Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

nowy dzień się zaczął
a ciebie jeszcze nie ma
znowu spotkanie się przedłużyło?

wracasz z różą w zębach
ze szminką na szyji
z koszulą w rozporku...
a ja udaję że miłość
mi wszystko przysłoniła

czekam cierpliwie
zapadasz w sen głęboki
myśląc że tylko na chwilę...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Obie :)
Osoba pierwsza - zdradzana najwyraźniej nie dostarcza tego, czego potrzebuje zdradzający. Świadomomie lub nie.
Osoba druga - zdradzająca najwyraźniej nie kocha więc szuka wrażeń gdzieś indziej...
Do tego dochodzi jeszcze kwestia "tej trzeciej (trzeciego)" - też winna :P Bo rusza to, co już ma "właściciela".
I najgorszy dylemat- czyż będąc z osobą pierwszą, osoba druga nie zdradza samego siebie (przy założeniu, że juz jej nie kocha)?
Wszyscy winny :) Kto pierwszy rzuci kamień?

Adriano, wiersz rzeczywiście dosłowny. Może pokombinujesz jeszcze, może jakieś metafory, mniej podawania na talerzu? Wierzę, że się uda.
pozdr serdecznie
Weronika
Opublikowano

Muszę wtrącić swoje trzy grosze. Od dawna uważam, że zdradzie winna jest tylko jedna osoba - ta, która zdradza. Jeśli dotychczasowy najdroższy/a nie spełnia oczekiwań i nie można uratować związku - jest jedno rozwiązanie: rozstać się i próbować układać życie na nowo z kimś innym, pozostając uczciwym wobec siebie i innych. Nie sądzę, aby słuszne było usprawiedliwianie zdrady tym, że ktoś "męczył się" w związku z niewłaściwą osobą. Kłamstwo to kłamstwo.

Pozdrawiam
Ania

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       

      Maniuś

       

      Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.

       

      Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.

       

      Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.

       

      Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.

       

      Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.

       

      Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".

       

      W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie.

      Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.

       

      Edytowane przez Poet Ka
      wstawienie ilustracji (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...