Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Przyjęło się pod naszym sklepem, że przewodniczącym komitetu kolejkowego stawał się automatycznie pierwszy. On trzymał listę i pilnował porządku, był kimś w rodzaju pierwszego sekretarza. Co trzeba było zrobić, żeby zostać pierwszym? To samo, co się robiło żeby zostać pierwszym sekretarzem. Nic. Należało stanąć przed drzwiami w odpowiednim miejscu i czasie. Dla zmylenia przeciwnika, kierownik sklepu jeździł po dostawy w różnych odstępach czasu. Kolejka nigdy nie ustawiała się na próżno. Ten, który stawał w kolejce miał pewną, sprawdzoną a czasem kupioną informację, że będzie nowy towar. Bojąc się, że ktoś go uprzedzi, stawał przed sklepem i stał. Zaraz zresztą zjawiali się kolejni. Pustawy sklep funkcjonował w tym czasie normalnie, leniwe sklepowe przechadzały się dostojnie jak dewizowe kurwy, piły herbatę, bywało, że ostentacyjną, z cytryną.

Zasady kolejek były surowe i bezwzględne. Nieobecność dłuższa niż godzinna groziła wykreśleniem. Można się też było narazić na stratę niepowetowaną. Na nagłą i niespodziewaną dostawę. Kierownik Bystroń bywał przebiegły. Którejś nocy jego wytęskniony i wymodlony Żuk pojawił się przed sklepem o trzeciej rano. Pozycja druga na liście – pani Zbień oraz pozycja trzecia – pani Skarpetowska mieszkały niedaleko i podgrzewały się w domach. Stojące na miejscach jedenastym i dwunastym, panie Małkińska i Przewoźna automatycznie wskoczyły do dziesiątki łapiąc się na telewizor kolorowy i odkurzacz. Dziwne musiały mieć miny pozycja druga i trzecia kiedy wróciły i nikogo nie zastały. Nie jedną łzę wylały widząc na towarach za szybą rozłożone karteczki: Małkińska, Przewoźna.

Pamiętam, że ktoś wtedy powiedział stojącym, że wierzy, iż kiedyś nadejdą takie czasy, że sklepy będą pełne towaru i będzie można po prostu wejść i kupić. Został wyśmiany.
-Panie – dowodził mu stojący obok mężczyzna w berecie. – Jak pan sobie kupisz coś po tygodniu stania, to pan to docenisz, cieszysz się. Jakby lodówki, pralki albo telewizory sprzedawali od ręki, to nikt by ich nie kupował, bo i po co, skoro wszyscy je mogą mieć.
Miał trochę racji, ale niewiele. Całe szczęście, że nie dożył osiemdziesiątego dziewiątego roku. Umarł w błogim przeświadczeniu, że kolejki są dobrodziejstwem ludzkości, największym wynalazkiem socjalizmu.

Tego dnia lista kolejkowa zamknęła się liczbie siedemnaście. Siedmiu straceńców miało przed sobą siedem straconych nocy. Na co mogli liczyć? Że ktoś zrezygnuje? Bez żartów. Mogli liczyć, że oprócz dziesięciu większych rzeczy, będą inne, mniejsze. Suszarki do włosów, elektryczne maszynki do golenia. Mogli liczyć, na czyjeś nagłe, ostateczne zejście. Nie było przepisów dotyczących dziedziczenia miejsca w kolejce. Nikt w chwili tak tragicznej jak śmierć, nie troszczył się o jakąś głupią kolejkę, nikt oprócz straceńca z pozycji jedenastej, który stawał się dziesiąty – medalowy.

Nasza matka zapragnęła radzieckiej zamrażarki „Mińsk”. To nie była zwykła chęć posiadania. To była chęć wykarmienia rodziny. Jedynym sposobem na to, było nabycie w drodze przestępstwa półtuszy wieprzowej i przetrzymywanie jej aż do zjedzenia w zamrażarce. Do tego potrzebny był „Mińsk”.

Ojciec brał noce, bo były najgorsze i najzimniejsze. Czasem podmieniała go dziadek. Matka stała od szóstej rano, a ja wyręczałem ją w wolnym czasie, żeby się ogrzała i najadła. W ciągu tego tygodnia „zamrażarkę” odmieniano w naszej rodzinie przez wszystkie przypadki a częściej przez liczby. Nurtował nas jeden problem – Ile przywiozą? Staliśmy na miejscu czwartym. Przed nami stał zapalony myśliwy Wiska, który powszechnie rozpowiadał, że interesuje go wyłącznie telewizor kolor. Pozycja numer dwa młoda mężatka Jaworska stała za pralką i na trzecim, niezdecydowana bibliotekarka pani Marszał, mówiąca coś o lodówce, ale niewyraźnie.

Matka była pesymistką. Przyszła ze swojej zmiany i usiadła przy stole. Była tak zła, że nie miała siły żeby mówić. Dopiero dłuższą chwilę potem wydusiła z siebie.
-Kłamią. Wszyscy kłamią. Ten myśliwy. Ma dostęp do dziczyzny, będzie chciał mrozić. Sto procent, że stoi za zamrażarką. Z Jaworskiej matką niedawno rozmawiałam. Kupiła jej w prezencie ślubnym pralkę. Po co jej druga? Marszałowa kłamie na pewno. W życiu jeszcze prawdy nie powiedziała.

Matka udowadniała, że stanie jest bezcelowe. Tym razem zamrażarka przejdzie nam koło nosa. - Jeszcze się nie zdarzyło, żeby przywieźli cztery – dodała smutno.
Babcia urodzona optymistka kazała matce zjeść zupę i nie myśleć na zapas. Nawet jeśli, nie dostaniemy zamrażarki, to możemy kupić co innego, zawsze się przyda. Poza tym stanie w kolejkach wzbogaca. Można się bliżej poznać, porozmawiać i w ogóle wiele się nauczyć. Często w takich kolejkach stoją bardzo interesujący ludzie. Matka miała na ten temat odmienne zdanie. Uważała, że oprócz naszej rodziny stoją sami hochsztaplerzy i cwaniaczki, którzy wszystko mają a stoją tylko dlatego, żeby innym nie dać. Ostatecznie matka dała się przekonać. Była środa, staliśmy od poniedziałku i trochę było szkoda tych przestanych dni, a jeszcze bardziej nocy. Zresztą termin dostawy zbliżał się wielkimi krokami. Zostały cztery doby. Czym były cztery doby wobec kolejnych lat, które służyć miała zamrażarka?

W nocy z czwartku na piątek ojciec dostał wysokiej gorączki. Było przed dziesiątą. Przyszedł, zapalił światło usiadł przy piecu i usnął. Matka zaczęła się ubierać, ale byłem szybszy. Stanąłem w drzwiach i powiedziałem, że ja pójdę. Babcia nie miała wątpliwości. Wskazała na mnie wyciągniętym palcem.
-Rozbieraj się zasrańcu, chcesz zamarznąć!
Dziadek poświecił latarką w wiszący za oknem termometr.
-Dwadzieścia sześć. Nad ranem będzie ze trzydzieści.
Naciągnąłem na głowę kominiarkę i ruszyłem pod sklep. Nikt mnie nie gonił.

W kolejce było dość wesoło. Palił się kosz z koksem. Myśliwy Wiska podawał butelkę z herbatą. Kiedy doszła do mnie, jedna z kobiet, pozycja dwanaście krzyknęła.
-Takiemu gówniarzowi? On ma dopiero dziesięć lat!
Nie rozumiałem dlaczego nie wolno mi pić herbaty. Wiska stał z wyciągniętą ręką.
-Pij chłopie, co mi tu będzie baba pieprzyć.
Wypiłem. To była bardzo dobra herbata, w życiu takiej nie piłem. Miała taki specyficzny smak i grzała w środku. Przypuszczałem, że była kupiona w Pewexie.

Kolejka kojarzyła mi się zawsze ze staniem. Ta była inna. Ruchoma, nikt nawet na chwilę nie stawał. Chodzono wkoło kosza, machano pajacyki rękami. Kobiety wykonywały odruchy nogami, jakby tańczyły, jakiś specyficzny, kolejkowy taniec – tupany. Przyglądałem się twarzom połyskującym w nikłym blasku odchodzącym z kosza i pomyślałem sobie, że tak musieli wyglądać żołnierze podczas wojny. Nikt nie biadolił, nikt się nie użalał, na zły los, na mróz i inne podobne głupstwa. Każdy miał przed sobą jasny i wyraźny cel. Lodówkę, pralkę, telewizor, albo najważniejszą - zamrażarkę.

Wiska nie przestawał mówić. Zaczął coś o polityce, ale słuchacze tylko machali rękami. Przez dwie poprzednie noce opowiedział wszystkie swoje leśne szczęścia i nieszczęścia. I o dziku, który trafiony wydał z siebie ludzkie westchnienie, i o jeleniu, który niczym pociąg widmo pojawiał się i znikał. Opowiedział o sarnach, zającach, wilkach, niedźwiedziach. Tej nocy zrozumiał, że opowiedział już wszystko i że nie ma innego wyjścia jak zacząć wszystko od początku. Złapał mnie za ramię i powiedział.
-Słuchaj, jak ci powiem co mi się przydarzyło to nie uwierzysz. Zasadziliśmy się na dzika…
O czwartej zmieniła mnie matka. Na odchodne pogłaskała po czapce, a ja z tej radości zapytałem.
-Mogę nie iść do szkoły?
Za odpowiedź miało mi wystarczyć to jedno spojrzenie. Poszedłem. Przez plastykę i polski trzymałem się jako tako. Katastrofa wydarzyła się na matmie. Siedziałem na końcu i myślałem sobie o tym, jakim to jestem bohaterem. Przestałem prawie całą noc w kolejce. Wyobrażałem sobie jak matka płacze na widok wnoszonej do domu zamrażarki „Mińsk”, dziadek dekoruje mnie biało-czerwoną szarfą, babcia wnosi wielki tort a ojciec demonstracyjnie nakleja na zamrażarce jej nową nazwę: „Michał”. Usnąłem. Śnił mi się sklep. Stałem przed wystawą i nie mogłem uwierzyć. W środku było pełno towaru i ani jednego kupującego. Drzwi otworzyły się, wyszła uśmiechnięta ekspedientka i zaprosiła mnie na zakupy. Chciałem iść, ale nie mogłem. Jakaś tajemnicza siła trzymała mnie za ramię. Ta sama siła w końcu szarpnęła mnie tak mocno, że się obudziłem. Mój kolega z ławki, Tomek prawie sikał ze śmiechu. Obok stał „Jankes”, najsroższy matematyk w Układzie Słonecznym. Zarobiłem dwie pały w ciągu jednej odpowiedzi. „Jankes” zrobił wyjątek od reguły i przepytał mnie i z algebry i z geometrii. Na koniec zadał mi jeszcze pytanie, które widocznie nie dawało mu spokoju – Co robiłeś w nocy? Milczałem.

Wracając ze szkoły zaszedłem do matki. Wyglądała źle. Dotknąłem jej czoła. Było rozpalone.
-To koniec – powiedziała. – Rezygnujemy.
Postanowiłem odprowadzić ją do domu. Myśl, że nie tylko noc, ale i dwie pały z matmy poszły na marne nie dawała mi spokoju.
-Możesz mnie zabić. Idę.
-Tak ci zależy na tej głupiej zamrażarce? – zacharczał spod kołdry ojciec.
Kiwnąłem głową.
-Bardzo.
-To stój, jakżeś taki głupi. W dzień cię trochę babcia podmieni, na dziadka nie licz i tak kaszle.

Miałem nadzieję, że drugą noc pod sklepem przetrwam z rozpędu. Uważałem się za wielkiego cwaniaka i twardziela. Nic i nikt nie mogło mnie stamtąd ruszyć. Wystarczyła jednak jedna godzina i czułem, że mam dość. Mróz zelżał, zaczął za to wiać przeraźliwy wiatr. Śnieg zacinał w oczy, wydawało mi się, że słyszę jak coś gwiżdże mi między kościami. W szybkim czasie kolejka stopniała z siedemnastu do dwunastu. Dwunastu gniewnych ludzi zbiło się w ciasną kupkę. Myśliwy Wiska był w swoim żywiole zaczął kląć na cały świat zaczynając od kierownika sklepu a kończąc na Panu Bogu. W pewnym momencie jeden z mężczyzn, emerytowany nauczyciel Mariański zaczął biec na oślep. W przerwach między zawieruchą słychać było jego histeryczny krzyk – Za mną! Za mną. – Wszyscy zgodnie pomyśleli, że starszy pan zwariował. W końcu Wiska postanowił przejść się z ciekawości. Potem ruszyło jeszcze dwóch a za nimi ja. Mariański nie zwariował. Wręcz przeciwnie. Mieszkał niedaleko i miał w garażu samochód, zepsutą na brak części zamiennych Syrenkę. Wystarczyło ją zapchać pod sklep. Wiska sceptycznie odniósł się do pomysłu Mariańskiego. Samo już zapachnie samochodu okazało się rozgrzewające i minęło przy tym z piętnaście minut. To było bezcenne. Właściciel auta wspaniałomyślne zaproponował miejsca czterem stojącym w kolejce kobietom. Mężczyźni miel doznawać radości ocieplenia na zasadach demokratycznej rotacji. Taka forma ustrojowa nie spodobała się Wisce, który wykazał się znawstwem kobiecej anatomii.
-Kolego Mariański, szanuję was za gest, ale nie macie racji. Kobiety z samej natury są wyposażone w grubszą tkankę tłuszczową i chłód znoszą lepiej.
-To mój wóz i ja będę decydować kto będzie w nim siedzieć– zdenerwował się Mariański.
-W takim razie, ja swoją części odpycham na miejsce.
Wiska próbował odepchnąć Syrenkę. Mariański ruszył do niego z rękami. Zaczęła się krótka szarpanina. Głos zabrała jedna z kobiet.
-A kto wam powiedział, że my w ogóle chcemy do tego samochodu? Ciemno, zimno, wsadzą, nas jak jakieś szprotki, nawet ręką nie będzie można ruszyć. Sami sobie w niej siedźcie.
Druga, nieco starsza, była jeszcze bardziej radykalna.
-Pewnie, zboczeńcy, myślą, że będą nas tam macać po ciemku i to za darmo.

Ostatecznie obrażony pan Mariański wsiadł do Syrenki sam. Po kilku minutach dosiadł się do niego jeden z mężczyzn. Potem kobiety, które się do tej pory nie odzywały. W pewnym momencie myśliwy Wiska machnął ręką i sam zaczął pakować się na tył. Po kwadransie stałem sam przed wypełnionym po brzegi samochodem. Nagle drzwi otworzyły się i ktoś wciągnął mnie na tylne siedzenie. Było przyjemnie ciepło, trochę duszno, pachniało rybami i wodą kolońską. Nagle poczułem, że po mojej nodze coś zaczyna pełznąć. Oczy przyzwyczaiły się do ciemności i dostrzegłem na swojej nodze wielką, włochatą łapę, zmierzającą w stronę mojego pośladka. Nie namyślając się zatopiłem w niej zęby. Ktoś wrzasnął. Łapa znikła.

Wróciłem do domu obolały. Myślałem, że to z powodu ciasnoty w samochodzie, jednak z każdą chwilą czułem się coraz gorzej. Zacząłem się trząść z zimna, po chwili robiło mi się gorąco. Nie miałem wątpliwości, że dopadła mnie choroba. Starałem się unikać matki i ojca, co nie było trudne, gdyż ciągle leżeli w łóżkach. Gorzej była z babcią, którą chodziła za mną i za dawała pytania. Miałem nadzieję, że uda mi się zjeść śniadanie i wrócić do kolejki.
-Stoją wszyscy?
-Tak.
-Zimno?
-Nie.
-Jak to nie? Przecież zimno! – babcia spojrzała za okno.
-Siedzimy w samochodzie.
-W samochodzie?
-Tak.
-Jakim? Czyim?
-Syrence Mariańskiego?
-Którego Mariańskiego.
-Nie wiem. Po prostu.
-Wieśka czy Krzyśka?
-Co za różnica.
Ugryzłem wielki kęs chleba, żeby nie musieć dalej odpowiadać. Babcia przyglądała mi się badawczo.
-Blady jesteś. Oczy masz takie…dziwne, czy ty przypadkiem nie masz…
W ostatniej chwili zerwałem się z miejsca. Ręka babci była tuż przy moim czole. Tak niewiele brakowało do katastrofy.

W sobotnie przedpołudnie kolejkowiczom dopisywały humory. Świeciło słońce, było jasno i optymistycznie. Ktoś opowiadał o tym co jadł na śniadanie, inny o czekającym go na obiad rosole. Kobiety dyskutowały o zbliżających się świętach ze szczególnym naciskiem na pomarańcze, mak, orzechy, szynkę i czekoladę. Gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi mógłby pomyśleć, że za dwa tygodnie będzie święto narodzenia owoców cytrusowych. Z każdą chwilą słabłem i czułem, że kolejnej nocy przed sklepem nie wytrzymam. Bez słowa usiadłem do Syrenki. Spojrzałem w stronę stojących. Zaczęli się kurczyć, potem unieśli się i wirowali tuż nad moją głową. Zemdlałem.

Obudziłem się w swoim łóżku. Siedziała przy mnie matka. Głaskała mnie po głowie. Spojrzałem na kalendarz. Był poniedziałek, czternasty grudnia 1981 roku.
-Ile przywieźli?
Matka zmarszczyła brwi.
-Czego?
-No zamrażarek! – uniosłem się na rękach.
Matka uśmiechnęła się tajemniczo.
-Leż spokojnie. Ani jednej.
Opadłem na poduszkę.
-Jak to?
-Tak to.
Matka opowiedziała mi o tym co wydarzyło się w czasie gdy spałem. Z jej słów niewiele rozumiałem, jednego byłem pewien. Generał Jaruzelski wyświadczył mi wielką przysługę, byłem mu bardzo wdzięczny.

Opublikowano

Średnio mi się podobało, może dlatego, że pamiętam te czasy i te wspomnienia są o wiele bardziej kolorowe od tekstu. Mam wątpliwości czy takie towary jak telewizor kolorowy i zamrażarka można było wystać w kolejkach, zazwyczaj rozchodziły się w inny sposób, losowania w zakładach pracy i oczywiście wśród znajomych z SLD, SDPL i Samoobrony. Mi kolejka kojarzy się bardziej z mięsem, słodyczami, generalnie artykułami spożywczymi i wódką. Stanie od wieczora poprzedniego dnia przez całą noc z łóżkami polowymi nie było niczym szczególnym. Czasami stawało się po prostu bo inni się ustawili, w ten sposób nabyłem wzmacniacz z radiem Radmora, niestety na kolumny musiałem czekać jeszcze pół roku bo nie starczyło.

Opublikowano

Genialne!
Ja bylem troche za maly na samodzielne stanie, ale robilem za przechodnie dziecko kolejkowe. Niezbyt dokladnie pamietam jednak zasady i cele takiej "przechodniosci", ktore wtedy mnie raczej nie obchodzily ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krakoski givre m'enchante ─── „Ah ! Comme la neige m'a délaissé, Lavé mon cœur de sa pluie... Parmi les jours engivrés, Je m'enivre de mon ennui... Je m'engivre de mon destin..." [Hors d'] Nad moim półmiastem niebo mrozem zamarło, Jak ta na szybie łza, Nad moim niekrajem śnieg śnieży tak, Że świata okno mgłą szron skrył, jak moje ciało, Jak szybę życia, w mrozu ogród spopielił w białość... [Res medium] Nad moim niemiastem niebo tętni niczym czerwca odpust. Niebo delikatne jak najnowszy nów, A o zachodzie rzeka szara hymn śpiewa w słońca blues – Tam śpiewa „Alleluja” even bruk. A ja chwytam je szczytem serca… Szukaj spokoju tam, gdzie są ci ofiarowani: Ten czerwiec, Miłosz, Mrożek, Lem, i… To niebo ołowiane… Ono ci Ojcem, a synem samotrzecim – ty… O, niemiasto me! Sponiewierałem cię w rozterce... Jest tam na zachodzie – żelaznych ptaków port, Na północy – łuna Kombinatu Toksycznych Zórz. Na południu – aluminium płonący kort, Na wschodzie – matecznik, puszcza puszcz, A pod stopami, zwiędłycu map gorszy sort... A tu – północnych zorzy łuna łun, Tu – zachodniego wiatru arktyczny szkwał, O wschodzie, rzeki rzek szał – Na południu – jezior, jezior, jezior szum, A ponad mną ptaków powrotny klucz… Szukam podniety tu, gdzie śnią niemożliwy sen: Wciąż luty, Atwood, Cohen i Arcand… Śnieg, śnieg, w śniegu świat, po świata kres… Ona dobrą macochą mi, ma compagnonne, ma femme, Ta ćwierćojczyzna ma.   Ô mal adresse! Grzeszysz absencją co dzień, (Ja, je manque à l'appel)…, Tu, w inazylu mym, w abstraktu zastygły chłód: Fale, co w stalaktyty roztrzaskują się o Saint Laurent, Niebo ponuro zwisłe (comme chez Arcand), Tu, w nienowym Brest, słońca blask krwawy jak Cronenberg, Jak fleuve, co rozbija się o brzegu głód, Jak nadzieje na Saint-Jean, co rozbijają się o świtu brzeg… „Znajdziesz w końcu ujście”, szeleści mego serca prąd… "Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie, że n i e j e s t e m s t ą d.” Tam, w Laskach mych, lawą tryska żar: Wisły fal, co w czerwca skwar lgną do Ojcowskich skał, Nieba płonącego jak tańczący w Czar Par, Słońca, co zacina się jak album Lady Pank, Jak anioł stróż o Pod Aniołem budy bar, Jak Smok, co od wieków nie przestaje ziać, Jak ci, co pod Adasiem zimnym wzrokiem będą wciąż z bukiecikiem stać… [Ars carnae] "Nigdy nie znajdziesz spokoju”, mówi Pismo. A Słowo odpowie: „Nic się już nie zmieni”, Więc wybacz swym demonom, że im coś nie wyszło, Że twoje przywary są z tej tu ziemi, Że Omnia Tua – to duszy letniość, Bo dzwon Zygmunta zagrzmi w te tony: „Chwileczkę, proszę, będzie pochwalony… Nie wiś u diabła rękawa wciąż, dbaj o duszy higienę, Ta historia z szewczykiem poszła… w zapomnienie"... Masz tu port-aero na Zachodzie (na życia uciechy), Na Wschodzie – kołyskę (choć wątpliwego…), Na Północy – mumię tego (wiecznie żywego), Na Południu – góry z góry (to za grzechy…)! I choć niebo skwarne to jak u Chełmońskiego, W Mieście Krakuff wszystko jest tak niezmienne, Jak fale opływające Most Piłsudskiego… „Wszędzie znajdziesz jakąś miłość, niby ukojenie” – Tak szepce wzruszeniem nad sztuk sztuką Ułamek-Ławica, „Wracaj do źródeł”, krzyczy rozumu Labrador… "Jesteś, skąd jesteś, nie ma dla ciebie miejsca na tej zmieni;” I arktycznym prądem przeszywa cię jak matador Świadomość ta, dotąd skryta w dni cieniu: "N i e j e s t e m s t ą d.” - Kerouac z Księżyca. Tu, w szpitalnego korytarza półmrok wpadł lodowaty Iqualuut wwiew: Fali Saint Laurent, co w grudniową noc lasi się do bazaltów Ex Machina, Nieba zamarłego jak więźniarki w Unité 9, Słońca, co jest puste jak poczta głosowa Dédé Fortin'a, Jak bar przy boulevard Hamel, gdzie diabeł się sam upija, Jak wieloryby w Tadoussac, którym w płetwach zaparło śpiew, Jak Sacrilège'u ostatni zew… [Ars carnae] "Wciąż tylko wiatru niepełny niepokój”, mówi człowiek. A świat odpowiada: „Za późno”, Więc nie daj diabłu zapomnieć, że zrobił za dobrą robotę, Że twoje przedmioty stoją po złej oceanu stronie, Że your słowiańska krew – tutaj żebrze na próżno, A Notre Dame des Âmes Perdus ten tekst wydzwoni: „Proszę nie czekać, ten kraj jest zastrzeżony… Uprasza się nie wydzwaniać po Anioła Stróża, Ten numer z Winnetou się zajął, jak w lesie róża." Mam tu autoport na Zachodzie (po przebiegu), Na Wschodzie – Atlantyk (ten od Atlantydy…), Na Północy – las les Laurentides (wiecznie w śniegu), Na Południu – Stany (zastane w dyby)… I choć niebo tu twarde tel un Riopelle, W Citadelle wszystko wciąż płynie w kierunku, Jak fale, co Pierre Laporte wzięły na cel, Jak niestała stal Pont de Québec (ciągle w obstalunku)... „Niby znajdziesz miłostkę, pół-upojenie tu” – Tak dyszy pełną piersią chóru z Baru Fou ostatnie westchnienie… „Wracaj do źródeł”, wonieje morału swąd… "Gdziekolwiek byle nie tu, w każdym innym kącie ziemi, nie kryję, że nie mam do ciebie przekonania, nie rozumiesz, w y m i s t ą d!" [Pièce de résistance] „Religia to pokój Boży” – głosi Księga… chyba na Początek, Lecz czasopismo prawdę powie ci: „Nic się nie zmieni, Bo twoje pragnienia i cały tlen na ziemi, Wszystko, co nosisz – nie jest warte twej kieszeni”… A co ze spokojem? Pytia spokojnie odpowie… I ma rację ona, nie Kasandra: Czy tu czy tam, będziesz tracił zdrowie, To po co ci za każdym razem stłuczona filiżanka? Szukaj więc miejsca, gdzie uwierzysz chyba, Że ten luty to nie twoja Kasandra, Lecz wiecznie ci obiecywana Aleksandria, A tamten czerwiec – nie liczy się w rejestr, jak Atlantyda... Choć niebo i tu, i tam, i u Ubu, Jest jak diament ogniste, twarde niczym płomień, A o zachodzie, Popiół-Dni cię wita: „Zapraszamy do klubu!”, A zaschły atrament parkietu telegrafuje: „Wolny pokój tobie...”, I nawet twój pokój ci powie: „Daj pokój”, A coraz pustsze mieszkanie odrzeknie: „Tak z boku!” [Dés serres] Ach! Jak pada śnieg! Me okno w szronu sad rozkwitło... Ach! Wątek dni się rozsnuwa! Nad niemoim miastem niebo martwe jest, Jak ta łza, co uniknęła mego pokoju świetlikiem. Ach! Osnowa nocy światłu sztabę zasuwa... Ach! Ciemność widzę! Skąd przyjechałem? Dokąd jadę? Mróz ściął me nadzieje wszystkie: Jestem Południowym Krzyżem – Porzucony przez Polarną Gwiazdę... Ach! Gdzież smak poutine? Tak tęskno, tęskno mi... Ach! Jak śnieży śnieg! Wśród mrozem skutych dni, Ach! Ściął się życia ścieg... Nie tak.. A mad moim Uhr sierpień w śpiew jak w śnieg brnie, W śmiech, co strzaskał Hadesu drzwi! Ach! Wątek snów światło otworzyło mi! Ach! Widzę jasno: Skąd przybywam, gdzie gnam! Żar rozjaśnił duszę mą: Jestem jak lipca skwar – A tyś – moją ciemną Gwiazdą... Ach! Ten Cracovii smak! Ach! To mój gwiezdny czas... Wśród nocy, szalony bieg Ach! Spiął się życia ścieg... Ach! Jaki słońca blask! Tak.. [Ars carnae] I choć w Neverland „Wszystko, co masz, wciąż przekwita” (Tak mówi ci do ucha fala, która rozbija się po porcie Οὐτοπία)... To: „W Śródmorzu nie Mieć, lecz Być Różą zakwita”; Tak śpiewa ci rozbitek tysiąca nocy Acquae Vitae: "سقطت في هاوية التعاسة" ───  
    • Starzec i dziecko siedzieli na brzegu strumienia, gdzie woda cicho płynęła między kamieniami. Wokół nich rosły bujne trawy, a w powietrzu unosił się zapach ziemi i wilgoci. Dziecko patrzyło w wodę, a jego oczy błyszczały od ciekawości. Zauważyło coś na dnie strumienia – coś, co wyglądało jak mały, złoty przedmiot. Zapytało, wskazując palcem na wodę: – Co to jest? Starzec uśmiechnął się łagodnie, spoglądając na błyszczący punkt w wodzie. – To, co widzisz, jest tylko odbiciem. Ale to, co widać w odbiciu, może być czymś więcej, jeśli pozwolisz swojej wyobraźni popłynąć z nurtem. Wyobraźnia jest jak woda, która płynie w strumieniu – nie zatrzymuje się na jednej rzeczy, nie twardnieje w jednym obrazie. To nie jest świat, który musimy dosłownie zobaczyć, ale przestrzeń, w której wszystko może stać się możliwe. Wyobraźnia nie zna granic, bo to ona wyznacza, co jest realne. Tak jak woda w strumieniu nigdy nie jest tym samym nurtem, tak i my, gdy pozwalamy swojej wyobraźni płynąć, możemy przejść przez miejsca, które w rzeczywistości nigdy by się nie zdarzyły. Możemy być wszędzie, gdzie tylko zechcemy – w świecie, który kształtuje się w naszych myślach, w przestrzeni, którą sami tworzymy. W wyobraźni kryje się nasza wolność, nasza zdolność do bycia kimś innym, do spojrzenia na świat w inny sposób, do twórczego kształtowania rzeczywistości. To ona daje nam odwagę, by marzyć, by wierzyć, że to, co niemożliwe, może stać się możliwe. Bo w wyobraźni nie ma ograniczeń. Ona jest jak strumień – płynie, zmienia koryto, rozlewa się w nowych miejscach. A my, jak dziecko, możemy ją obserwować, pozwalając jej prowadzić nas do odkrywania nowych światów, nowych prawd.  
    • Meł to Kaziu: ta tu, i za kotłem.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...