci obciąć ten wścibski jęzor!
- Lubie wiedzieć nad czym pracuję. Czemu mi nie powiesz, co to za sprawa?
- Kurwa! Czy ty słuchasz, co się do ciebie gada?! Czy jesteś kompletnym debilem?!
- Słucham!
- Zatem zamknij już ryja i spierdalaj!
- Okej – Costa wstał z krzesła i szybkim krokiem podszedł do drzwi.
- Znowu ostra wymiana zdań? – filigranowa sekretarka szefa, spojrzała na Costę zalotnie.
- Ach! – westchnął tylko, machając ręką i wyszedł na korytarz.
- Sto lat – jakiś gruby brzuch otarł się o niego z impetem.
- No cześć.
- Markotny jak zwykle – właściciel otłuszczonego brzucha poklepał kolegę po ramieniu. – Co tam u ciebie słychać? Mówią, że się ustatkowałeś. Masz ponoć jakąś niezłą laskę.
- Tak. Mam – Costa rozglądał się wokół, rozdrażniony.
- Ej! – jęknął tamten. – No to szkoda! Straciliśmy kolegę. Na dziwki już nie mam z kim chodzić.
- To się ożeń.
- Nie pieprz. Która mnie zechce? – zaśmiał się skrzecząco. – Idę. Ponoć szef chce ze mną gadać. Ostatnio podobają mu się moje gry strategiczne – zarechotał.
Costa odprowadził go wzrokiem.


7.

26/27 sierpnia

Noce były coraz chłodniejsze. Ta, której przyglądał się Farrel była księżycowa i wietrzna. Wiatr szalał jak opętany, gnąc gałęzie drzew i wyszarpując im liście.
- Nie śpisz? – spytała Anja.
- Jakoś nie mogę.
- Co się z tobą dzieje? Zachowujesz się dziwnie. Stało się coś?
- Chcę jechać z tobą – powiedział.
- Ale to przecież wyjazd służbowy. Nudne targi książki – Anja próbowała go zniechęcić.
- Chcę być z tobą – odparł.
- No...to miłe, ale...
- Co, ale? W czym będę ci przeszkadzał? Pozwiedzam sobie Londyn a ty odbębnisz swoją robotę. Wieczorem będziemy mogli być razem.
- To niemożliwe.
- Anja! Na litość Boską! Boję się o ciebie!
- Dlaczego?
- Już jakiś facet chodził za tobą....
- Może dwa razy. Nie więcej – zeszła z łóżka. – Jakiś cichy wielbiciel....może zresztą wydawało mi się, że za mną łaził.
- Dlaczego nie mogę z tobą jechać? – zapalił papierosa.
- Daniel. Zaufaj mi.
- Zaufaj mi? – żachnął się. - Tylko tyle? Jesteśmy ze sobą od ponad roku a ty mi mówisz, zaufaj mi. Co jest? Nie należą mi się jakieś wyjaśnienia?
Anja zaczęła naciągać na siebie ubranie.
- Co robisz? – popatrzył na nią ze złością.
- Nie widać?
- Chcesz wyjść?
- Tak. Mam już tego dosyć. Każde z nas żyje narazie własnym życiem i nie zamierzam z niczego się tobie tłumaczyć. I albo to zrozumiesz albo..
- No...albo co?
- Albo koniec!
- Ja chyba śnię.
- Nie, nie śnisz. Ostatnio nie umiesz zasnąć. Nie śpisz i nie śnisz!
- Nigdzie nie pójdziesz!
- A właśnie, że pójdę. I nie próbuj mnie zatrzymać.
Farrel zacisnął pięści.
- Miałem trudny dzień – powiedział siląc się na spokój. – Zostań – podszedł do niej. – Wiesz, że nie lubię, jak sama chodzisz nocami.
- Powiesz mi wreszcie, co się dzieje? Już od jakiegoś czasu zachowujesz się dziwnie.
Daniel usiadł na skraju łóżka. Zgasił papierosa w popielniczce, stojącej na nocnym stoliku.
- Nie! Nie zapalaj światła – chwycił ją za rękę. – Sam nie wiem, co się dzieje. Kocham cię - wyszeptał.




8.

12 sierpnia

- Szefie – bardzo wysoki i barczysty, mężczyzna stanął w drzwiach. – Mam info – powiedział, wyciągając szeroką, mięsistą dłoń.
Siedzący na kanapie człowiek, zsunął z nosa okulary.
- Od kogo? – spytał.
- Od Szasawy.
- Aaaa! Od niego? No to dawaj, dawaj!
Olbrzym przemaszerował przez całą długość wielkiego, wyłożonego puszystymi dywanami pokoju. Szef rozerwał kopertę i wyciągnął z niej zapisaną drukiem kartkę. Przesunął wzrokiem po kolejnych linijkach tekstu i spojrzał na osiłka z przerażeniem.
- No – przygryzł wargi. – To wdepnęliśmy w niezłe bagno. Przygotuj umówioną sumę i dodaj do niej pięć dziesiątek. Daj w to miejsce, co zwykle. Na kopercie napisz ”cito” z wieloma wykrzyknikami!
- Pięćdziesiąt tysięcy?
- Tak, do cholery! Pięćdziesiąt!
- Yhym...rozumiem.
Wielkolud obrócił się ku wyjściu. Szef wstał z kanapy. Podszedł do lśniącego, hebanowego biurka. Chwycił za słuchawkę. Wykręcił numer.
- Cześć. Garbas mówi. Mam info od Szasawy. Przyjedź do mnie. Trzeba się zastanowić nad działaniem. Kiedy będziesz? – oblizał suche usta. – Dobra. No to czekam – odłożył słuchawkę i jeszcze raz spojrzał na kartkę, którą trzymał w dłoni.
Podszedł do kanapy i rozsiadł się wygodnie. Na stoliku przed nim stała butelka whisky. Spojrzał na nią. Nalał do płowy szklanki i wypił jednym haustem.
Zaraz znowu wpatrzył się w kartkę. Na jego twarzy widać było strach.
Po godzinie drzwi do gabinetu, w którym siedział, otworzyły się z impetem. Zasapany Kazak stanął w progu, mrużąc oczy. Pomieszczenie było słabo oświetlone.
- No i co? – spytał, szybko zamykając za sobą drzwi.
- Siadaj. Naleję ci. Bo jak powiem, co tu pisze ......- zacisnął usta.
- Kurwa mać! Wprowadzasz mnie w stan przedzawałowy! Gadaj do licha, bo się aż trzęsę.
- No więc, Szasawa wywąchał coś, co powinno zainteresować górę.
- No? – Kazak wlepił w Garbasa, małe, szkliste oczka.
- Polski rząd od trzech lat, zna sprawę – zaczął Garbas. – Poinformowali go o niej sami Rosjanie. Wyobrażasz sobie?!
- Kurwa! To niedobrze! – Kazak się wystraszył.
- Zaczekaj! Dopiero zacząłem! Rząd wie o sprawie i szuka. Rozumiesz?! No i w trakcie tych poszukiwań wydarzyło się coś niesamowitego! Laboratorium rządowe, wykryło w jednej z próbek krwi, wirusa Space.
- Naszego wirusa?! Jak to możliwe?!
- Eee! Czy to ważne?
- No jak, kurwa, nie ważne?! – Kazak uniósł się z miejsca.
- Siadaj! I słuchaj! – Garbas chwytając kolegę za ramię, na powrót usadowił go na kanapie. – Najważniejsze przed tobą. No więc w tej próbce znaleziono przeciwciała!
Kazak wstrzymał oddech.
- Pierdolisz?!
- Coraz rzadziej – Garbas próbował nie ponieść się emocjom i mimo powagi chwili, zażartować. Ale Kazakowi nie było do śmiechu.
- Ha! Jak to możliwe?! Przecież ...- był absolutnie zaskoczony.
- No wiem, wiem...nasi pracują nad tym od trzydziestu lat...wiem – kiwał głową. – No i widzisz....a tu taki fatalny zbieg okoliczności!
- Szasawa zna personalia zakażonego człowieka?
- Zna....ale zażądał dodatkowej forsy. Ponoć informacje, do których się dokopał, są ściśle tajne. Wiele ryzykował – Garbas wstał z kanapy. – Wysłałem już Łysego z pieniędzmi. Następny kontakt z Szasawą nastąpi za siedem dni. Wtedy się dowiem o kogo chodzi i gdzie go szukać. Tymczasem trzeba zawiadomić górę. Zapytać o wytyczne.
- Kurwa! Żeby nie było za późno.


9.

12 sierpnia

Kazak wpatrywał się w Bogarta ze starchem.
- Tak to wygląda – zakończył relację.
- Czyli rządowi mają antyciała? – Bogart rozsiadł się wygodnie na fotelu.
- Tak.
- Acha – Bogart próbował przyjąć zadumaną minę. - Zatem wytyczne są takie – zaczął. – Macie przechwycić tę osobę. I zrobić to tak, żeby nikt się tego nie domyślił. Jasne?! Ona ma po prostu zniknąć.

Opublikowano

wykrzywiła w obrzydzeniu twarz - jakoś tak dziwnie to wygląda.

wyciągając kieszeni spodni,- zgubiłaś "z". a później - przed: napełnioną i fiolkę chyba nie powinno być przecinka, może ktoś bardziej kompetentny się jeszcze wypowie.

Jakiś nudny i przygnębiający- słowo "jakiś" raczej jest niepotrzebne.

Twarz miał zakrytą szybką kasku, a w dłoni trzymał jakiś dziwny przedmiot.- do pierwszego przecinka zdanie brzmi koślawo, po przecinku"a" jest zbędne. twarz miał - takie zdania klei się w szkolnym opowiadaniu:)

Uciekamy! – zwołała Araszka,- zawołała

bezwładnie osunął się na- "się" do amputacji, był wcześniej i wystarczy

Eliz uśmiechnęła się, zabierając od koleżanki płaszcz.- eliza? "zabierając" - to słowo nie bardzo pasuje. w akapicie 23 sierpnia przydałyby się bardziej przejrzyste dialogi, w pewnym momencie można zamotać się, któa kwestia jest czyja.

A teraz......- podniosła się z krzesł- i po co ten kropkowany tasiemiec?:)

uczepionymi u butów i podszedł - hmm, może miast u, do? (taka zbitka u-u teraz jest)

Też nieważne tobie wiedzieć!- dziwnie brzmi


czyta się sprawnie, uniknęłaś większych wpadek. całość pełna jest tajemnic, róznych niedopowiedzeń, mnożą się wątki. pozostaje mi tylko czekać na rozwój wypadków i czytać kolejne części. dobrze z plusem, ogólnie.

pozdr.
p.s. w przyszłości staraj się zamieszczać jakieś krótsze fragmenty, wtedy na pewno będziesz miała więcej komentarzy.

Opublikowano

Nie zgadzam się. Niech pisze długie. Już wczoraj miałem komentować, ale przysnąłem. Jesli to ma być np powieść to akapity są strasznie krótkie. Takie porwane fragmenty muszą być naprawdę dobre i wyraziste, żeby się czytelnik nie pogubił. Ale ogólne wrażenie ok.

Opublikowano

Zdaję sobie sprawę, że długość tekstu odstrasza:)))) jednak, w powyższym wypadku bałam się, że zagmatwam czytaczom:) w głowie, jesli wyfragmentuję krótko:). Jak Panowie zauważyli istnieje bowiem wielość wątków i zatajemniczenie, co jest względnie ciekawe jedynie dla cierpliwych i wytrwałych:))) Stąd wielkie podziękowanie, że przeczytaliście. Pomysłem wiodącym było nadanie tempa. Przez to chciałam zniwelować efekt "rozciągłości na boki".
Asher: to jednak opowiadanie. Dociągnę je do końca, bo bardzo mi zależy na rzeczowych i konkretnych komentarzach i opiniach.
Oczywiście Jay Jay popoprawiam niedociągnięcia:)
Dziękuję raz jeszcze.
pzdr

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...