Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Autorzy: Tomek Klarecki, Iza Smolarek


Dzień drugi
(poniedziałek)

Dzień drugi
(poniedziałek)

Na Krakowskim Przedmieœciu nie było jeszcze tłoku. Ludzie i samochody mijały się nieuważnie. Wilk manewrował ostrożnie swojš Toyotš, klnšc w duchu œlimacze tempo i spoglšdajšc na zegarek. Pulchnej brunetce w czerwonym Saabie bez trudu udało się wymusić na nim pierwszeństwo. Zagapił się na sylwetkę wozu - dobre auto - i odruchowo skonstatował naruszenie przepisu.
Na chodnikach, jak zwykle, pełno było smukłych studentek, co nie pozwalało Wilkowi skupić się na kierownicy. Dzień był chłodny, więc okrywały swe wdzięki kilkoma warstwami materiału. "Już za miesišc", pomyœlał ze smakiem, "półnagie będš kombinować, co by tu jeszcze z siebie zdjšć." Zganił się za lubieżnoœć, starajšc się przenieœć uwagę na dostojne warszawskie matrony i zabieganych biznesmenów. Ziewnšł.
Na rogu Traugutta stał menel z wózkiem. Negocjował zawzięcie z grupkš nastolatków o przebiegłych spojrzeniach. Prawdopodobnie ustalali cenę wynajmu częœci wózka na skradzione komórki i portfele. Wilk zatrzymał samochód i udał, że kieruje na dyskutujšcych obiektyw aparatu fotograficznego. Młodzi ulotnili się tak szybko, jakby ich nigdy nie było. Menel wzruszył ramionami i obrócił się plecami do Wilka.
Kawiarnia hotelu Bristol o tej porze œwieciła pustkami. Przeganiane wiatrem chmury gasiły i zapalały słońce niczym żarówkę, napełniajšc niewielkie pomieszczenie ostrym œwiatłem lub pogršżajšc je w zimnej, złotawej szaroœci. Na stolikach starały się beznadziejnie lampki o pomarańczowych abażurach; nie bardzo było wiadomo, czy się palš, czy nie. Młoda kelnerka przyjmowała zamówienie od siedzšcej pod oknem pary; dwa stoliki dalej dystyngowane starsze panie piły piwo z wysokich szklanek. Na wprost wejœcia, pod œcianš, siedział osobnik zasłonięty gazetš, znad której widać było tylko grzywę gęstych, siwych włosów. To musiał być Smykała, chyba żeby okazał się nim pryszczaty facet po lewej, z zachwytem wpatrujšcy się w czubki swoich butów.
Siwy wydawał się być całkowicie pochłonięty lekturš, ale Wilk miał nieprzyjemne uczucie, że jest bacznie obserwowany i to od chwili, kiedy otworzył drzwi kawiarni.
- Pan Smykała?
Siwy podniósł głowę.
- Tak, to ja.
- Tomasz Wilk.
Uœcisnęli sobie dłonie. Smykała nie podniósł się z krzesła. Miał w sobie coœ z buldoga. Kwadratowa głowa spoczywała na krótkim karku i szerokich ramionach. Pod brodš biegły wšskie fałdy pomarszczonej szyi. Mięsiste, surowo zaciœnięte usta prawie nie różniły się kolorem od starannie wygolonej, różowej twarzy. Dopiero od nosa w górę, wokół oczu i bystrych Ÿrenic, połyskujšcych poprzez szkła okularów, pojawiało się nieco ciepła. Całoœć wieńczyła niesamowita grzywa. Wilk poczuł ukłucie zawiœci na myœl o swoim mocno łysiejšcym ciemieniu.
- Przykro mi z powodu œmierci syna - z trudem przebrnšł przez zdawkowš formułkę współczucia. - Proszę mi opowiedzieć, co się stało.
Smykała nie zareagował na kondolencje.
- Mój syn został zamordowany - powiedział twardo. - Na pokrytym betonowymi płytami placu kolejowym, przy nieczynnym od lat odcinku torów, jakich wiele w tym kraju. Nie potrafię sobie wyobrazić, co tam robił. Zabójca uœmiercił go ciężkim, metalowym narzędziem. Rozbił Wojtkowi głowę tak, że mózg wypłynšł z czaszki.
Mówišc, Smykała tłumił emocje. Relacja przypominała zeznanie składane do policyjnego protokołu. Stary esbek prawdopodobnie nie znał innego słownictwa.
Do stolika podeszła kelnerka. Wilk zamówił kawę, a gdy jej zgrabny tyłek odpłynšł na zaplecze, zwrócił się znowu do Smykały.
- Jacyœ œwiadkowie?
- Nie było żadnych. Lekarz medycyny sšdowej okreœlił czas zgonu na dziewiętnastš. Ciało leżało obok otwartego samochodu. Następnego dnia rano znaleŸli je miejscowi pijaczkowie. Brakowało portfela i komórki, więc konińska policja wpisała do raportu motyw rabunkowy, sprawca nieznany. Prokuratura Okręgowa w Koninie postšpiła podobnie i nie kwapi się do prawdziwego œledztwa. Zamiast szukać mordercy, ci pajace przekładajš papiery z biurka na biurko.
Smykała był rozgoryczony. Dla człowieka, który przez większš częœć życia podnosił słuchawkę telefonu tylko po to, by wydawać rozkazy, wydeptywanie œcieżek wœród bizantyjskiej biurokracji III Rzeczypospolitej musiało być wyjštkowo upokarzajšce.
- ABW? - zaryzykował Wilk. Starał się, by w głosie nie było ironii, ale niezbyt mu się to udało. Smykała żachnšł się gwałtownie.
- Zajęliby się sprawš, gdyby syn był prezesem banku, nie zwykłym gryzipiórkiem w spółce maklerskiej - szaroniebieskie oczy wpatrywały się w Wilka tak intensywnie, że poczuł, jak włosy jeżš mu się na całym ciele. - Pan sšdzi, że mam to, na co zasłużyłem, prawda? Że przeze mnie stracił pan pracę. Proszę wiedzieć - pochylił się do przodu, a palce zbielały mu na filiżance - że nie przykładałem ręki do pseudoreformy służb specjalnych. Napisałem Millerowi, że podział UOP na ABW i Agencję Wywiadu uważam za szkodliwy.
- Pan... nie...? - Wilk otworzył szeroko oczy.
- Nie! - Smykała machnšł lekceważšco rękš. - Kiedyœ zaspokoję pana ciekawoœć, jeœli będziemy mieli więcej czasu. Teraz skupmy się na konkretach. Chcę, żeby znalazł pan mordercę mojego syna.
- Nie mam wielkiego doœwiadczenia kryminalnego - zaoponował Wilk. - Wie pan przecież, czym się zajmuję.
- Wiem doskonale. Znam przebieg pana kariery w UOP-ie i w stołecznej policji. Wiem też, jakš opiniš cieszy się pan w branży. Znajduje pan to, czego pan szuka: dokumenty, ludzi, pienišdze i przy okazji - fakty.
Wilk słuchał uważnie, pił kawę i myœlał. Właœciwie więcej miał do stracenia odmawiajšc, niż przyjmujšc zlecenie. Gdyby posłał Smykałę do wszystkich diabłów, koledzy z branży uznaliby to za niesportowe kopanie leżšcego. Stary esbek wyglšdał też na mocno zaprzyjaŸnionego z Jackowskim, najlepszym klientem Wilka. Ba, dostał od niego informacje, za wyciek których, w innych czasach, bezzwłocznie likwidowano Ÿródło. Wilkowi nie udało się dodzwonić do Jackowskiego - prezes największego stołecznego konglomeratu bujał gdzieœ nad Oceanem Spokojnym - ale co by mu powiedział? Że zastrzeli go po przylocie na Okęcie?
Zdšżył nabrać do starego szacunku, za upór i profesjonalizm. Czuł też trochę ojcowskiej solidarnoœci ze Smykałš. Sprawa zaczynała go pocišgać; była wyzwaniem, którego nie miał już dawno, wyjœciem z rutyny łatwego zarabiania pieniędzy. Nie wštpił, że uda mu się znaleŸć zabójcę młodego Smykały. Jak w tylu już sprawach, œlady były rozsiane wszędzie. Wystarczy, że je pozbiera i z pozornie nieprzystajšcych strzępów ułoży obraz, z którego odczyta wszystko: przebieg wydarzeń, nazwisko i twarz mordercy.
- Nie jestem tani - bez przekonania użył ostatniego argumentu. Dobrze wiedział, że mógłby go sobie oszczędzić.
- Trzysta złotych dziennie plus koszty - uœmiechnšł się Smykała. - Jackowski kazał zapłacić panu pięćset. Powiedział, że jest pan tego wart.
- Premia za sukces - przypomniał Wilk.
- Taki jest pan pewny swego?
Wilk wyszczerzył wszystkie zęby i pocišgnšł łyk kawy.
Smykała z ocišganiem wyjšł z kieszeni marynarki kopertę i położył jš na stole. Miała przyjemnš, zachęcajšcš gruboœć. Jak pierœ kochanki, dopominała się, by zważyć jš w ręku.
- To zaliczka na dwa tygodnie. Piętnaœcie tysięcy. Mam nadzieję, że wystarczy.
Słońce znowu zgasło, ale w kopercie Wilk zobaczył goršce popołudnie gdzieœ nad Morzem Œródziemnym - pełne lagun, flamingów, dosmażonych na złoto frytek i kostiumów bikini tak małych, że prawie nieistniejšcych.

[...]

Koniński „kontakt” Smykały okazał się zażywnym jegomoœciem około szeœćdziesištki, emerytowanym pracownikiem nieistniejšcej już instytucji, o której Wilk miał jak najgorsze zdanie. Przedstawił się jako Kowalski i nie był zainteresowany rozmowš o tym, czym zajmował się przed emeryturš. Wilk nie naciskał. Miał w swoim notesie z adresami więcej tego rodzaju kontaktów. Zamiast danych adresowych figurował tam tylko numer komórki albo wpis typu "bar 'U Krasnala'- Sochaczew".
Do Konina zadzwonił z kawiarni hotelu Bristol, gdzie robił notatki i od niechcenia flirtował z bršzowookš kelnerkš. Kowalski ożywił się na dŸwięk nazwiska Smykały.
- Ależ oczywiœcie, zapraszam. Proszę przyjechać, choćby dzisiaj. Żona właœnie upiekła ciasto. Może pan nawet przenocować. Pogadamy o starych czasach.
Starych czasach? Przecież w ogóle się nie znali. Kowalski najwyraŸniej cierpiał na manię przeœladowczš i wybrażał sobie, że jego telefon jest na podsłuchu.
- Ale...
- Żadnych ale, to przecież dwie, góra trzy godziny jazdy. Wyrobi się pan na siódmš?
Zaproszenie zdumiało Wilka. Do domu? Na ciasto i nocleg? Czyżby Kowalski naprawdę nazywał się Kowalski?
Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwunasta. Nie było mu w smak przeciskanie się przez warszawskie korki w godzinach szczytu.
- Dziękuję, dla mnie to za póŸno. Chciałbym wieczorem wrócić do Warszawy. Wyjadę za pół godziny. Będę u pana około trzeciej.
- Œwietnie - oznajmił Kowalski. Podyktował Wilkowi adres. - Czekam.


Konin był lepki, wilgotny i nachalny, jak samotna dziewczyna na kończšcej się imprezie. Wilk wstrzšsnšł się mimowolnie, wysiadajšc z auta. Obrócił się tyłem do zacinajšcego deszczu. Od bramy kamienicy oderwała się korpulentna sylwetka.
- Kowalski.
Uœcisk dłoni był krótki i konkretny.
- Wilk.
- Dobrze, że pan już jest. Żona obawiała się, że przydarzyło się panu coœ złego. Niby tylko babskie gadanie, ale proszę sobie wyobrazić, szeœć lat temu szwagier wracał samochodem z Wybrzeża...
W rytm rodzinnej opowieœci pojechali na miejsce zbrodni.
Plac kolejowy, pełen dziur w betonowej nawierzchni, był opuszczony i bezludny. Z jednej strony wznosiły się poroœnięte chwastami hałdy ziemi, z drugiej stały zmurszałe magazyny z czerwonej cegły, z zapadniętymi dachami. Zardzewiałe i gęsto zaroœnięte tory należały, według Kowalskiego, do odcinka wyłšczonego z eksploatacji dziesięć lat wczeœniej. Do centrum Konina było stšd kilka kilometrów, do trasy Warszawa-Poznań - 500 metrów. Wilk zastanawiał się długo, co sprowadziło w tak ponure miejsce młodego Smykałę, ale nic sensownego nie przychodziło mu do głowy.
Wracali w milczeniu. Koniński „kontakt” Smykały, rozgadany i uœmiechnięty, gdy witał Wilka, teraz ponuro wpatrywał się przed siebie. Rozpamiętywał stare grzechy, czy myœlał o œmierci młodego bankiera? Ożywił się dopiero wtedy, gdy przybyli z powrotem do przestronnego mieszkania w ładnie odrestaurowanej kamienicy w centrum Konina. Wilk dyskretnie skontrolował listę lokatorów i tabliczkę na drzwiach. I tu i tam napisane było: Kowalski. Bronisław Kowalski. Zdumiał się nieostrożnoœciš „kontaktu” i zaraz zreflektował, że dziwi go to, co zwykłe i oczywiste. Zastanowił się, ile prawdy było w słowach Igi, że w paranoicznym œwiecie policjantów i złodziei, w którym się obracał, normalnoœć i obłęd pozamieniały się miejscami. Czy dlatego nie chciała z nim zamieszkać?
Kowalski krótkim gestem wskazał przybyszowi z Warszawy lakierowany, nakryty œwieżym obrusem stół.
- Zje pan coœ, prawda? - damski głos był ciepły; równowaga pomiędzy zwykłš grzecznoœciš a szczerš uprzejmoœciš przechylała się zdecydowanie na korzyœć ostatniej..
Długie, błyszczšce kolczyki pani Kowalskiej podkreœlały jej arystokratyczne ruchy. Wilk był pewien, że na œcianie sšsiedniego pokoju wiszš portrety przodków, w tym przynajmniej jednego legionisty i jednego księdza.
Zanim skończył pierwszy kawałek ciasta, Kowalski położył na stole papierowš teczkę z dokumentami.
Wilk ze zdumieniem spoglšdał na kopie policyjnych protokołów, dotyczšcych morderstwa Wojtka Smykały. Profesjonalizm nie pozwalał mu spytać, jak Kowalski wszedł w ich posiadanie. Podziękował sympatycznej pani Kowalskiej i zabrał się do lektury.
Radiowóz wezwano anonimowo, w sobotę, o 5:16. Funkcjonariusze przybyli na miejsce zbrodni o 5:37. Obok samochodu i leżšcego na wznak denata modliły się dwie kobiety.
- Zamknęłyœmy mu oczy - powiedziała jedna z nich.
Policjanci pouczyli je o niewłaœciwoœci nieumyœlnego nawet zacierania œladów, co wywołało konsternację i oburzenie. Zaklinały się, że nie zaglšdały do samochodu. O nieboszczyku dowiedziały się „od tych tam, obszarpańców”. Dopiero po dłuższych poszukiwaniach udało się zlokalizować grupkę obywateli, którzy pierwsi znaleŸli zwłoki. Wszyscy byli w stanie wskazujšcym na spożycie. Niestety, nastšpiło ono poprzedniego wieczoru i funkcjonariuszom nie udało się skłonić ich do zeznań, zanim, po konsultacji z centralš, nie zaoferowali im kilku piw. Te, jak się okazało, rewelacyjnie odœwieżyły im pamięć. Barwne relacje o tym, jak natknęli się na otwarty samochód i leżšcego obok trupa („zupełnie przypadkowo, panie władzo; ręka opatrznoœci nas wiodła; Zyga poszedł się odlać, panie komendancie i krzyczy do nas...”), zajmowały kilka stron maszynopisu.
Lekarz medycyny sšdowej i policyjny fotograf przybyli jednoczeœnie, o 6:10. Do tego czasu wokół samochodu zebrał się tłumek okolicznych mieszkańców. To zmusiło policję do usunięcia najbardziej ciekawskich gapiów i ogrodzenia miejsca przestępstwa.
Oględziny zwłok rozpoczęto, w obecnoœci przedstawiciela Prokuratury Okręgowej, o 6:20. W tym czasie ekipa policyjna zdejmowała odciski palców i przeszukiwała samochód. W kieszeni spodni denata znaleziono prawo jazdy, identyfikujšce go jako Wojciecha Smykałę.
Zwłoki przewieziono do kostnicy przy Zakładzie Medycyny Sšdowej, a samochód na parking policyjny.
Sekcji zwłok dokonano tego samego dnia w ZMS, również w obecnoœci przedstawiciela prokuratury. Lekarz znalazł na głowie denata trzy rany, zadane ciężkim metalowym narzędziem, prawdopodobnie kluczem francuskim, lewarkiem lub podobnym. Pierwsze i drugie uderzenie rozbiło koœci czaszki i spowodowało œmiertelne uszkodzenia mózgu; trzecie, znacznie lżejsze od poprzednich i zadane pod innym kštem, zdarło płat skóry nad lewym uchem ofiary. Zabójca uderzył po raz trzeci, gdy Wojtek Smykała leżał na ziemi i konał.
Czas œmierci okreœlono na dziewiętnastš do dwudziestej poprzedniego wieczoru.
- Jeszcze ciasta? - starsza pani nie czekała na odpowiedŸ. Postawiła przed Wilkiem nowy talerzyk i nowš szklankę herbaty. Przerwał lekturę i wbił zęby w doskonały, domowy sernik, z rodzynkami i skórkš pomarańczowš.
Gdy znaleziono zwłoki, drzwi samochodu od strony kierowcy były otwarte. Kluczyki tkwiły w stacyjce. W bagażniku stała czarna, skórzana teczka z dokumentami Wielkopolskiego Domu Maklerskiego i kilkoma płytami muzyki country. W samochodzie i wokół niego nie znaleziono œladów, które wskazywałyby, że Wojciechowi Smykale ktoœ towarzyszył.
Prawo jazdy, wycišgnięte z kieszeni denata, spoczywało tam w plastykowym etui, razem z dowodem rejestracyjnym i umowš ubezpieczenia samochodu. Czarny Opel Vectra Sedan 1.8 z 2004 roku okazał się własnoœciš Wielkopolskiego Domu Maklerskiego, samochodem służbowym, przeznaczonym do użytku dyrekcji biura WDM w Poznaniu. Jak było do przewidzenia, znaleziono w nim, oprócz odcisków palców denata, wiele innych. Najœwieższe i najliczniej występujšce okazały się należeć do Marka Koniecznego, zastępcy dyrektora poznańskiego WDM-u. Dyrektor Konieczny poddał się dobrowolnie daktyloskopii i potwierdził, że towarzyszył Wojciechowi Smykale w większoœci podróży służbowych, jako kierowca i jako pasażer. Z zeznań Koniecznego udało się też wywnioskować, że w wyposażeniu denata brakowało portfela z gotówkš i kartami kredytowymi oraz telefonu komórkowego marki Nokia.
Mężczyzny, który tydzień przed œmierciš Wojtka urzędował w jego samochodzie, nie udało się zidentyfikować ani odnaleŸć.
Wilk przerwał lekturę, przecišgnšł się i ziewnšł. Przejrzał pobieżnie pozostałe papiery. Było ich jeszcze wiele, między innymi zeznania pijaczków, którzy znaleŸli zwłoki - niespójne, fantazyjne i niewnoszšce nic do sprawy; zeznania Marka Koniecznego i Jerzego Drużewicza, prezesa WDM-u, bezpoœredniego przełożonego Wojtka Smykały. Drużewicz przyjechał do Konina w sobotę, na proœbę konińskiej prokuratury. Potwierdził identyfikację zwłok, opisał obszernie obowišzki młodego Smykały w Wielkopolskim Domu Maklerskim i zeznał, że Wojtek co tydzień, najczęœciej w pištkowy wieczór, wracał do stolicy, gdzie cišgle miał mieszkanie.
Dyrektorem poznańskiego WDM-u Wojtek Smykała został czterdzieœci cztery dni przed œmierciš. W Poznaniu mieszkał w wynajętej kawalerce na Sieradzkiej, w Warszawie miał mieszkanie własnoœciowe na Franciszkańskiej.
Żadna z zapisanych w protokołach relacji w najmniejszym nawet stopniu nie wyjaœniała, dlaczego Wojciech Smykała, w drodze z Poznania do Warszawy, zboczył w Koninie na nieszczęsny plac kolejowy.
Jedynš rozsšdnš hipotezš była ta, iż umówił się tam z człowiekiem, który go zabił.

[...]

Poprzedniego dnia, w poniedziałek, podczas pierwszej rozmowy telefonicznej, Zakrzewski zasłonił się brakiem czasu. W drugiej, pół godziny póŸniej, oœwiadczył, że będzie rozmawiał tylko z policjš i niestety nie może się wikłać, jak to okreœlił, " w prywatne, nieautoryzowane œledztwa". Następne telefony kończyły się w sekretariacie, a dyrektor był „w delegacji". Wilk stracił cierpliwoœć. Zadzwonił do Smykały, potem do centrali WDM w Poznaniu. W końcu, po namyœle, przekręcił do Sławka Lipki. Po tym ostatnim kontakcie nie obiecywał sobie wiele, ale nie szkodziło spróbować.
Niecierpliwie zabębnił palcami w szklany stolik. Zgarbiony nad biurkiem Zakrzewski wyprostował się gwałtownie, jakby ktoœ dŸgnšł go w plecy.
- Tak, tak - rzucił nerwowo i usiadł na brzegu fotela. Z trudem zmusił się do patrzenia na Wilka. Lekko skręcony tułów i cofnięte pod fotel stopy œwiadczyły o tym, że najchętniej by uciekł. - Szukałem teczki Wojtka - usprawiedliwił się - żeby dać panu więcej informacji. Niestety, nie znalazłem. Prawdopodobnie pojechała razem z nim do Poznania.
Wilk był pewien, że Zakrzewski doskonale wie, gdzie szukać zaginionej teczki i że nawet gdyby się odnalazła, nie byłoby w niej nic godnego zainteresowania.
- Proszę mi opowiedzieć, gdzie i kiedy poznał pan Wojtka Smykałę.
- Tutaj, w WDM-ie. Trzy lata temu przyjšłem propozycję objęcia stanowiska dyrektora biura w Warszawie. Wojtek był wtedy zwykłym maklerem. Bardzo dobrym maklerem. Niecały rok póŸniej mój ówczesny zastępca przeszedł do Citibanku, więc kiedy prezes Drużewicz powołał na jego stanowisko Wojtka Smykałę, przyjšłem ten awans z ogromnym zadowoleniem. Współpracowaliœmy bardzo harmonijnie. Wojtek był sumienny, obowišzkowy, znał œwietnie maklerskie rzemiosło, miał wiele ciekawych pomysłów. Rozumie pan, kreatywnoœć nie zawsze jest w bankowoœci ceniona. Banki i domy maklerskie muszš trzymać się regulaminów, a te nie pozostawiajš wiele miejsca na inwencję. Wojtek umiał pogodzić jedno i drugie.
Przerwał, odrobinę głębiej zagłębił się w fotel i patrzył z napięciem na detektywa.
"NieŸle cię pogonili - pomyœlał Wilk, przypominajšc sobie rozmowę ze Smykałš". "Już ja ustawię gnoja - obiecał stary, gdy usłyszał o unikach Zakrzewskiego". Drużewicz, prezes WDM-u, który, ku zdziwieniu Wilka, osobiœcie podszedł do telefonu, był znacznie bardziej oględny w słowach, niemniej przyrzekł interwencję o podobnym charakterze.
Smakujšc dyskomfort pocšcego się dyrektora, Wilk zadał pierwszy cios.
- Nie obawiał się pan, że tak zdolny i ceniony zastępca może kiedyœ zajšć pana miejsce?
Gdyby Zakrzewski usztywnił się nieco bardziej, jego członki weszłyby w stężenie poœmiertne.
- Chyba nie podejrzewa pan...?
- Że zabił pan swojego zastępcę? - zaœmiał się Wilk. - Dopóki nie znajdę mordercy, podejrzewam wszystkich, którzy mogli mieć motyw i sposobnoœć.
- Motyw? Jaki motyw? To nied... niedorzeczne - Zakrzewski poczerwieniał. - W naszej firmie nie ma zwyczaju roszady stanowisk dyrektora i zastępcy. Nie musiałem się niczego obawiać. Niczego, proszę mi wierzyć.
- Zwyczaje się zmieniajš, dobrze pan o tym wie. No i mógł pan mieć motyw, niekoniecznie zwišzany z pracš. Może Smykała romansował z pana żonš?
Wilk nie miał pojęcia, czy Zakrzewski był żonaty, ale nie zamierzał pozwolić mu na oddech.
- A sposobnoœć? - dršżył. - Gdzie był pan w pištkowy wieczór, w dniu, kiedy zamordowano Wojtka Smykałę?
Zakrzewski podniósł się z fotela. Wyglšdał tak, jakby chciał rzucić w Wilka ciężkš, szklanš popielniczkš. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
- Kawka dla panów - do gabinetu tanecznym krokiem weszła sekretarka. W krótkiej spódnicy i założonych na rajstopy skarpetkach, wyglšdała jak skrzyżowanie pensjonarki z taniš kurwš.
- Dziękuję - uœmiechnšł się Wilk. "- Pinda - pomyœlał".
- Co tak długo? - zapytał ostro Zakrzewski. NajwyraŸniej musiał znaleŸć ujœcie dla nagromadzonej w żyłach adrenaliny. - W domu też pani się tak guzdrze? Na drugi raz szybciej, proszę.
- Dobrze, panie dyrektorze. Rozumiem - odpowiedziała posłusznie, mrużšc oczy. Poprzez udanš pokorę patrzyła na Zakrzewskiego, jak kot na sperkę. Wymienili ledwo dostrzegalne uœmiechy. Od niechcenia poprawiła cienki, złoty łańcuszek, ginšcy w załamaniu dekoltu.
Kawa była aromatyczna i mocna. Wilk pił jš z przyjemnoœciš. Z żalem stwierdził, że na Zakrzewskiego podziałała uspokajajšco.
- Byłem w domu, z żonš i dziećmi - obwieœcił dyrektor triumfalnie, gdy odstawił od ust filiżankę. - oglšdaliœmy „Garfielda” na DVD. Dwa razy pod rzšd. Mogę panu opowiedzieć całš fabułę. Rudy kot, Garfield, szuka pieska Odie...
- Znam ten film - przerwał Wilk. Ze zdumieniem skonstatował, że pomimo fatalnie słabego alibi, Zakrzewski czuł się coraz pewniej. Tylko lekkie drżenie ršk zdradzało jeszcze zdenerwowanie. Z rozczarowaniem pomyœlał, że szef warszawskiego WDM-u nie przyzna się jednak, szlochajšc, do zabójstwa.
- W jakich okolicznoœciach Wojtek Smykała przeniósł się do Poznania?
- Prezes Drużewicz zaproponował mu transfer na stanowisko dyrektora biura WDM-u w Poznaniu. To bardzo odpowiedzialna funkcja. Poznań jest największym biurem w spółce, ma najwyższe obroty, największš liczbę filii, klientów i pracowników.
- Jest większy od Warszawy?
- Znacznie większy. I ważniejszy - przyznał Zakrzewski. - W tym znaczeniu stało się to, co pan insy... przypuszczał - poprawił się szybko i popatrzył na Wilka z obawš. - Wojtek, gdyby żył, zajmowałby w hierarchii firmy wyższš pozycję ode mnie. Wœród dyrektorów regionalnych byłby primus inter pares. Z odpowiednio wysokim wynagrodzeniem.
Wbrew oczekiwaniu Wilka w głosie i w oczach Zakrzewskigo nie pojawiły się niechęć ani zawiœć. Relacjonował awans Smykały, jakby opowiadał o sukcesach ulubionej drużyny sportowej. Może rzeczywiœcie lubił Wojtka, przyjaŸnił się z nim i życzył mu jak najlepiej. Czyżby w wyœcigu szczurów były jednak wyjštki?
- Jak się panu układała współpraca z Wojtkiem przed jego... hmm, transferem?
- Wspaniale, naprawdę wspaniale.
Przez następne kilka minut Wilk wysłuchiwał kolejnych peanów na temat Wojtka Smykały. Znudzony, zatamował potok słów:
- Czym zajmowaliœcie się, zanim Wojtek wyjechał do Poznania?
Zakrzewski stężał.
- Nie wiem, czy mogę...
- Może pan - przerwał obcesowo Wilk. - Zamordowano pana kolegę, ba, według pana słów, przyjaciela. W tym, co robiliœcie, mogš kryć się wskazówki odnoœnie motywu, nawet osoby mordercy.
- Ostatnie pół roku przed transferem Wojtek zajmował się... ofertami... ofertami na rynku publicznym - Zakrzewski dobierał słowa wolno i z wahaniem - poważnymi transakcjami, angażujšcymi WDM i bank na wiele milionów złotych. Znaczšco przyczynił się do wzmocnienia naszej pozycji w tym segmencie rynku.
Wilk westchnšł. Najpierw frazesy i potok nic nie znaczšcych pochwał, teraz strumień zawodowego żargonu. Zakrzewski najwyraŸniej uciekał od konkretów.
- Jakimi transakcjami?
- Eee... największa to prywatyzacja Krajowego Banku Oszczędnoœciowego. Weszliœmy do konsorcjum prywatyzacyjngo razem z poważnym partnerem zagranicznym. Wojtek zarobił dla banku i WDM-u masę pieniędzy. To, między innymi, przyczyniło się do transferu.
- Dostał posadę w Poznaniu w nagrodę za udanš transakcję?
- Bardzo udanš transakcję - powtórzył z naciskiem Zakrzewski.
- Jak bardzo udanš?
- Bardzo.
Wilk zastanowił się. Nie spodziewał się, że rozmowa zejdzie na tematy specyficznie zawodowe. Mógł dršżyć dalej, ale najwyraŸniej nie wiedział, o co pytać. Ogólnikowe pytania prowokowały mało konkretne odpowiedzi. Obiecał sobie wrócić do tego wštku rozmowy w niedalekiej przyszłoœci. Zmienił temat.
- Znał pan Wojtka prywatnie? Jaki był?
- Rozczaruję pana. Pomimo wielu godzin spędzonych razem w biurze, a może właœnie dlatego, nasze drogi w życiu prywatnym prawie się nie przecinały. Przyjšł trzy lub cztery razy zaproszenie, moje i żony, na obiad, ale nie odwzajemnił ani razu. Może dlatego, że mieszkał samotnie.
- Przychodził sam?
- Raz czy dwa pojawił się z dziewczynš. Nazywała się Gabrysia... hmm... czy jakoœ tak. Spotkałem jš towarzystwie Wojtka raz jeszcze, kilka miesięcy temu. Wychodzili z budynku, bardzo sobš zajęci. Gdy wsiadała do samochodu, Wojtek przytrzymał drzwi. - Nie widziałem jej na pogrzebie - zastanowił się nagle, prostujšc plecy. - Ta Gabrysia, całkiem niezła sztuka - uœmiechnšł się nadzwyczaj zręcznie, obracajšc w palcach pudełko kolorowych spinaczy. Usiłował mrugnšć łobuzersko do Wilka, lecz powieka, zamiast na moment przesłonić oko, wpadła w nerwowy tik, co w połšczeniu ze stężałym w grymas uœmiechem, ułożyło twarz w odbicie z krzywego lustra. Wilk zatęsknił do swojego pistoletu.
- Dużo było ludzi na pogrzebie?
- O, tak! Wojtek był bardzo lubiany wœród pracowników; przyjechali wszyscy z Warszawy i spora delegacja z Poznania. Pojawiła się pokaŸna grupa klientów naszego biura. Dużo ludzi z finansowego œwiatka Warszawy, bo miał w nim wiele dobrych kontaktów.
- Dużo obcych twarzy?
- Hmm... tak, rzeczywiœcie dużo. Zadziwiajšco dużo, zważywszy, że poruszaliœmy się w tym samym œrodowisku. Wie pan, nie sposób znać wszystkich, ale spodziewałem się, że rozpoznam większoœć, chociaż z widzenia. Tymczasem nie. Widocznie w życiu prywatnym był równie popularny, jak w zawodowym.
- Nieutulone w żalu kobiety?
- Nie, chyba nie... Wœród żałobników przeważali mężczyŸni, kobiet było mniej. Z nieznanych mi, nie liczšc matki i siostry Wojtka, jedna albo dwie.
- Nie znał pan rodziny Wojtka?
- Nie. Poznałem ich dopiero na pogrzebie.
- I nie wydało się to panu dziwne?
- Nie, nie znam rodzin większoœci ludzi, z którymi pracuję. Takie czasy.
Zakrzewski westchnšł.
- Jeszcze kawy? - podniósł wzrok na detektywa.
- Nie, dziękuję. Natomiast z chęciš porozmawiam z pana podwładnymi.
- Nie ma sprawy, zaraz ich poproszę - dyrektor wyraŸnie się ucieszył, że rozmowa dobiega końca. - Pozwoli pan? - szerokim gestem pokazał Wilkowi obite w niegustownš imitację skóry drzwi. - Gdybym jeszcze się do czegoœ panu przydał, chętnie służę pomocš - wykrzywił twarz w uœmiechu. - Bardzo, naprawdę bardzo miło mi się z panem rozmawiało.
Przeszli do sekretariatu. Pinda krzštała się wokół biurka, udajšc, że pracuje. Zakrzewski nie mógł oderwać od niej wzroku.
- Pani Aniu, zainstaluje pani pana Wilka w pokoju Waldka Napierały. Poprosi tam pani Grzegorczyka, a po Grzegorczyku - Stryjeńskš.
- Tak, panie dyrektorze - koniuszkiem języka oblizała wargi.
Przez chwilę trwali w niezręcznym milczeniu, czekajšc, aż pinda odnajdzie klucz do pokoju Napierały.
- Grzegorczyk to rzetelny, otwarty, kontaktowy człowiek - przerwał ciszę Zakrzewski.
Wilk nie odpowiedział. Rozglšdał się wokół. Wiszšce w olbrzymich antyramach zdjęcia nie wzbudzały zaufania. Bombaj nocš, Nowy Jork o zmierzchu, œwiatła Montrealu, wieczór w Tokio i jeszcze jakieœ miasto, prawdopodobnie tuż przed œwitem, gdyż czerń spowijała gęsta mgła.
W radio spiker pękniętym dyszkantem kusił "Tylko teraz masz okazję zabłysnšć na naszej antenie, a przy odrobinie szczęœcia pokazać się na billboardzie Radia Sun. Zobaczy Cię cała Warszawa! Wystarczy, że wyœlesz sms o treœci: Jaki fun w Radio Sun na numer 7171. Całkowity koszt, to jedyne..."
Wilk wyobraził sobie Zakrzewskiego, w marynarce, sandałach, szortach i słomkowym sombrero, błyszczšcego z billboardu rzędem regularnie wybielanych zębów, ponad białymi, owłosionymi łydkami.
- Jest!
Pinda triumfalnie wycišgnęła klucz z drewnianego, góralskiego kubeczka.


Grzegorczyk co chwila zerkał w bok, przyœrubowany do krzesła jak nieposłuszny plebejczyk na wyszukanych torturach.
Przedstawił się Wilkowi krótko, konkretnie:
- Grzegorczyk.
Usiadł, nie podajšc ręki.
- Niewiele wiem o dyrektorze Smykale - zaczšł niepytany. - Widywaliœmy się tylko w pracy, a tu prowadzenie życia towarzyskiego jest zakazane - teatralnie rozłożył ręce.
- Lubi pan swojš pracę? - spróbował optymistycznie Wilk.
- Bardzo lubię - padła natychmiastowa odpowiedŸ. - Zapewnia mi samorealizację i rozwój.
- Czym się pan zajmuje?
- Klientami.
- Marudzš?
- Nie.
- A ludzie, z którymi pan pracuje? Da się z nimi wytrzymać?
- Tak.
- Spotykacie się po pracy?
- Mówiłem panu: życie towarzyskie jest poza obrębem moich zainteresowań.
Grzegorczyk gładko przeszedł od owocu zakazanego do egzystencjalnej negacji. Może studiował po godzinach filozofię?
- Co może mi pan opowiedzieć o Wojtku Smykale?
- Niewiele.
- PrzyjaŸniliœcie się?
- W zasadzie tak.
- Mieliœcie wspólne zainteresowania? Tematy do rozmów?
- Nie wiem.
- Jak to: nie wiem?
- No... nie wiem.
- Jaki był Wojtek? - Wilk usiłował ukryć wzbierajšcš w nim chęć złapania Grzegorczyka za gardło.
- Nie wiem.
Próby nawišzania kontaktu wzrokowego były jak łapanie królika w gęstym lesie. Grzegorczyk był jednš wielkš niechęciš, z minš i sylwetkš układajšcš się w niemy protest.
- Jak pan sobie radzi z reklamacjami? - spróbował z innej strony.
Grzegorczyk przeniósł wzrok ze stołu na okno, a następnie z okna na stół.
- Nie jest tak Ÿle. Lubię swojš pracę.
- Wojtek też lubił?
- Chyba tak. Nie wiem.
"Grzegorczyk to rzetelny, otwarty, kontaktowy czlowiek."
Wilk był pewien, że Zakrzewski i pinda, rozpięci na skórzanych fotelach w czterysta trzeciej pozycji Kamasutry, zaœmiewajš się do łez.
- Czy do Wojtka, do pracy albo po pracy przychodzili jacyœ znajomi?
- Nie wiem.
- Nie prosił pana nigdy o drobnš przysługę, pomoc?
- Nie.
Długie nogi Grzegorczyka, zaplštane wokół krzesła, zaczęły poruszać się coraz niecierpliwiej. Wzrok wspišł się po œcianie, zawadził o podwieszane lampy, spadł na szafkę, przeœliznšł się po parapecie, wdrapał na stół - wszystko po to, aby zatrzymać się w końcu na popielniczce.
- Pali pan? - Wilk podjšł ostatniš próbę.
- Nie. Kiedyœ paliłem.
- Jak udało się panu rzucić? - włożył w pytanie tyle zainteresowania, ile tylko udało mu się zebrać.
- Silna wola.
- Wojtek palił?
- Nie wiem.
To było beznadziejne. Wilk zamknšł notes. Pomyœlał o triumfalnej minie Zakrzewskiego, zastanawiajšc się, czy rozmawiać w ogóle ze Stryjeńskš, czy też na własnš rękę poszukać osób, które wiedziałyby coœ więcej. Postanowił zrobić jedno i drugie.
- Z kim jeszcze powinienem rozmawiać o Wojtku? - zapytał dla formalnoœci.
Grzegorczyk wstał z krzesła.
- Nie wiem.
- Dziękuję panu za rozmowę.
Rozstali się mdławym uœciskiem dłoni.
Opublikowano

Słabe. Dwa pierwsze akapity juz tak nudzą, że dalej nie chce się czytać.

Na Krakowskim Przedmie�ciu nie było jeszcze tłoku. Ludzie i samochody mijały się nieuważnie (chyba raczej mijali, ale swoją drogą co to znaczy, że mijali się nieuważnie?). Wilk manewrował ostrożnie swojš Toyotš, klnšc w duchu �limacze tempo i spoglšdajšc na zegarek (najpierw jest napisane, że nie ma tłoku, więc skąd to manewrowanie i ślimacze tempo?). Pulchnej brunetce (skąd wiadomo, że brunetka była pulchna, czy drzwi saaba były przezroczyste? może tylko twarz miała pulchną - przecież opowiadanie prowadzone jest z punktu widzenia Wilka) w czerwonym Saabie bez trudu udało się wymusić na nim pierwszeństwo. Zagapił się na sylwetkę wozu - dobre auto - i odruchowo skonstatował naruszenie przepisu ("skonstatował naruszenie przepisu" - co to za rahityczny język?).
Na chodnikach, jak zwykle, pełno było smukłych studentek, co nie pozwalało Wilkowi skupić się na kierownicy (jakby kierowcy skupiali się na kierownicy to by wszyscy wpadali do rowów). Dzień był chłodny, więc okrywały swe wdzięki kilkoma warstwami materiału (poprzednie zdanie kończy się na kierownicy, więc tylko można się domyślać, że chodzi o studentki ale nie czyta się tego płynnie). "Już za miesišc", pomy�lał ze smakiem, "półnagie będš kombinować, co by tu jeszcze z siebie zdjšć." Zganił się za lubieżno�ć (a to jakiś jehowy, że gani się za oglądanie się za pięknymi kobietami?), starajšc się przenie�ć uwagę na dostojne warszawskie matrony i zabieganych biznesmenów (nekrofil czy pederasta?; czy byliście kiedyś na Krakowskim Przedmieściu - to naprawdę nie jest miejsce gdzie roi się od matron warszawskich (kto to jest w ogóle matrona warszawska???) i zabieganych biznesmenów). Ziewnšł. (ja też ziewnąłem i dałem sobie spokój z dalszym czytaniem)

Opublikowano

Na rogu Traugutta stał menel z wózkiem. Negocjował zawzięcie z grupkš nastolatków o przebiegłych spojrzeniach. Prawdopodobnie ustalali cenę wynajmu czę�ci wózka na skradzione komórki i portfele (prawdopodobnie? a z czyjej to wiedzy wynika?). Wilk zatrzymał samochód i udał, że kieruje na dyskutujšcych obiektyw aparatu fotograficznego (jeżeli Wilk zatrzymałby samochód na Krakowskim na wysokości Traugutta nikt z Traugutta nie zwróciłby na niego uwagi; wiem, że to nieistotny szczegół dla kogoś np. z Łodzi ale jak warszawiak czyta coś takiego to stwierdza, że ktoś nie był nigdy chyba w tych miejscach). Młodzi ulotnili się tak szybko, jakby ich nigdy nie było. Menel wzruszył ramionami i obrócił się plecami do Wilka. (menel wzruszył ramionami? dość zaskakujący gest jak na menela - miałkie to, niby coś się dzieje a nic się nie dzieje flaki z oleje m).
Kawiarnia hotelu Bristol o tej porze �wieciła pustkami (o tej porze? o jakiej? nie o tej porze, po prostu świeciła pustkami). Przeganiane wiatrem chmury gasiły i zapalały słońce niczym żarówkę, napełniajšc niewielkie pomieszczenie ostrym �wiatłem lub pogršżajšc je w zimnej, złotawej szaro�ci (druga część zdania jest bełkotliwa i spowalnia tempo). Na stolikach starały się beznadziejnie lampki o pomarańczowych abażurach; nie bardzo było wiadomo, czy się palš, czy nie (trzy razy powtarzacie zdanie po zdaniu ten sam motyw zapalania i gaśnięcia tylko powstaje pytanie po co; i czy w takim hotelu jak Bristol takie rzeczy się zdarzają; nic mi ten fragment ani następny nie mówi o miejscu, do którego przyszedł bohater; dużo słów ale żadnych odczuć). Moim zdaniem wszystko aż do momentu spotkania z Siwym nadaje się do kosza. W wielu miejscach nielogiczne, słabe stylowo i nic nie znaczące. Nie posuwa też w żaden sposób akcji do przodu.

Moje wrażenie po doczytaniu do tego miejsca jest następujące. Pisze to ktoś kto Warszawę zna raczej z wycieczki. O bohaterze nic się nie dowiedziałem poza tym, że ma toyotę ale wolałby mieć saaba i że jest chyba tak stary, że uważa się za pedofila bo odwraca wzrok od studentek w kierunku starych, wyleniałych bab. Hotel Bristol jest speluną dla dystyngowanych pań i jak zachodzi słońce to robi się w nim ciemniej a jak wychodzi zza chmur, to jaśniej. Czasami migotają lampki na stoliczkach.

Ogólnie bardzo mierne, większość słów to zapychacze pustych miejsc zmierzające do pierwszego, strasznie drewnianego dialogu, który jest fatalnie niewyważony pomiędzy postaciami, dalej juz naprawdę odechciewa się czytać. Na tym kończę, pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Panie Zając,
zanim się pan weźmiesz za pouczanie, może byś jakieś szkoły pokończył? Albo przynajmniej do słownika zajrzał?
Rachityczny to jesteś pan, ze swoim komentarzem. Takie komentarze będziemy mijali - bez ziewania.
:)
pzdr. b
PS. Swoją drogą, to ciekawe, że dyletanci biorą się do pouczania, arcy ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Roman, jakieś problemy z jaźnią? Rozdwojenie, multiplikacja osobowości? hehe
Pozdro
T
PS.
Podobno onet szuka komentatorów, którzy wychwytywaliby błędy ortograficzne, mógłbyś się przydać ;)
  • 2 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...