Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1. Maria Callas – La Mamma Morta

Trzy godziny błądziła po starówce miasta. W każdej dłoni trzymała bukiet kwiatów. Niosła je na swój pogrzeb, który miał się odbyć w Święto Trzech Króli. I choć nie była wierząca, wstąpiła do małego kościoła i upadła na kolana. Jej włosy rozsypały się na posadzce, kwiaty wypadły z rąk. Leżała w bezruchu i wdychała zapach świec. Mamrotała pod nosem słowa niczym mantrę „zdradziłam cię, wybacz mi”.
Jeszcze godzinę temu leżała w ciepłym łóżku, a nie na zimnej posadzce. Wtulała spocone ciało swojej partnerki. Nie obchodziło jej nic prócz satysfakcji, której przed chwilą doznała. Oddychając spokojnie po mocnych przeżyciach, gładziła delikatnie łono i patrzyła na sufit, obserwując ciemną plamę.
- Muszę iść do pracy – powiedziała do kochanki i wstała z łóżka by się ubrać.
- Zobaczymy się jeszcze?
- Nie.
- Dlaczego – spytała młoda dziewczyna i objęła swoją rozmówczynię za nogi.
- Puść. Przekraczasz tym zachowaniem swoje kompetencje! – powiedziała 32 letnia
Daria i wyrwała się uścisku. Sięgnęła do kieszeni żakietu i wyjęła papierośnicę. Po chwili już z gracją pokerzystki zaciągała się Morrisem, wydmuchując do góry dym.
- Czy prostytutki nie mogą mieć uczuć? – zawołała Tamara i rozpłakała się.
- Naprawdę, muszę iść.
- Błagam, zostań!
- Mam męża i dwie córki – wyjaśniła Daria.
- Nie przeszkadza mi to.
- Żegnaj – powiedziała Daria i skierowała się w stronę drzwi.
- Jesteś taka sama jak ja! Dziwka!
- Ja nie biorę za to pieniędzy.
Daria ubierała się zawsze elegancko, co wynikało z jej statusu majątkowego. Jako spadkobierczyni ogromnej fortuny ojca, mogła sobie pozwolić na ekskluzywne życie, operacje plastyczne i opłacanie kochanki. Choć to ostatnie wymykało się powoli z pod kontroli. Zaangażowanie finansowe przekształciło się w inwestycję emocjonalną. Młoda pani prezes zakochała się w prostytutce. Mimo, że genetycznie odziedziczyła umiejętność rozporządzania ludźmi, to nad Tamarą nie potrafiła zapanować. Problem wynikał ze zbyt częstego przebywania w towarzystwie kochanki. Początkowa fascynacja erotyczna, chęć przygody, kaprys bogatej kobiety, przerodziły się w silną zażyłość.
Z czasem znajomość z Tamarą nabrała charakteru destrukcyjnego. Częste nieobecności w domu oraz coraz ostrzejsze kłótnie z mężem nasilały się. Daria oddalała się od rodziny, codziennego życia, uciekała w drugie życie.
To był wtorek. Daria poszła wieczorem do pubu, gdzie była umówiona z Markiem. Mężczyzna, który zjawił się w lokalu punktualnie, był przystojnym, wysokim brunetem o urodzie południowca. Należał do tego gatunku ludzi, który wyglądem torowali sobie drogę na szczyt kariery. Przenikliwy umysł Darii od razu rozpracował Marka. Po kilku gestach była pewna, że ten człowiek będzie doskonałym współpracownikiem.
Jak zawsze rozmowy prowadziła przy barze. Siedząc na wysokim stołku prężyła się i głośno śmiała, co działało na facetów bardzo skutecznie. Po dwóch godzinach byli gotowi uwierzyć w każdą bzdurę. Podobnie miało być i tym razem.
Młody mężczyzna już po zamówieniu drugiego drinka spijał słowa z ust Daria. Nie wiedział, że ma do czynienia z kobietą niebezpieczną, wytrawną kolekcjonerką takich jak on. Każdy wystudiowany gest, przenikliwe spojrzenie oraz niezwykła umiejętność prowadzenia rozmowy, czyniły z niej nieodpartą pokusę, obiekt pożądania. Przynajmniej tak było do tej pory.
- Pracowałeś już w kilku znanych firmach. Nabrałeś doświadczenia. Lubię takich ludzi. Myślę, że czeka nas owocna współpraca – stwierdziła Daria, zagryzając delikatnie wargi. Nie odrywała wzroku od Marka i kontynuowała – Jestem przekonana, że się sprawdzisz.
- Dziękuję za zaufanie – odpowiedział.
Znajomość nabierała rozmachu, a tematy zawodowe zeszły na drugi plan. Kiedy Daria położyła dłoń na ramieniu Marka, dostrzegła coś dziwnego. 27 letni „południowiec” nie zareagował na jej gest. Kompletnie obojętny sięgnął po szklankę i wypił całego drinka.
- Coś zrobiłam nie tak? – spytała Daria. Postanowiła zastosować inną strategię. „Może jest typem, który sam musi zdobywać?” – zastanawiała się.
- Przepraszam – powiedział spokojnie Marek. Spojrzał na zegarek. – Już północ. Muszę iść.
- Odwiozę cię do domu – zaproponowała Daria czując, że szansa na sukces powoli wymyka się jej z rąk.
- Wezmę taksówkę. Dziękuję za propozycję...
- Co z tobą? – przerwała mu. - Jesteś homoseksualistą?
- Nie skąd. Czemu tak pomyślałaś?
- Masz zaburzenia erekcji? – pytała dalej, zdając się nie słyszeć odpowiedzi Marka.
- Religia mi nie pozwala.
- Co? – Z jej oblicza zniknął uśmiech i subtelne ruchy nabrały nerwowego charakteru.
- Naprawdę ja już muszę wracać.
- Idź chłopczyku. Wracaj do mamusi! – powiedziała wściekła Daria. Odwróciła się do barmana i wskazała mu wymownym gestem na pustą szklankę.
Takiego upokorzenia jeszcze nigdy nie doznała. Przyzwyczajona do dostawania każdej upragnionej rzeczy czuła gorycz porażki. Nie potrafiła się z tym pogodzić. Położyła na blacie baru zwitek pieniędzy. Po minucie stała przed nią pełna butelka tequili oraz cytryna i sól. W tym momencie nie robiło jej różnicy co powinno się najpierw wybrać. Cytryna, tequila, tequila, sól, tequila. Zdecydowanie alkohol dominował w tej wyliczance.

Wracała nad ranem, pijana i wściekła. Rozmyślała nad kondycją męskiej części populacji. Przeklinała pod nosem, wymachiwała torebką. W lewej ręce niosła otwartą butelkę tequili. Usiadła na ławce i zaczęła pić. Mamrotała pod nosem:
- Tak. Jestem winna! Skąd mogłam wiedzieć, że myślący penisem facet okaże się chłopczykiem? Taki grzeczny. Katolik. Pieprzę was. Dobrze wysoki sądzie. Proszę o najwyższy wymiar kary. Zamknijcie mnie w więzieniu dla kobiet. Zedrzyjcie ze mnie to luksusowe wdzianko. Prowadźcie pod prysznic. Umyjcie z zapachu tych ohydnych perfum. Chcę by mnie przenieść do izolatki. Jestem samowystarczalna… - zrobiła większego łyka – Co mówisz kochanie? Aha, potrzebujesz na nowy samochód. Nie dostaniesz psie ani grosza! Od siedmiu lat żresz za pieniądze tatusia. Koniec! No i co? Powiem ci coś. Ukłuję twoją męską dumę. Mam kogoś. Zdziwiony? To kobieta. Powiem więcej. Ja ją kocham! Kocham ją i tyle! Każdy facet to... Jestem zmęczona.

Po południu dzieci wracały ze szkoły. Dwie dziewczynki postanowiły pójść do parku. Kiedy biegały po alejkach, dostrzegły w krzakach jakieś ciało. Podeszły powoli i wystraszone uciekły. Wieczorem w tym miejscu roiło się od policjantów.
W tym samym czasie Tamara oczekiwała na telefon od Darii. Po cichu liczyła na to, że jej ukochana zmieni zdanie i wróci do niej. Miała już położyć się spać, ale ktoś zapukał do drzwi. „A jednak” – pomyślała i pobiegła otworzyć. Gdy ujrzała Darię uśmiechnęła się i rzuciła na nią z radością. Zaczęła ją całować i przytulać. Po chwili jednak przestała, bowiem zauważyła kamienną twarz i nóż w jej ręku.
- Zabiłam człowieka.
- Jezu! – szepnęła Tamara. – To niemożliwe. To jakiś twój wygłup?
- Nie. Chciałam cię tylko zobaczyć.
- Jesteś bardzo blada...
- Idę.
- Gdzie idziesz?
- Na swój pogrzeb. – powiedziała Daria i pomimo usilnych prób werbalnych i fizycznych Tamary, opuściła mieszkanie, zeszła w dół po schodach i ruszyła przed siebie.
Kilka godzin włóczyła się po starówce, by w końcu wejść do kwiaciarni. Zakupiła dwa bukiety i przy wtórze operowej arii Marii Callas wyszła.
Później „leżała krzyżem” na środku kościoła i rozmyślała o swoim życiu, które dobiegało kresu. Ktoś zapalił świece. Zaczęły bić dzwony. Pusty kościół zaczął się wypełniać wiernymi. Ludzie siadali w ławkach i zdawali się nie zwracać na nią uwagi.
Na ołtarzu pojawił się ksiądz i rozpoczął mszę. Gdy ludzie odmawiali modlitwy, do leżącej podeszły dwie dziewczynki i rozpłakały się. Kobieta nie reagowała.
Daria obudziła się na dworze. Leżała w trumnie, wokół której znajdowali się ludzie. Chciała się podnieść, lecz nie mogła. Wśród żałobników dostrzegła płaczącą Tamarę. Dziewczynę przytulaj pogrążony w zadumie wysoki mężczyzna – ojciec dziewczynek i mąż Darii.
Wieko przykryło trumnę, którą następnie opuszczono ją do wykopanego dołu. Daria krzyczała, ale nikt jej nie słyszał. Słysząc spadającą ziemię, uderzała pięściami w drewniane ściany trumny. Już nie walczyła o kolejną zdobycz, próbowała ocalić życie, ale sił i powietrza miała coraz mniej. Zrobiło się ciemno, duszno i bardzo klaustrofobicznie. Zapanowała cisza.
Kobieta leżała w bezruchu. Minęło kilka chwil, które zdawały się trwać wieczność. Jednak usłyszała, coś co brzmiało jak aria operowa. Łzy cisnęły się jej do oczu. Resztką sił nuciła:

La mamma morta m'hanno
alla porta della stanza mia;
Moriva e mi salvava!
poi a notte alta
io con Bersi errava,
quando ad un tratto
un livido bagliore guizza
e rischiara innanzi a' passi miei
la cupa via!
Guardo!
Bruciava il loco di mia culla!
Così fui sola!
E intorno il nulla!
Fame e miseria!
Il bisogno, il periglio!
Caddi malata,
e Bersi, buona e pura,
di sua bellezza ha fatto un mercato,
un contratto per me!
Porto sventura a chi bene mi vuole!
Fu in quel dolore
che a me venne l'amor!
Voce piena d'armonia e dice:
"Vivi ancora! Io son la vita!
Ne' miei occhi è il tuo cielo!
Tu non sei sola!
Le lacrime tue io le raccolgo!
Io sto sul tuo cammino e ti sorreggo!
Sorridi e spera! Io son l'amore!
Tutto intorno è sangue e fango?
Io son divino! Io son l'oblio!
Io sono il dio che sovra il mondo
scendo da l'empireo, fa della terra
un ciel! Ah!
Io son l'amore, io son l'amor, l'amor"
E l'angelo si accosta, bacia, e vi bacia la morte!
Corpo di moribonda è il corpo mio.
Prendilo dunque.
Io son già morta cosa!


(Maria Callas
La Mama Morta
kompozycja - Umberto Giordano)

Opublikowano

dzięki:)
ostatnio siedzę w tych klimatach i nie mogę się wyrwać (umieranie, śmierć)
jak dorwę tłumaczenie to spróbuję wrzucić - chodzi o śmierć matki - piosnka ma mieć związek z tekstem
dużo dobrych tekstów, zdrówka, uśmiechu i pozytywnej energii w 2006 roku!!!

Opublikowano

doczytałem do końca
i jeszcze mi smutniej
jeśli o mnie idzie trudno liczyć na jakąś analizę
reczej na opis stanu uczuć
chce kto śmiechu - idzie do kabaretu
lub ogląda TV transmisje z Sejmu
twoja proza jest daleka teraz od śmiechu ja też
coś dla mnie

Opublikowano

Adamie - jeśli nie chcesz bracie pogorszyć sobie nastroju to nie słuchaj Joy Division (genialne aczkolwiek przygnębiające)
dzięki za koment.

ostatnio złagodniałem, a mój gniew zmalał, więc stałem się bardziej tolerancyjny wobec tego co czytam i tego co piszę - mimo, że niektórzy (z forum) doceniają tylko ostre opinie, ja piszę wyważone słowa.

czekam na miażdżące, obrazoburcze, wściekłe komenty;)
pozdr!

Opublikowano

iście filmowy kawałek...mniam mniam...tylko mam wrażenie, że gdzieś to już...ale nie ważne.

Kiedyś przyczepiłbym się do nierealności tej opowiastki, bogata laseczka z prostytutką? ale wiem dzisiaj, ze kino i literatura właśnie po to jest, zeby czerpać właśnie z niemożliwych na pozór sytuacji, zdarzeń...

Dobrze nakreśliłeś portret Darii. Rozumiem ją, jej motywacje, cel. Przekonałeś mnie.

Żeby nie słodzić do końca : " Młoda pani prezes zakochała się w prostytutce" Unikaj takich zdań. To oczywisty stan emocjonalny lepiej pokazać ten stan niż go nazywać (tak mnie uczą ostatnio "mądrzy" ludzie od pisania), z resztą w kilku następnych zdaniach, tłumaczysz się z tego co napisałeś. więc po co to zdanie?

Podobało mi się.

Jedno pytanie. Co to są te prowienencje? bo ja prosty chłopak jestem a nie chce mi sie do slownika patrzeć.?

Opublikowano

dzięki Piotrze za odwiedziny.
Nie wiem co sądzić o twojej opinii - czy poważnie tak uważasz czy się subtelnie nabijasz z moich wypocin. Przyjmę tę pierwszą wersję:)
nierealność - jest coś w tym, ale jakoś się przekonałem ostatnio, że takie historie są możliwe

zdanie o którym wspomniałeś rzeczywiście jest do du** spróbuję coś z tym zrobić.
proweniencje - pochodzenie
pozdr!!!

Opublikowano

doceniam takie podejście.Ja też komentuję szczerze, choć czasami staram się delikatnie wytknąć błędy nie zniechęcając (w tym dziale należy być wyrozumiałym)
Dziękuję i Życzę wielu dobrych tekstów oraz realizacji planów życiowych w 2006 roku!!!
pozdr!!!

Opublikowano

nie porwała mnie treść, ale po prostu dlatego, że niezwykle rzadko porywają mnie takie historie - ponieważ w nich nie gustuję i nie umiem ich smakować.
wytknę jednak usterki interpunkcyjne (upieram się przy przecinkach, rozdzielających zdanie podrzędne od nadrzędnego, a także postulowałabym o przecinki w zdaniach z imiesłowami - mimo wszystko).
z pod kontroli -> SPOD kontroli!!
i nie rozumiem: "upadła na kolana. Jej włosy rozsypały się na posadzce". miała takie długie włosy, czy przeoczyłeś moment upadku reszty ciała Darii na podłogę? :)
pozdrawiam :)
ps. motyw marii callas smakowity i pociągający.

Opublikowano

znalezione na szybkiego i wybrane losowo braki przecinków:
Błagam zostań!
stwierdziła Daria zagryzając delikatnie wargi
Kiedy Daria położyła dłoń na ramieniu Marka dostrzegła
Gdy ujrzała Darię uśmiechnęła się

źle postawiony przecinek:
Mimo, że genetycznie odziedziczyła umiejętność rozporządzania ludźmi

mam nadzieję, że pomogłam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...