Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

spod powiek przyciśniętych
fizyczną niewiarą we własne - ciasne
horyzonty czarnowidztwa
nie wszyscy mają
przykrótkie myśli
może też nie zawsze

łza ciężka jak ziemia
morze słona
dodatek do sosu
niedzielnych powierzchowności
pływa

nie kona?

jak się Panie narodzić
by pozbyć się ***ot wszystkich

Opublikowano

panno Nikuła, dzięki za sosowe parady- zyczę ciepła, weny i zdrowia do pisania wierszY
Jacku, wczoraj przekonałam się co to znaczy nieodpowiednia niania- ależ umęczy! pozdrawiam i zyczę cierpliwości ,zdrowia do wychowania i kaski na nianie!

Opublikowano

tak, bardzo mi sie podoba...nie jestem coprawda w takim szoku jak po przeczytaniu wiersza Samo zło, ale dość podobnie. pierwsza strofa moim zdaniem bardzo wymowna i obrazowa...taki troche trzon do reszty. warto siedzieć na tej stronie pięć godzin żeby przeczytać coś takiego:) pozdrawiam i również najlepszego w nowym roku.

Opublikowano

Dziewuszko, powiek nie obetnę -ze względu nawet na to-że zaszczycili mnie Oskar i Vacker, a wiem z doświadczenia że to co tychże panów drażni jest oki, bo oni nie są sentymentalni, ale to przyjdzie z wiekiem, prawa natury są niezmienne!
Oskarze, jestem Ci niezmiernie..., tylko tyle nieścisłości znalazłeś, to całkiem niezle- dla mnie oczy...wiście(tu bez powiek),powieki bez soli są niesmaczne- próbowałeś?
a rym specjalnie, bo lubię i go bronię, wiesz ile mnie to kosztowało ze tak się zrymowało?
Vacker, wiem że drażni, ale to też chciałam zwulgaryzować, bo mnie denerwuje ta cholerna ciasnota widno i kręgów coniektórych,
to tyle mojego! a Wam szacowni- dzięki!!!!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...