Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Podobają mi się dwa pierwsze i dwa ostatnie wersy.
Niestety : ,,wspomnienia gorące'' czy ''napięta jak struna'' są już mniej oryginalne.
Rymy radziłbym wyrzucić, bo nie są za fajne(odmiana przez przypadki)
Wersyfikacje też bym zmienił, ten jednosłowny wers nie wygląda i nie brzmi za dobrze.
Może po prostu w jednym wersie napisać: ''napięta jak struna''?

Pozdrawiam Ciołek

Opublikowano

ojojoj, bardzo słabieńko. Wiersz asylabiczny (a średniowiecze już nam się skończyło dosyć dawno)... środek - jak rzekł poprzednik, oklepany do granic. Zgrzyta mi to krojenie chwili na minut tysiące, bo jest nielogiczne - chwila to jakiś nieokreślony okres czasu (na ogół krótki), minuta to już zupełnie ściśle określony czas; pomijając tutaj niekonsekwencję filozoficzno-matematyczna (jak można coś niekoreślonego dzielić na równe określone części), pozostaje logiczna (bo tysiąc minut to jest już ponad szesnaście godzin, a tysiące minut to kilka, za przeproszeniem, dób - trudno taki okres czasu nazwać chwilą).
No i tematyka siakaś taka... błaha...

Opublikowano

Do sceptik - za dużo w Tobie logiki, kto powiedział, że w poezji należy się jej doszukiwać? W poezji raczej można sobie pozwolić na pewną dowolność. Zastanawiam się, czy trafiłeś do odpowiedniego działu, bo wybacz, ale to nie miejsce na matematyczno-logiczne wywody i obliczenia...
Przykro mi, że nie trafia, trudno.

Opublikowano

Odnośnie Walentynek - ja nie uznaję tego komercyjnego, amerykańskiego "święta". To że wrzuciłam ten wiersz akurat w tym czasie, to czysty przypadek. Ciekawe, czy gdyby pojawił się 2 tygodnie później, ktoś napisałby w ten sposób? Podejrzewam, że nie.
Pozdrowienia

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...