Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1.

- I więcej razy nie bierz moich butów! Słyszysz! Nie dotykaj ich więcej!
Młoda dziewczyna krzyczała na skuloną blondynkę i ze złością ściskała kawałek swojej poplamionej bluzki. Po trzyletnim pobycie w Domu Dziecka Monika nie potrafiła już panować nad emocjami, tym bardziej, że jej sytuacja stawała się z dnia na dzień coraz gorsza. Jej matka nie żyła, a ojciec alkoholik nie nadawał się do opieki nad nią i nad dwoma rozwrzeszczanymi dziewczynkami. Monika dokładnie pamięta pierwszy dzień w placówce. Nie sposób opisać hałasu, który panował na korytarzy z poobdzieranym tynkiem i przeszywającego wzroku wychowanków, którzy szeptali „To nowi”. Po odprowadzeniu do małego pokoiku Monika z przerażonymi siostrami zajęły się rozpakowywaniem rzeczy. Szybko przydzielono im obowiązki, powiedziano, co wolno, a czego nie i na tym się skończyło. Wychowawcy poszli napić się kawy, a reszta dzieciaków znudziła się małomównymi siostrami. Nikt im nie współczuł, nikt nie poklepał ich po plecach na znak, że będzie dobrze, nikt ich nie przytulił.
- Nie płacz już, Pasiu, nie chciałam tak na ciebie nakrzyczeć – ton głosu Moniki zmienił się, gdy zobaczyła krokodyle łzy spływające z błękitnych oczek – Przepraszam, ale wiesz przecież, że nie lubię, gdy ktoś dotyka moich rzeczy. Chodź, przytulę cię.
Spragniona czułości Paulina wskoczyła na kolana siostry i szybko się uspokoiła. Monika wiedziała, że jako najstarsza powinna opiekować się siostrami, ale czasami bywało to trudne, zwłaszcza wtedy, kiedy sama nie miała najlepszego dnia. Tak jak dzisiaj. Z samego rana pokłóciła się z wścibską wychowawczynią o godzinę powrotu do placówki, w szkole zagrożono jej powtarzaniem tej samej klasy, potem zraniła sobie palca przy obieraniu ziemniaków, a widok krwi przyprawia ją o zawrót głowy, a na koniec awanturowała się o buty z Pauliną.
- Może pójdziesz do świetlicy pograć w ping ponga? Pani Zosia mówiła, że kto odrobił lekcje, może korzystać ze świetlicy. – Monika zachęcała siostrę i odgarnęła jej z czoła niesforny kosmyk.
- Nie, tam są starsi chłopcy. Oni popychają młodszych i śmieją się. Nie chcę tam iść, a pan Bronek cały czas dziwnie na mnie patrzy. Monika, pobaw się ze mną.
- Nie mogę, zajęta jestem. Idź na huśtawki, tam jest Justyna z Olą i bawią się w dom.
Dziewczynka z opuszczoną głową opuściła pokój i skierowała się na schody, gdzie zaczepiło ją dwóch chłopców. Chcieli pieniędzy, chociaż doskonale wiedzieli, że nikt w bidulu nie nosi ich przy sobie, tylko chowa w najróżniejszych skrytkach. Mieli nadzieję, że Paulinka zaprowadzi ich do swojego pokoju i podzieli się z nimi swoim skromnym kieszonkowym. Gdy Tomek z Łukasze spotkali się z odmową, zaczęli popychać dziewczynkę tak mocno, że upadła i rozbiła sobie głowę. Całą scenę obserwowała pani Zosia, która z papierosem w ręku przyszła i zapytała, co się dzieje. Udawała, że nie widzi krwi sączącej się z głowy dziewczynki oraz jej łez.
- Ona pluła po ścianach – zaczął Łukasz – Musieliśmy coś zrobić… Bachor przecież nie będzie syfił.
Wychowawczyni beż mrugnięcia okiem nakazała Paulince się podnieść się z podłogi, a chłopcom przydzieliła dyżur w kuchni. Z udawaną skruchą Łukasz i Tomek udali się w odpowiednią stronę, ale gdy zobaczyli wychowawczynię zajętą krzyczeniem na niesfornego Mariusza, który wylał wodę na korytarzu, zmienili kierunek i udali się poszukać następnej ofiary.




2.

Tymczasem Monika siedziała w fotelu i patrzyła nic niewidzącym wzrokiem na dużą szafę z poustawianymi na niej kolorowymi maskotkami. Wyobrażała sobie, że to jest tylko jej pokój, jej mały azyl, tak jak przed laty, zanim umarła mama. I że mama żyje, tata wraca z pracy z uśmiechem na twarzy, a Justynka i Paulinka biegają po domu w ślicznych sukieneczkach. Monika wciąż pamięta zapach pieczonego ciasta, pomieszanego z perfumami mamy, który roznosił się po całym domu. Rozmyślania przerwała jej Tośka, która wpadła do pokoju jak burza.
- Słuchaj, mam dzisiaj randkę. Łukasz zaprosił mnie w nocy do swojego pokoju. Mówi, że pozbędzie się Tomka i Radka. Zostaniemy sami. Sami, rozumiesz, sami! SAMI!
- To super – Tośka nie zwracała uwagi na przygaszony ton głosu Moniki – Ale wiesz przecież co to oznacza?
- No jasne, że wiem. Nie jestem dzieciakiem. A zresztą już nie mogę się tego doczekać. Słuchaj, pożyczysz mi tej różowej bluzki? Muszę jakoś wyglądać…
- Weź sobie. Leży w półce, tam gdzie zawsze.
Podekscytowana Tośka podbiegła do czarnej szafy, wzięła to, co było jej potrzebne i na odchodne zapytała:
- A tak w ogóle, to coś taka nie w sosie? Stało się coś?
- Nie, nic się nie stało.
- A, to dobrze. Idę już i dzięki za bluzkę. Oddam ci jutro.
- Pa, dobrej zabawy.
Po chwili Monika została sama i postanowiła się komuś zwierzyć. Dziewczyna wyciągnęła spod poduszki kolorowy zeszyt i zaczęła pisać:
„Czuję się samotna. Dlaczego mama umarła? Gdyby nie jej śmierć, to tata nie zacząłby pić, a ja nie mieszkałabym w tym parszywym bidulu. Wiem, że w moim wieku nie mam już szans na adopcję, za dwa lata będę pełnoletnia i co będzie dalej? Nie wiem, czy będę się jeszcze uczyć Jestem tak beznadziejna, że z ledwością daję sobie radę w gimnazjum. To już ostatni rok, niedługo wakacje, a ja nadal mam problemy z fizyką. Nienawidzę szkoły i ludzi z niej. Ciągłe pytania, drwiny, wyzwiska. Marzę o prawdziwym domu, gdzie nie ustala się dyżurów, kto ma sprzątać i obierać ziemniaki, gdzie nikt cię wiecznie nie poucza, krzyczy. Potrzebuję miłości. Czy to tak wiele? Powoli staczam się na dno, nic mi się nie chce, nie radzę sobie z podstawowymi rzeczami. Boże, gdzie się podziałeś?”
Monika skończyła pisanie, bo już nic nie widziała z powodu napływających do oczu łez. Fotografie leżące pod łóżkiem w tekturowym pudełeczku znalazły się w jej dłoniach. Do wieczora dziewczyna przekładała zdjęcia z ręki do ręki.


3.
- Ruda małpa! – syknęła najpopularniejsza dziewczyna w szkole.
Monika dotknęła swoich włosów splecionych w warkocz i z ulgą stwierdziła, że ona nie jest ruda. Ostatnio była przewrażliwiona na punkcie wyzwisk i myślała, że wszystkie nieprzychylne słowa są skierowane właśnie do niej. Tymczasem miss szkoły kierowała swoje słowa do idącej obok Marysi, też wychowanki domu dziecka. Monika współczuła koleżance z sąsiedniego pokoju, bo wiedziała, że jej włosy są dla niej przekleństwem. Dziewczyna nie rozumiała jednak, jak można przejmować się wyglądem, skoro nie masz rodziców i jesteś zdana tylko na siebie.
- No, głowa do góry. Nie przejmuj się misską. Ona lubi dogryzać, to jej żywioł. Lepiej chodźmy szybciej, bo nie dostaniemy obiadu w bidulu.
Monika szła jakby nieobecna. Mijała kilka szczęśliwych rodzinek, samotnych ludzi i zakochane pary. „Ciekawe, jakbym była w ciąży…Urodziłabym pewnie ślicznego bobaska i nigdy bym go nie skrzywdziła. Nigdy! A mój mąż kochałby nas oboje, dbał i po prostu był z nami na dobre i na złe.” – myślała Monika.
Po kilku minutach na horyzoncie ukazał się żółty budynek z szarym podwórkiem. Nic nie wskazywało na to, że ktoś wyczekuje na znużone dziewczęta, aby je upomnieć, że mają wracać do placówki prosto po szkole. Monika powolnym krokiem wspięła się po odrapanych schodach i zdziwiła się, że z jej pokoju dobiega gwar rozmów i śmiechów. Gdy weszła do pomieszczenia, to ujrzała młodą dziewczynę, która trzymała na kolanach jej siostry. Wokół leżały porozrzucane rysunki i papierki od cukierków.
- Dlaczego tu jest tak brudno? I co wy w ogóle robicie?
- To jest pani Ola – Justyna nie zwracała uwagi na nieprzyjemny ton głosu siostry – Ona jest wolontariuszką i będzie nam pomagała w nauce. Na razie chciała zobaczyć nasz pokój.
Brązowe oczy Moniki przeniosły się na ładną blondynkę o kręconych włosach i poczuła nagłe uczucie zazdrości, że jej siostry wreszcie znalazły życzliwą osobę. W jej oczach zapłonęły złowrogie iskierki.
- Nasz pokój to nie kino, nie ma tu nic do oglądania, a podłoga to nie śmietnik, więc pozbierajcie swoje papierki. Czy nikt was nie nauczył, że od obcych nie bierze się słodyczy? Mogą mieć przecież nieczyste zamiary…
- Słuchaj, nie przesadzaj. – tym razem odezwała się wolontariuszka – Nie mam nieczystych zamiarów, sama dostałam te cukierki i postanowiłam się podzielić z dziewczynkami.
- Ale dlaczego z Justyną i Pauliną? – nie ustępowała? Monika
- Skoro ci to przeszkadza, to pójdziemy sobie na świetlicę. Tam są przynajmniej gry. W kartonie leżą ubrania. Możesz sobie wybrać, co ci się będzie podobało.
- Nie potrzebuję niczyjej jałmużny – odparowała Monika
Wolontariuszka postanowiła już się nie odzywać. Pomimo że była młoda, wiedziała, że nie warto wdawać się w tego typu dyskusje. Sądziła, że trzeba poczekać, żeby przełamać pierwsze lody, zdobyć zaufanie osoby takiej jak Monika. Z własnego doświadczenia wiedziała, że osoby z domu dziecka mają trudne charaktery, są nieufne wobec ludzi i wrogo nastawione.
- Jeżeli zmienisz zdanie – ostrożnie zaczęła Ola – to nie krępuj się poszperać w kartonie.
Po chwili Monika została sama ze swoimi myślami. Za oknem świergotała ptak, słońce zalotnie wpadało do pokoju, ale dziewczynie wcale nie udzielał się ten radosny nastrój.
Żałowała, że tak ostro potraktowała tą całą Olę. Nie potrafiła się zdobyć na to, żeby pójść do świetlicy i ją przeprosić. Po cichu poszła więc pod drzwi i słuchała wesołych rozmów. Ktoś cały czas radośnie opowiadał o czymś i Monika nagle zrozumiała, że to Krzysiek, siedemnastoletni chłopak, który był znany ze swojej gburowatości i nieżyczliwości. „Boże, jaki ona ma wpływ na ludzi… przecież on przez trzy lata, odkąd tu jestem, nigdy nie widziałam, żeby się uśmiechał” – myślała – „Może tam pójdę?”
Już po kilku minutach Monika została ciepło przywitana przez grupkę chłopców i dziewcząt.


4.
- Raz, dwa, trzy… wybierać będziesz ty!
Monika podskoczyła radośnie, że to właśnie ona może wybierać spośród sporej grupki, która z każdą chwilą się powiększała. Mieli teraz grupowo rozwiązywać krzyżówki przygotowane wcześniej przez Olę ( nikt nie może się przyzwyczaić, żeby mówić jej po imieniu). Monika pierwszy raz poczuła, że dobrze czuje się w domu dziecka i że nieźle się bawi. Jeszcze nigdy nie skakała na skakance z siedmioletnimi dziewczynkami i nie grała w karty i ping ponga ze starszymi chłopakami znanymi z kradzieży i brania narkotyków. Poza tym świetnie dogadywała się z Krzyśkiem, który okazał się zupełnie inny niż przypuszczała. Chłopak obiecał, że pomoże jej ze znienawidzoną fizyką. Ola z dumą obserwowała metamorfozę Moniki i cieszyła się, że dzieciaki wreszcie się czymś zajęły. Niestety wizyta Oli powoli dobiegała końca i musiała się pożegnać z wszystkimi, bo śpieszyła się na pociąg.
- Myślisz, że ona też po jakimś czasie z nas zrezygnuje i oleje nas? – zapytał Krzysiek lekko marszcząc czoło.
- Mam nadzieję, że nie. Zobacz, jak ona na nas wpływa. Po jej wyjściu znowu zrobiło się smutno i szaro, ale mamy chociaż trochę nadziei, że będzie lepiej. – powiedziała Monika.
Chłopak natarczywie przypatrywał się twarzy Moniki i doszedł do wniosku, że jego koleżanka ma najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widział.
- Wiesz, masz… - nie dokończył, bo mocno się zarumienił – Czytałaś kiedyś wiersze Leśmiana? Pisał on o czarnych oczach jak jeziora, w których odbijają się rusałki, czy coś takiego, nie pamiętam już… Ty też takie masz.
Monika poczuła, że oblewa się rumieńcem z dwóch powodów. Wiedziała, że to był komplement, ale wstydziła się tego, że nawet nie słyszała o Leśmianie. Przecież ona nigdy nie czytała poezji, chyba że w szkole, ale to co innego.
- Wiesz, ja nigdy, no nie słyszałam…- nie dokończyła, bo Krzysztof jej przerwał.
- Domyślam się, że nie lubisz poezji. Większość dzieciaków z bidula nie jest nawet zapisana do biblioteki. Ja nie chcę rujnować sobie przyszłości tylko dlatego, że nie obchodzę moich rodziców. Nie martw się, chodźmy do twojego pokoju zająć się tą nieszczęsną fizyką.


5.

- Jak to robiliście to bez zabezpieczenia? – Monika omal nie zakrztusiła się bułką – Czy ty wiesz coś ty narobiła?!
Dziewczyna spojrzała na rozanieloną Tośkę i nie mogła nadziwić się jej głupocie. Rozejrzała się po stołówce, jakby szukając wsparcia. Ujrzała tylko smętne twarze, niezadowolone z pójścia do szkoły.
- Nawet nie wiesz jak było wspaniale… - zaczęła Tośka – Świece, muzyka, po prostu cudo! Powiedział, że mnie kocha nikomu nie powie, co robiliśmy. Czy to nie piękne?
W tym samym momencie do pomieszczenia weszła grupka spóźnionych chłopaków z Tomkiem na czele. Tośka pomachała do niego ręką, ale spotkała się tylko ze śmiechem i docinkami w stylu: „I jak było Tosiu? Przyjemnie? Tomek mówi, że jesteś całkiem niezła…”
Monika wiedziała, że to tak się skończy. A jak Tośka będzie w ciąży? Na razie wybiegła ze stołówki do swojego pokoju i nic nie zapowiada, że szybko z niego wyjdzie. Do szkoły też pewnie nie pójdzie. Schowa się gdzieś, a potem po cichutku przemknie się do pokoju. Wszyscy tak robią, bo wiedzą, że o tej porze wychowawcy nigdy nie zaglądają do pokojów, a usprawiedliwienia pisze pan Bronek za buziaka, albo siedzenie mu na kolanach. Od kiedy w życiu Moniki pojawiła się Ola, dziewczyna nie opuszcza już zajęć, a zaległości pomaga jej nadrabiać Krzysiek. Niby wszystko układa się jak najlepiej, ale nie do końca. Monika wciąż czuje pustkę po utracie mamy, tęskni do zwykłego, rodzinnego życia. Często rozmawia o tym z Olą, zazdrości jej tego, że ona ma do kogo wracać, pomimo tego, że już dawno ukończyła 18 lat, to wciąż polega na zdaniu rodziców. Monika zauważyła, że Ola z całego domu dziecka poświęca właśnie jej najwięcej uwagi, nikt nie ma z nią takiego kontaktu jak ona. Pochlebiało to dziewczynie, a nawet cieszyło, bo Ola obiecała, że weźmie ją i jej siostry do siebie na kilka dni wakacji. Monika nie mogła się już doczekać i odliczała dni do wyjazdu.
- Młoda panno, a może pośpieszyłabyś się, zamiast rozmyślać o niebieskich migdałach? – wychowawca stanął przy stoliku Moniki i uporczywie się w nią wpatrywał – A może panienka w ogóle nie zamierza iść dzisiaj do szkoły? No tak, po co…Ty i tak się nie uczysz. Tak jak twoja koleżaneczka. Rozpacza w toalecie zamiast wziąć się w garść. Życie to nie bajka, więc nikt nie będzie się nad wami litował.
Monika spojrzała na mężczyznę i stwierdziła w myślach, że ktoś taki nie powinien mieć kontaktu z dziećmi z domu dziecka.
„Przecież on w ogóle nie potrafi z nami rozmawiać. Myśli, że jak walnie kazanie, to mi to coś da. No tak, ale on przecież zarabia na nas marne grosze i do jego obowiązków nie należy wspieranie duchowe.” – myślała Monika.
- Zbieraj się słyszysz?
- Już idę, idę. – odpowiedziała Monika
- Twoje siostry czekają na ciebie w pokoju. Odprowadź je i nic nie kombinuj.
Rzeczywiście. Paulina i Justyna uczesane w sterczące kitki siedziały na swoich łóżkach i czekały na siostrę. Monika zauważyła, że paulina już dawno wyrosła ze swoich ubrań. Spodenki były przykrótkie, a bluzka nieco zbyt obcisła. „Trzeba to zgłosić wychowawcy” – pomyślała Monika i wzięła za ręce siostry. Ola powiedziała, że musi być czuła wobec sióstr, bo mają tylko ją. Dziewczynki posłusznie wyszły przed placówkę i razem z Moniką chłopców, mniej więcej w wieku Pauli i Justyny, którzy po kryjomu palili papierosy. Starsi wzięli się za mocniejsze rzeczy i zaciągali się powoli narkotykiem. Błyszczącymi oczyma spojrzeli na Monikę i powiedzieli:
- Tylko trzymajcie gęby na kłódkę, bo inaczej… - nie dokończyli, gdyż z budynku wyszedł wychowawca i musieli uciekać.
Monika doskonale wiedziała, że nic nie powie. Nie miałaby potem życia, a zresztą, to nie jej sprawa.
- Chodźmy, bo się spóźnimy – powiedziała tylko i poprawiła kaptur młodszej siostrze.
Mijały szare budynki, deszcz smutno kapał, a brudny kundel, który się do nich przyczepił, postanowił pogonić kota.
- Monika, czy ty tęsknisz za mamą? – zapytała nieoczekiwanie Justyna – Wszystkie dzieci miały wczoraj napisać wierszyk o swojej mamie, a kiedy powiedziałam, że moja mama jest w niebie, to się ze mnie śmiały. Dlaczego my nie możemy mieć mamy? Wszyscy mają normalne domy, a my mieszkamy z obcymi ludźmi. Monika, powiedz coś…
Zaskoczona dziewczyna spojrzała na zrozpaczoną siostrę i zupełnie nie wiedziała, co odpowiedzieć.
- Słuchaj, nasza mama…Naszej mamy nie ma przy nas ciałem, ale cały czas czuwa nad nami, rozumiesz?
- Ale dlaczego nie możemy być z tatą, przecież on ciałem jest tutaj – dołączyła się Paulina.
- Tata pije i nie potrafi się nami opiekować. Mamy siebie i musimy się wspierać. Obiecuję, że kiedyś zamieszkamy razem we własnym domku, z pięknym ogrodem i różnymi zwierzątkami.
Monika nie wiedziała, że już niedługo tak się stanie.



6.
- Dla Moniki Znaczko w dniu ukończenia gimnazjum i pomyślnego zdania testów kompetencji. Gratulacje.
Monika ubrana w czarną spódniczkę oraz biała bluzkę z dumą odbierała świadectwo ukończenia szkoły i jej szczery uśmiech rozjaśniał całą salę. Dzięki pomocy Krzyśka i Oli, Monika pokonała trudności z fizyką. Wreszcie zrozumiała, że połączenie ciała z ziemią przewodnikiem nazywamy uziemieniem tego ciała i już nie myli prawa Archimedesa z prawem Coulomba. Monika udowodniła sobie i innym, że jeśli się czegoś chce i pracuje się nad tym, to spełni się to. Dziewczyna wróciła na swoje miejsce i poszukała wzrokiem Krzyśka, który obiecał, że przyjdzie zrobić jej kilka zdjęć. Podziękowała mu wzrokiem tylko oni sami znali ich tajemny język. Od pewnego czasu spędzali ze sobą każdą wolną chwilę. Monika wie już, kim jest Leśmian, a nawet Twardowski, Szymborska i Asnyk.
- Dziękujemy wszystkim za uwagę i życzymy już byłym trzecioklasistom samych sukcesów
w nowych szkołach. Skończył się pewien okres w waszym życiu i mam nadzieję, że
zwycięsko wkroczycie w dorosłość. – dyrektor uroczyście zakończył apel i uczniowie
zaczęli rozchodzić się do domów, by świętować początek upragnionych wakacji.
Krzysztof wziął za rękę Monikę i oboje wyszli roześmiani ze szkoły.
- Boże, to już jutro. Już jutro będę na wsi razem z siostrami, Olą i jej rodzicami. – powiedziała Monika.
- Ty to masz dobrze. Ja od jutra zaczynam prace. Muszę zarobić na swoje potrzeby – zamyślił się chłopak. – Wiesz, jestem z ciebie dumny. Pokonałaś własne słabości, opiekujesz się siostrami i jakoś sobie radzisz.
- Przecież to dzięki tobie się nie załamałam. Ty przesiadywałeś u mnie w pokoju i cierpliwie mi wszystko tłumaczyłeś, rozmawiałeś do późna w nocy. I nie pozwoliłeś, żebym zrobiła coś głupiego – w tym momencie Monika przerwała, bo zauważyła znajomą postać. Mężczyzna zataczał się lekko, był brudny, w podartych spodniach i miał tylko jednego buta.
- O mój Boże! To mój ojciec!
Mężczyzna zbliżał się powoli, a Monika spanikowana mocniej ścisnęła dłoń Krzysztofa.
Oboje zupełnie nie wiedzieli, co mają zrobić! Kiedy ojciec Moniki zbliżył się dostatecznie blisko, spojrzał na dziewczynę i rzucił:
- Cześć, mała. Zabawimy się?
On nie poznał własnej córki! Monice napłynęły łzy do oczu, ale postanowiła, że będzie silna i nie załamie się. Krzysiek objął ją ramieniem i przeszli dalej.
- Nie chcę o tym rozmawiać, OK? Jeszcze nie teraz.
- OK, Monia. Jeszcze nie teraz.
I powędrowali słoneczną uliczką po duże lody.


7.
- Pośpiesz się, bo nie zdążymy. Po co ci aż tyle rzeczy? – zapytała Justyna, widząc jak Monika z trudem zamyka trochę zniszczoną walizkę.
- O, udało się. Już jestem gotowa.
- Myślałem, że już nigdy tego nie powiesz. – w pokoju pojawił się nagle Krzysiek – Pomogę wam zanieść bagaże do samochodu. Ola jest u wychowawcy, uzgadnia jakieś tam warunki. Poczekamy na nią na dole.
Wszyscy patrzyli z zazdrością, jak cała czwórka obładowana walizkami i torbami przemierza korytarz. Na pożegnanie wyszła Tośka, która już doszła do siebie i z zaokrąglonym brzuszkiem wyglądała zza drzwi.
- Bawcie się dobrze i nie zapominajcie o nas! – krzyknęła.
- Pewnie, że zapomną. Już ja na to nie pozwolę… - odpowiedział Krzysiek i czule spojrzał na Monikę, która zarumieniła się trochę.
„A więc tak wygląda szczęście w nieszczęściu. Mam dla kogo żyć, tak i nie powinnam się załamywać. Mamo, uwierzyłam już, że czuwasz nade mną i nie pozwolisz więcej skrzywdzić mnie ani dziewczynek” – myślała Monika schodząc ze schodów.
Bagaże znalazły się w samochodzie i nadszedł czas pożegnania.
- Myślę, że jak wrócę, to powinniśmy poważnie porozmawiać. – Monika spojrzała na Krzyśka i zauważyła, że jest zasmucony tą rozłąką.
- Też tak sądzę. Najwyższa pora, prawdą?
- Hej, wypoczynek tuż tuż. Gotowi do startu? – To była Ola. Od kiedy zrobiła sobie prawo jazdy, nie musi tłuc się pociągami i jest z tego bardzo zadowolona. – Monika, Krzysiek, zobaczycie się niedługo. Nic tak nie działa na zmysły jak krótka rozłąka. Wskakujcie do samochodu! Justyno, nie śmiej się tak, przecież oni muszą się kiedyś pocałować.
Po chwili Krzysztof został na szarym podwórku, ale i tak się uśmiechał, bo wiedział, że zaszła w nim zmiana. Wreszcie otworzył się na świat i znalazł kogoś, dla kogo warto żyć.


8.

Drzewa przesuwały się w szybkim tempie, a w samochodzie brzmiała wesoła muzyka sącząca się z radia. Ola skupiona na prowadzeniu samochodu rzadko się odzywała, za to dziewczynki radośnie świergotały.
- Ja jestem starsza i lepiej wiem, że ptaki latają, bo mają skrzydełka, a nie dlatego że poruszają nóżkami – Justyna przekonywała Paulinę.
- Nieprawda! One poruszają nóżkami.
Spór przerwała Ola, która oznajmiła, że już zbliżają się na miejsce. Samochód po piętnastominutowej jeździe zatrzymał się przy białym domku z ogrodem. Dziewczęta wysiadły z auta i oniemiałe z zachwytu przeglądały się różnokolorowym kwiatkom, jakby przyklejonym do zielonego płotka. W żółtym ganku stali mam i tata Oli. Z niecierpliwością i pewną obawą oczekiwali na gości. Po chwili obawy zniknęły i przerodziły się w serdeczność.
- Zapraszamy do środka. Nie będziemy tu przecież stali – odezwał się przystojny i postawny mężczyzna, tata Oli.
W mieszkaniu panował przyjemny chłód, a wystrój domu zdradzał, że jest tu kobieta. Było przytulnie i wygodnie, a zarazem nowocześnie. Monice od razu przypadła do gustu pani Iwona, bo przypominała jej trochę mamę. Obie miały brązowe, lśniące włosy i śmieszny, zadarty nosek. Dziewczynki dostały wspólny pokój z widokiem na sad, a Monika pomieszczenie na poddaszu. Siostry czuły się jak w prawdziwym domu, bo nikt nie traktował ich jak specjalnych gości, bo miały też obowiązki, tak jak każdy domownik. Rano budziło je słońce i śpiew ptaków, a usypiał odgłos koników polnych i świerszczy buszujących w trawie. Monika lubiła siedzieć na huśtawce nieopodal domu i obserwować zachodzące słońce. Dużo pisała w swoim pamiętniku:
„Nawet nie wiedziałam, jak wspaniałe może być Zycie na wsi. Jestem z siostrami, znalazłam prawdziwą przyjaciółkę, oddanych ludzi. Niedaleko mnie jest człowiek, którego kocham. Tak, kocham i dopiero ta rozłąka mnie o tym przekonała. Wiele mu zawdzięczam i dziwię się, że nasze drogi wcześniej się nie zeszły. Przecież on przez trzy lata mieszkał piętro wyżej niż ja…
Chciałabym być tu na stałe, chociaż wiem, że to niemożliwe. Przecież jestem tu kilkanaście dni, a potem szary bidul i smutek. Na razie nie chcę przyjmować do siebie tej myśli, ale jak widzę dziewczynki biegające za kurami, to wiem, że one w domu dziecka nigdy się tak nie uśmiechały. Rodzice Oli są dla nas serdeczni i nie ukrywają przed nami niczego. Też mają problemy i potrafią o nich otwarcie mówić.







9.
- No i jak ci się tu podoba? – zapytała Ola, widząc zamyśloną Monikę.
- Przecież wiesz, że tu jest cudnie.
- To czym się tak martwisz?
- Justyna zadała mi dzisiaj po śniadaniu dziwne pytanie. Zapytała, czy mama nie obrazi się na nas, że tak bardzo polubiłyśmy panią Iwonę. Odpowiedziałam jej, że nie, przecież mama zawsze będzie naszą jedyną mamą, bo to przecież ona nas urodziła.
Ola spojrzała na Monikę i pomyślała sobie w duchu, że zna taki przypadek. Kiedy dziecko z bidula zaczyna powoli układać sobie życie, to pojawiają się wyrzuty sumienia, że jest nielojalne wobec zmarłego rodzica. Ola zawsze wiedziała, jak postępować z takimi osobami i postanowiła przeprowadzić szczerą rozmowę z Justyną.
- Zostaw to mi, wiem, jak pogadać z Justyną.
W pomalowanym na różowo pokoju rozdzwonił się telefon. Monika podbiegła do aparatu z nadzieją, że to do niej, bowiem czekała na telefon od Krzyśka. Chłopak zadzwonił po raz ostatni dwa dni temu i wspominał coś o wspaniałej niespodziance. Do tej pory nie odzywał się wcale. „Może coś się stało?”- przemknęło przez głowę Moniki. Okazało się, ze dzwonił wychowawca z domu dziecka, bo chciał się zapytać, jak czują się dziewczynki. Rozczarowana Monika poczłapała się na dwór, cały czas zastanawiając się, skąd ta nagła sympatia i życzliwość wychowawcy.
- Hej, pograsz z nami w piłkę? – oczom Moniki ukazała się rozczochrana Paulina z brudną od lodów buzią. Jej młodsze siostry szybko znalazły sobie koleżanki w swoim wieku i całymi dniami biegały po słonecznym podwórku. Pani Iwona z trudem nakłaniała je, aby przyszły do domu i zjadły obiad.
- No dobra, ale ja jestem bramkarzem.
Po chwili rozpoczął się pasjonujący mecz i już do końca dnia na dworze słuchać było radosne okrzyki i dopingujące słowa. W tym samym czasie pani Iwona z mężem patrzyli przez okno z łezka w oku i snuli pewne plany…


10.
- Dziewczynki, to już ostatni dzień waszego pobytu tutaj – zaczęła mówić pani Iwona przy kolacji – Bardzo się z wami zżyliśmy. Ja, Robert, Ola. Dlatego postanowiliśmy zgodnie, żebyście tu zostały na stałe, oczywiście, jeżeli tylko chcecie.
Siostry rzuciły się na panią Iwonę i już wiadomo było, że chcą. Po policzkach Moniki ciekły łzy szczęścia.
- Monika, a twój Krzysiu może przyjeżdżać tutaj. To tylko piętnaście minut drogi, prawda, tato?
- Tak, ty też możesz do niego jeździć. A zresztą.. Obróć się za siebie.
Zaskoczona Monika ujrzała Krzysztofa w drzwiach z kwiatami w ręku. Nie wiedziała, co ma powiedzieć.
- To my pójdziemy pozmywać naczynia – powiedziała Ola i popchnęła lekko Paulinę i Justynę w stronę kuchni.
Chłopak podszedł bliżej do Moniki i powiedział cicho:
- A więc znalazłaś wreszcie dom. Czy nadal chcesz zadawać się z kimś z bidula?
- Oczywiście, że tak. A poza tym mieliśmy szczerze porozmawiać.
- Chyba już oboje wiemy, co chcieliśmy sobie wyznać. Kocham cię, Moniko. Z tobą zdołam wszystko, a nawet więcej.
Monika wzięła za rękę Krzysztofa, musnęła jego wargi swoimi i wyszeptała:
- Ja też cię kocham. Zapomnijmy o przykrej przeszłości. Zacznijmy wszystko od nowa, dobrze?
A potem zaszło słońce i już na zawsze zagrzebało smutki Moniki.

  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano

nie podoba mi się, że tak bardzo tekst jest szczegółowy. np. jak włosy, to splecione w warkocz, albo "Monika ubrana w czarną spódniczkę oraz biała bluzkę" - czasami wtłaczasz zbyteczne opisy- abstrahując od "oraz", które tak użyte być nie może ( i "pokoi" a nie "pokojów"). Tekst jest nieco infantylny w temtyce(jak dla mnie oczywiście). Napisany, że tak się wyrażę poprawnie. Msz wymaga szlifu. Ale nie jest źle:)
pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...