Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

(wg A. MICKIEWICZA)

Druku!- ZUS- owski druku!!! Tak mi zepsuć zdrowie...!
Ile cię przeklinałem, ten tylko się dowie,
Kto cię trawił. Dziś różowość twą w całej ozdobie...
Widzę, gdy zapisuję, mętlik w mojej głowie.

Panno święta, wolałbym do Częstochowy
Iść na pielgrzymkę pieszą. Albo do alkowy,
By nockę spędzić z dziewką i to mniejszym trudem...
A w te kratki jak trafiać? A jeśli, to cudem!
Gdy w plątaninie kodów, dat, oraz PESEL-i
Dobrniesz wreszcie do końca, już, już się weselisz,
By po sprawdzeniu stwierdzić- wszystko utracone!
Czeski błąd popełniłeś, cyfry przestawione...,
A zatem, od nowa, kto przytuli żonę, która czeka...?!
Znów RCA..., DRA...,burzysz się i wściekasz..
Na te kratki różowe, kody rozmaite...,
Nocka twa zmarnowana..., skończyłeś przed świtem!
Toaleta i kawa, znów w ZUS- owskie progi
Po raz wtóry tam idziesz, jak z waty twe nogi.
Czy już dobrze? Wystraszony trzymasz się barierki
Czy inspektor ci wskaże następne usterki?!!
W gardle śliny brakuje, ciężko chodzi grdyka,
A że byłeś zmęczony, to strzeliłeś byka
I tyle masz z wolności..., tyle z życia swego!!!
Bo pan prezes i spółka, co swoje zdziałali...!
Druków ci kolorowych, och! nawymyślali
Zmian i stawek, wskaźników..., abyś miał zajęcie
Oni kasę dostali. A ty? Klniesz zawzięcie...!

Opublikowano

serdecznie dziekuję za komentarze. co do rytmu- zgadzam się, jednak chciałem ująć jak najwięcej faktów tego bzdetnego druku! mam jeszcze inny-o podobnej treści i też prawdziwy. może następnym razem...
pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       

      Maniuś

       

      Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.

       

      Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.

       

      Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.

       

      Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.

       

      Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.

       

      Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".

       

      W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie.

      Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.

       

      Edytowane przez Poet Ka
      wstawienie ilustracji (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...