Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„O pstrągu, który wyszedł na spacer i wrócił bez nogi”

Prolog

Zima zastała nas w podróży. Opowiadaliśmy sobie z Jegomościem bajki, piliśmy piwo imbirowe, a w wolnych chwilach zaczepialiśmy nieznajome dziewczyny. Było wspaniale. Stanowiliśmy centrum galaktyki. Oczy mego kompana były wielkie, niczym latarnie. Gdy jego źrenice się rozszerzały czułem, jak gdzieś we wszechświecie powstaje nowa galaktyka. Z kolei, gdy powieki zajmowały swoje miejsca nad policzkami słychać było wybuchy z odległych zakątków nieba.
Sami zwiedziwszy odległe zakamarki Ameryki, wracaliśmy niespiesznie do domu. Na Siwe Pole. Z czasem mój towarzysz stawał się coraz bardziej rozmarzony. Chwilami nawet nieobecny
- Już nie mogę się doczekać – oznajmił pewnego popołudnia.
- Czego? – spytałem odruchowo, nie odrywając wzroku od asfaltowej drogi.
- Domu – odparł.
- Aha – musiałem się jakoś ustosunkować, ale nie miałem pojęcia, o naszym położeniu. - Jeszcze kawałek – rzekłem pragnąc go pocieszyć.
- W porządku – zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie kłamię, ale wolał, o tym nie myśleć.
Dalej w ciągu dnia raczej nie rozmawialiśmy.
Zima była jesienna w swej barwie. Przed nami, na całej linii horyzontu rysowały się szczyty i faliste kształty wzniesień. Po obu stronach drogi rozlane były listopadowe pola. Pustynne barwy zbóż wygładzały lekko nierówny teren. Kilkanaście kroków przed nami, samotny w swej bezużyteczności, stał znak: „ustąp pierwszeństwa”.
- Chyba przed wiatrem – zażartowałem.
Jegomość nie podchwycił tematu.
- Słyszałeś, że znaleźli mózg JFK? – zagaiłem.
- Nie – powiedział to takim tonem, jakby go krab uszczypnął w tyłek. - Gdzie, o tym słyszałeś?
- Już dawno temu. W tej gazecie „Takt”.
- Serio? Tam piszą, o takich pierdołach?
Jegomość miał stopień magistra na wydziale Sprzątania i Utylizacji Uniwersytetu na Siwym Polu. Zawsze było mi trochę głupio. Byłem marnym profesorem prawa. Zawód bez przyszłości.
- Tak – odparłem. - Nie każdy jest na tyle elokwentny, by cały czas czytać „Gazetę przepiórczą”.
- Widzisz, dlatego nie słyszałeś, że Britney Spears jest w ciąży z bananem!
Zatkało mnie.
- Naprawdę? Jak to możliwe?
- Już nie ma tabu na tym świecie – Jegomość uwielbiał narzekać na konsumpcyjny tryb życia. Doskonale znał prawo Tomchaka odnośnie praw ekonomicznych. Słynna zasada „307”. Dać każdemu 307 pesos miesięcznie, a ten kupi sobie nowego Peugota 307. Ale to była jego utopia. – Jeśli tylko masz pieniądze możesz kupić Rolls Royce’a swojemu psu – psioczył dalej – nie ma tabu.
- Niesamowite. Z bananem... A nie wiesz kiedy ślub?
- Niestety – odparł niepocieszony. Następną stroną musiałem...no wiesz – zaczął wydawać dziwne, suche, chwilami świszczące dźwięki ze swoich papierosowych płuc. W młodości nazywano go Marlboro Man, ale nie lubił tej ksywki.
- Nie wiem – odparłem. – W tym rzecz! Powiedz, co musiałeś? Co było ważniejsze od wiadomości roku!?
- Musiałem się wysrać – wykrzyczał. - A nie było już papieru.
- Rozumiem – takich tematów lepiej nie drążyć.
- A, co z tym mózgiem JFK? – przeglądał stan podszewki w kapeluszu.
- Co?
- Ten mózg – wycedził tonem zniecierpliwienia.
- Tak, mózg. Przepraszam - zamyśliłem się. - Wśród wykopalisk na Retkini znaleźli ruiny McDonald’s. I tam ten mózg, w skamieniałej kanapce, Big Macu bodajże. Odkrycia dokonał ten słynny antropolog, retkinista Gawin – próbowałem przywołać, jak najwięcej szczegółów. – Szukał tego przez 20 lat. Najpierw na retkiniarskich forach dyskusyjnych. Potrafił przetrząsnąć każdego, w celu zdobycia informacji. Jest strasznie nadpobudliwy, nawet, jak na antropologa.
- Aha – odparł Jegomość. To nie były jego klimaty. Z czasem zacząłem zdawać sobie sprawę, iż odkąd go poznałem, również nie moje. Jego słowa na długo utknęły mi w głowie.
- Britney. Taka młoda, piękna i zdolna, a zadaje się z bananami – nie mogłem się z tym pogodzić. Była moim idolem. Legenda, mimo młodego wieku. Na liście artystów wszechczasów magazynu „Sankovsky” wyprzedziła Boba Dylana i kapelę O-Zone.

Rozdział I

Ale dość, o polityce. Mimo, iż dni bywały pochmurne nie traciliśmy dobrych nastrojów. Wszystko byłoby w kompletnym porządku, gdyby nie jeden wieczór. Pewnej nocy, gdy opowiadałem mojemu koledze bajkę o Nieistniejącym Rycerzu przerwał mi niespodziewanie w trakcie pointy.
- Henryk, przecież to tak, jak ze mną – nerwowo ugniatał w dłoniach krawędź płaszcza.
Zachłysnąłem się suchym powietrzem.
- To znaczy? Co masz na myśli?
- W tym sensie, że ja także nie istnieję.
Spojrzałem na jego znoszony płaszcz, stary kapelusz, obdarty szalik i faktycznie, Jegomość nie istniał. W każdym razie nie pod tym płaszczem, ani pod kapeluszem, ani tym bardziej pod szalikiem. Po prostu go tam nie było. Para nie wydobywała się z jego ust, lecz z pustki za kołnierzem. Nie pamiętam czy zauważyłem to wcześniej. Możliwe, że tak, ale po prostu odpędzałem od siebie tę myśl. Często rozmawialiśmy i już czułem jak nadchodzi. Już bym mu powiedział, ale wtedy coś się blokowało. Takie dziwne uczucie. Na przykład, gdy znacie jakąś płytę na wylot, każdy takt, nuta po nucie. I słuchacie jej na imprezie. Dźwięki waszej ukochanej piosenki wypełniają każdą myśl, każdy oddech. Już ma wchodzić genialna solówka, gdy nagle ktoś przełącza na radio. I jest to uczucie zawodu, pustki, niespełnienia.

Tak mógłbym najprościej i najtrafniej opisać moje wrażenie, gdy spodziewana przez wszystkich myśl nie nadchodziła. A skoro nie nadchodziła nie było sensu niepotrzebnie martwić przyjaciela.
Teraz jednakże było już po herbacie. Dowiedział się. Co więcej, problemu nie stanowiła sama informacja, lecz kłopot jaki ona stwarzała. Problem ten należało rozwiązać, by Jegomość mógł normalnie funkcjonować. Tak to już jest, że szlag trafia wszystkie rzeczy jednocześnie.

Rozdział II

Gdy znajdowaliśmy się kilkanaście kilometrów od Siwego Pola zacząłem wypatrywać, niewidzialnej na pierwszy rzut oka, drogi ukrytej w wysokiej trawie. Słyszałem niegdyś od wujka Starego Suma, o lesie ukrytym wśród łąk. Nie można go dostrzec z głównego szlaku, dlatego tak trudno tam trafić. Fakt, iż droga do niego prowadząca jest zakamuflowana, niczym Chińczyk w Chinatown, nie ułatwia sprawy. W lesie tym, opowiadał wujek, rośnie gigantyczny dąb. Nazywa się Baron Drzewogłaz. Jest królem wszystkich drzew i zna odpowiedź na prawie każde pytanie jakie można wymyślić. Oczywiście z racji wieku nie jest zorientowany, w sposób zadowalający, w literaturze współczesnej oraz nowoczesnych technologiach. Na szczęście pytania z tych dziedzin nie znajdowały się w obszarze naszych zainteresowań. Wujek opowiadał mi o tym miejscu wielokrotnie, przy każdej rodzinnej uroczystości. Także czułem się na siłach, by odnaleźć Barona. Idąc na krawędzi asfaltowej nawierzchni wypatrywałem czegoś, co mogło być ścieżką ukrytą w polu. Jegomość przez cały czas przyglądał mi się bacznie.
- Później ci wyjaśnię – odparłem zdenerwowany przeciągającymi się poszukiwaniami.
Wymamrotał coś pod nosem. To jego nieistnienie było niezwykle kłopotliwe. Gdy temperatura przekraczała zero stopni nie było wiadomo, gdzie patrzy. Kapelusz wskazywał północ, więc
najpewniej Jegomość zakotwiczył spojrzenie w horyzoncie przed nami. W zasadzie miałem to gdzieś. Bóg chyba malował krajobraz wokół nas według jednej kalki. Po paru godzinach wpatrywania się w nieprzerwane pasmo łąk wydawało mi się, iż pływam pośród nich. Jestem wiatrem. Łodygi traw uginają się pod ciężarem mojej płetwy. A ja czeszę je, niczym włosy ukochanej o poranku.
Niestety mój przyjaciel wyrwał mnie z objęć tych wspaniałych złudzeń.
- Czy to ci nie wygląda na drogę? – wskazał kapeluszem.
- Co? Gdzie? – nie wiedziałem, czy patrzeć na jego nieistniejącą rękę, czy na betonowy monolit łąki dokoła?
- O tutaj, gdzie trawa jest trochę niższa – faktycznie było miejsce, w którym czubki roślin jakby się zapadły.
Podszedłem bliżej. Łodygi ugięły się i ukazały fragment wydeptanej ścieżki. Przy każdym kolejnym kroku ukazywały się kolejne jej fragmenty. Była, niczym mozaika ukryta pośród traw. Zabawa w układanie ścieżki z puzzli trawa na tyle długo, iż straciliśmy z oczu drogę, którą szliśmy do tej pory. Nie było już odwrotu. Wieczór zbliżał się nieubłaganie, a my wciąż nie mogliśmy znaleźć lasu. Wieczorna mgła gęstniała wokół nas. Zbliżyła się do chwili, gdy miała przybrać formę stałą. Czułem jej ciężar na ramionach. W pewnym momencie poczęła rzednąć. Naszym oczom ukazał się las. Stwierdziliśmy, iż nie będziemy ryzykować wędrówki po omacku i zaczekamy do jutra.
Tym bardziej, że drogi do Barona pilnuje wielki żubr. Rozłożywszy śpiwory podziwialiśmy niebo oraz księżyc lśniący na północy.

Rozdział III

Nazajutrz odważnie wkroczyliśmy do lasu. Pokonawszy zaporę, w postaci wielkich paproci, trafiliśmy na wąską ścieżkę. Przypominała korytarz wśród wysokich drzew. Z racji swego wzrostu szedłem pierwszy. Szliśmy przez cały, smętny, mroczny i głuchy las. Chmury wlokły się nisko na niebie. Zdawały się być zaplątane w koronach drzew. Powoli traciłem zmysły i nadzieję. Krajobraz był potwornie monotonny. Na tyle, iż odniosłem wrażenie, jako byśmy nie przeszli ani centymetra. Wyglądało to, jak sztuczka ze starego filmu. Staliśmy w miejscu, a za nami puszczano film ze zdjęciami lasu. Gdy sądziłem, że padliśmy ofiarą pułapki, monotonii zrządzonej przez los ujrzałem światło na końcu tunelu. Poczułem niesamowitą ulgę. Chwila ta nie była spowita poezją, lecz zwierzęcym, pierwotnym, wręcz ordynarnym uczuciem.
- Więc jednak ten las się kiedyś kończy – powiedziałem, wypluwając przy okazji resztki zeszłorocznego przeziębienia.
Spojrzałem na Jegomościa oczekując oratorskiej uczty z jego strony. Niestety uraczył mnie jedynie świszczącym oddechem, przez który i tak nie przedostałoby się żadne słowo. Machnąłem na niego płetwą. Dalej, czając się na palcach, zbliżaliśmy się do wyjścia. Las kończył się, ale tylko po prawej stronie, na której to rozciągała się niewielka polana. Cała ta przestrzeń zgromadzona była nad strumykiem. Po lewej stronie, wśród drzew znajdował się otwór. Mały, niczym dziura w płocie. To musiało być przejście do Barona. I gdy wszystko zaczynało się układać po naszej myśli usłyszałem, jak mój przyjaciel wstrzymuje oddech. Spojrzałem na niego. Następnie przed siebie. Najprawdopodobniej obydwaj w tamtej chwili doświadczyliśmy stanu przedzawałowego. Chociaż jemu to już niczym nie groziło. Nad strumykiem stał największy żubr, jakiego w życiu widziałem.
Na szczęście zwrócony był do nas tyłem, co dawało nam pewne szanse. Powoli wyszliśmy zza drzew. W jednej chwili przestrzeń dokoła zmalała nieproporcjonalnie. Żubr zdawał się być na wyciągnięcie ręki. Na szczęście był zajęty przeglądaniem się w tafli wody. Wykorzystując jego nieuwagę błyskawicznie wskoczyliśmy do dziury. Sturlaliśmy się po niewielkim zboczu zahaczając po drodze kilkanaście korzeni. Zatrzymaliśmy się na wielkim drzewie.
Podniosłem się lekko oszołomiony. Świat jeszcze trochę wirował. W dodatku drzewo się poruszyło.
- Boże ono naprawdę się rusza – rzekł Jegomość, wsparty o pień.
Liście zaczęły spadać, niczym spadochroniarze w czasie alianckich desantów.
Przyjaciel zerwał się na równe nogi.
- To pewnie Baron Drzewogłaz – wyszeptałem i ukłoniłem się.
Jegomość nie zrozumiał, więc musiałem go szarpnąć za płaszcz. Kora drzewa zaczęła pękać. Uniosły się ciężkie powieki, ukazując zielone źrenice. Rozwarły się wielkie, bezzębne usta.
- Kto ośmiela się przerywać mój odpoczynek? – głos brzmiał, niczym tętent pędzących bizonów.
- My, drogi Baronie – napięcie było niesamowite. W każdej chwili spodziewałem się wstęgi piorunów. – Bardzo przepraszamy za to najście, lecz przychodzimy w bardzo ważnej sprawie.
Baron spojrzał na nas. Zdawało się, że nasze słowa potraktował dość nonszalancko.
- To chyba oczywiste – podrapał się małą gałązką w prawy policzek. – Nikt nie przychodzi do mnie w sprawach błahych – parsknął rubasznym, sarmackim śmiechem. – Przynajmniej tak im się wszystkim wydaje.
Odczekałem chwilę, aż łomot jego głosu ustanie.
- Właśnie, chcieliśmy prosić...
- A ten żubr co tam wyprawia?! – wrzasnął tak, że chyba w całym lesie liście pospadały z drzew.
- Przeglądał się w tafli wody – odparłem mając nadzieję, iż tym zakończymy grę wstępną.
- Jak on dał się na to nabrać? Przecież w tej rzece nie ma kamienia filozoficznego! – zacząłem się śmiać. Uwielbiam się śmiać, gdy nie wiem, o co chodzi.
– Chciałem, by przestał ciągle przychodzić na kawkę i zawracać mi głowę – kontynuował. - Kurde, filozof się znalazł. Najwyższy czas poszukać kogoś młodszego do tej roboty. Znacie przypadkiem kogoś takiego?
- Bolec, by się nadawał – rzekł Jegomość.
- Co ty chrzanisz chłopcze? – oburzył się Baron. – Bolec pracuje teraz dla Gandolfa ze Szczecina. Widzę, że nic nie wiecie. Muszę was sprawdzić, nim udzielę wam jakiejś rady.
Myślał przez chwilę, w końcu wiatr wyszeptał mu coś do ucha.
- Już mam – zaśmiał się szyderczo. – Powiedzcie mi, jaki jest wasz ulubiony wiersz?
Tu nas załatwił. Jegomość nie czytywał poezji. Więc ukrył nieistniejącą twarz w kołnierzu. Ja natomiast nie czytałem nic od niepamiętnych czasów. Musiałem zaryzykować i postawić na coś z klasyki.
- „Wykorzenienie hałasowania” Markoniusa Zielonego! – wykrzyczałem na bezdechu.
Baron spojrzał na nas. Myślałem, że to koniec. Wtem uśmiechnął się, chyba najbardziej szczerze w swym życiu.
- Też go uwielbiam – zaczął gestykulować gałęźmi. - Taki przewrotny panegiryk z lekką nutką dekadencji. Markonius wyprzedził swoje pokolenia o lata świetlne - opamiętał się i uspokoił wiatr wokół.
- W porządku. Mówcie - spojrzał na nas dokładnie mierząc Jegomościa wzrokiem. – W czym sprawa?
Chwyciłem przyjaciela za rękaw, by nie zdążył nic powiedzieć. Nie miał talentu dyplomatycznego.
- Tak więc...
- Nie zaczyna się zdania od „tak więc”! – poczułem się, jak w przyrzecznej szkółce. – Wiele rzeczy mnie irytuje z racji na wiek, ale olewanie zasad gramatycznych przyprawiało mnie o mdłości od niepamiętnych czasów.
- Przepraszam najmocniej. To z emocji – ukłoniłem się nisko. Płetwy dygotały mi paralitycznie. – Mój przyjaciel, jak szanowny Baron zapewne widzi, nie istnieje.
- Faktycznie ciekawe. Jak to się mogło stać?
- Prawdopodobnie od strzału w głowę z broni dużego kalibru. Chociaż przez jakiś czas miał po prostu dziurę w głowie - wyciągnąłem zdjęcie z naszej wycieczki do Middletown.
Na zdjęciu byliśmy my z Jegomościem i pewną śliczną kelnereczką, która to siedziała na kolanach mojego przyjaciela. Pokazałem zdjęcie Baronowi.
- Całkiem fajna cizia – rzekł z rozmarzonym wzrokiem, po czym lekko zmieszany spojrzał na nas. – Znaczy...no...zgadza się. Dziura w głowie była.
- No właśnie. I wszystko było w porządku, a teraz? – wskazałem na mego druha.
- No tak, ale czy to ci w czymś przeszkadza synu? – zwrócił się do Jegomościa.
Mój przyjaciel wziął głęboki oddech.
- Jestem uwięziony w skórze – rzekł z takim smutkiem w głosie, że byłbym stanie oddać mu ostanie oszczędności i wysłać na konto w Szwajcarii. - Czuję ją. Lecz nie mogę dostrzec. Jakby jej barwa zamknęła się pigmencie.
Baron westchnął ciężko.
- Przykro mi chłopaki, ale nic nie poradzę. Co prawda w zeszłym roku zabrali z mojego lasu jedną sosnę i dwa świerki, więc gdyby cię przywrócili mielibyśmy, w dużym uproszczeniu, status quo ante. Ale niestety to sprawa dla kogoś z wyższego szczebla. Musicie iść wzdłuż tych brzóz, a potem skręcić w prawo przy topolach. Niedaleko będzie mała chatka z napisem „kino”. Tam wam powiedzą, co zrobić. To wszystko, co mogę w tej sprawie
- Serdecznie dziękujemy, Baronie.
- Nie ma sprawy. Przyjemnie się z wami gawędziło.
Odchodziliśmy smutni, lecz z iskierką nadziei w sercach.
- Ale gdybyście mieli problem z dziką lamą lub chcielibyście zagrać partyjkę utylitarnego pokera to zapraszam! – Baron wołał za nami.

Rozdział IV

Opuściwszy Drzewogłaza udaliśmy się drogą, która miała zaprowadzić mego przyjaciela po potrzebne odpowiedzi. Z początku zdawała się prowadzić podróżnych na koniec świata, lecz wkrótce w oddali ujrzeliśmy wielki napis na dachu malutkiej chatki. „Kino”.
- Oby tutaj coś wiedzieli – Jegomość popędził przed siebie. Widziałem odcisk jego dłoni trzymającej kapelusz. Płaszcz zostawiał za nim złudzenie ponaddźwiękowej prędkości.
Kasa kina była zamknięta. Dobiegłszy do drzwi zaczął pięściami sprawdzać ich upór.
- Już, już – z daleka dobiegał sędziwy głos.
Drzwi się otwarły. Miły staruszek, o niesamowitych, hipnotyzujących i bardzo młodych oczach powitał nas najszerszym uśmiechem jaki widzieliśmy.
- Henryk i Jegomość, jak mniemam? – spojrzał na nas po ojcowsku.
- Zgadza się – potwierdziliśmy.
- Poproszę bilety – powiedział przyjaznym, lecz zdradzającym irytację głosem.
- Jakie bilety? – zaczęliśmy grzebać w kieszeniach. Nagle Jegomość wyjął mały, zielony skrawek papieru. Spojrzałem z niedowierzaniem, po czym wyciągnąłem taki sam. Wcześniej nawet nie miałem kieszeni.
Podaliśmy mu bilety i weszliśmy na niewielką salkę ze starym, pożółkłym ekranem. Światła zgasły. Projektor poszedł w ruch. Na ekranie ujrzeliśmy tytuł: „Jegomość; życie i śmierć” oraz ten dziwnie znajomy głos. Basowy z niezwykłym rezonansem.
„Tego lata. Jegomość niechcący strzelił sobie w twarz
z dubeltówki. Teraz nie istnieje i musi walczyć o swój byt”
- Przecież to ten koleś ze zwiastunów! – zwróciłem się do przyjaciela. – Don La... – poczułem czyjąś rękę na ramieniu. To był bileter.
- Cii... – uśmiechał się szeroko.
- Czy to Bóg? – spytał Jegomość.
Facet nie odpowiedział. Jedynie pokiwał znacząco głową.
- Wiedziałem! To nawet ma sens – po raz kolejny zostałem przywołany do porządku.
Skoncentrowaliśmy się na filmie.
„Ma jedną szansę, by odzyskać siebie.
Ale, czy na nią zasługuje?”
Nagle na ekranie pojawiły się filmy, jakby domowej roboty, pokazujące dzieciństwo mojego przyjaciela. Było sporo drastycznych scen, na przykład męczenie pszczoły złapanej na sznurówkę, w wieku 7 lat. Baton ukradziony ze sklepu w wieku lat 12. Lecz po tych wszystkich scenach ukazujących czyny co najmniej haniebne nadszedł fragment filmu, życia, w którym Jegomość oddaje ostatniego papierosa, jakiemuś menelkowi na Siwym Polu. Co prawda tamten umarł w miesiąc później na raka płuc, ale wydźwięk tego gestu był przeogromny.
„Nasz bohater...
dostaje kolejną szansę” oznajmił głos.
Podskoczyliśmy z radości. Przy wyjściu starszy facet dał Jegomościowi małą saszetkę z nieokreślonym białym proszkiem.
- Zażywaj codziennie – pogroził stetryczałym palcem. – Rano i wieczorem przez najbliższy tydzień - po czym pomachał nam na do widzenia.

Epilog

Uradowani wróciliśmy na Siwe Pole. Nie byłem nawet w stanie oddać swego szczęścia. Chyba jedynie cisi posiedli tę umiejętność przeżywania prawdziwego zachwytu. Nie mogłem nacieszyć oczu ćpunami wylewającymi się z rynsztoka w czasie deszczu. Widok, który nie jeden sanitariusz Czerwonego Krzyża skwitowałby soczystym pawiem. Ale to był mój świat. Mój nowy dom. Zapach pomarańczy ze straganów pomieszany z wonią zużytych prezerwatyw na chodnikach. Mozaika gazet unoszących się w kałużach. Z czasem Jegomość zaczął odzyskiwać siebie. W końcu nadszedł dzień, w którym miał mi się ukazać pierwszy raz odkąd się poznaliśmy. Przyszedł do mnie chowając twarz w dłoniach.
- Nigdy nie przypuszczałem, że odzyskam siebie. Cielesność i byt. Wszystko! – drżał podekscytowany. – Zawsze sądziłem, że prawdopodobieństwo wydarzenia jest odwrotnie proporcjonalne do życzenia.
- Widzisz, nie ma rzeczy niemożliwych dla kogoś, kto nie musi ich zrobić sam. No, ale już. Pokaż się.
Odsłonił twarz. Oniemiałem. Dziura w głowie znikła, skóra nabrała sprężystości. Trzy-dniowy zarost wyglądał aksamitnie i dostojnie. Odniosłem wrażenie, jakby wszechświat zatracił właśnie swą delikatną równowagę.
- I jak wygladam? – spytał.
Przyjrzałem mu się jeszcze dokładnie, po czym odparłem.
- Mniej więcej tak, jak ja z nogami – odparłem dyplomatycznie.
- Czyli...? – nalegał.
- Niesymetrycznie.


22 XI 2005

© 2005

Opublikowano

Świetny klimat, kilka znakomitych sformułowań, ale mam parę uwag:
piszesz o puzlach i tarwie- powinno być trwa
żubr w Ameryce? - chyba jednak bizon
sarmacki śmiech dębu - dlaczego sarmacki?
płetwy dygotały paralitycznie - proponuje spazmatycznie
sędziwy głos - sędziwy to jednak wiek; głos starczy
męczenie pszczoły złapanej na sznurówkę, w wieku 7 lat. Baton ukradziony ze sklepu w wieku lat 12 - nie wiem czy wiek pszczoły i sklepu, czy tez Jegomościa - zdałaby się niewielka korekta i liczby zapisuj słownie- to nie księgowość.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...