Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Maciek Róża i Karol Zmieniacki przebywali pod kioskiem, gdzie krótkie minuty przerwy spędzali na paleniu papierosów. W ramach oszczędności, palili jednego „camelka”. Do tej pory nie zaobserwowali, iż zawsze kończyło się na pięciu, po których czuli gotowość na kolejne 45 minut w szkole.
Byli smakoszami. Przywiązywali wielka wagę do tego rytuału. Nie lubili rozmawiać przy paleniu, w tym szczególnym momencie najważniejszy był dymek, który błogo rozchodził się po płucach. Dopiero po zakończeniu zaczynała kwitnąć rozwinięta konwersacja, którą poprzedzało pociągnięcie nosem i splunięcie na ziemię:
- Cholera, marny ten świat. – zaczął Maciek
- No.
- Każdy dzień wygląda tak samo.
- No.
- Pora wreszcie coś zmienić.
- No. – Karol nigdy nie był dobrym towarzyszem rozmów.
- Co teraz mamy?
- Chyba religię.
- Eee, to dawaj fajka.
I tak właśnie wyglądała u nich lekcja religii. Jednak, jak to mówi stare porzekadło „Każda kosa trafi na za twarde żyto”.

*

- Dzień dobry, czy to pani Emilia Róża? – Głos w telefonie był skrzekliwy i ranił uszy.
- Tak, przy telefonie. Czym mogę służyć?
- Nazywam się Joanna Kazimierz i jestem wychowawczynią pani syna. Otóż moim moralnym obowiązkiem jest poinformowanie, że Maciek był nieobecny na lekcji religii. Czy pani coś o tym wie?
- Tak wiem, źle się poczuł. – matka broniła syna. Skłamała wobec religii, jednak w dobrej wierze. Jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało.
- To następnym razem niech poinformuje mnie, to sama go zwolnię, dobrze?
- Oczywiście, przekażę mu.
- Dziękuję, do widzenia.
- Do widzenia.
Emilia Róża odłożyła słuchawkę. „Chyba skłamałam” pomyślała. Jednak nie roztrząsała tej kwestii, gdyż usnęła w mahoniowym fotelu.
Joanna Kazimierz odłożyła słuchawkę. „Chyba kłamała” pomyślała. Jednak nie mogła nad tym dłużej się zastanawiać, gdyż właśnie rozpoczynała się audycja Radia Maryja, którego wychowawczyni Maćka była fanką.

*

Znowu nikotyna krążyła w żyłach. Filozoficzne rozmyślania, przy kiosku i dymku. Za chwilę znane już pociągnięcie nosem i splunięcie:
- Cholera, marny ten świat.
- No. – Karol nigdy się nie zmieniał.
- Każdy dzie… Nieważne. Co mamy teraz?
- Chyba religię.
- Coś ostatnio matka mówiła, że wychowawczyni dzwoniła i skarżyła się, że nie byłem na religii.
- No. Do mnie też.
- To co, idziemy na lekcję?
- Chyba żartujesz.
- To dawaj fajka.
I tak wyglądały kolejne szkolne dni, w których planie lekcji znajdowała się religia. Jednak była jedna osoba, która postanowiła zainterweniować w tej sprawie. Dość już miała dowodów na obecność szatana w Maćku Róży i Karolu Zmieniackim. Osoba wierna armii ojca Rydzyka.
Joanna Kazimierz.

*

- Dzień dobry, pani Emilia Róża? – Głos był skrzekliwy oraz śmiertelnie poważny.
- Tak, przy telefonie. W czym mogę pomóc?
- Z drugiej strony Joanna Kazimierz.
- Wychowawczyni Maćka?
- Tak, dokładnie.
- Co znowu przeskrobał?
- Pani syn jest dzieckiem szatana…
- Że co?
-… i należy natychmiast przeprowadzić odpowiednie egzorcyzmy.
- Ale dlaczego, jak to?
- Przybędę do pani, z odpowiednim sprzętem, około godziny 18. Czy syn będzie wtedy w domu?
- Nie jest na treningu, wraca o 19, ale…
- To świetnie, zdążymy się przygotować. Wszystko wyjaśnię na miejscu. Proszę mi wierzyć, konieczna jest szybka interwencja. Inaczej może się to źle skończyć.
- Ale...
- Do zobaczenia.
Joanna Kazimierz odłożyła słuchawkę. Jeszcze raz sprawdziła, czy wzięła wszystko. Biblia, krucyfiks, woda święcona, czosnek, kołek, łopata… Jest wszystko. Oby się tylko udało. Ażeby się odpowiednio zmotywować, włączyła swoje ulubione radio – Maryja.
Emilia Róża, o dziwo, uwierzyła w słowa wychowawczyni Maćka. W końcu Joanna mówiła na tyle poważnym głosem, że to nie mógł być żart. Zaczęła więc gorliwie modlić się za swojego syna i przygotowywać do odwiedzin. W tym celu wstawiła wodę na herbatę. Biedna matka najwidoczniej nie miała pojęcia, na czym polegają egzorcyzmy.

*

Maciek zmęczony po treningu wszedł do domu. Rzucił klucze na ławę, torbę zostawił przy schodach i udał się do kuchni w celu zrobienia sobie kolacji.
Kiedy już przygotował posiłek, ruszył z nim do pokoju. Widok, który ukazał się jego oczom, po otwarciu drzwi, był co najmniej szokujący. Matka stała na wprost drzwi z wielkim krucyfiksem w ręku i szeptem recytowała wersety Biblii. Natomiast Joanna Kazimierz, czyli jego wychowawczyni (nie miał bladego pojęcia skąd się tu wzięła), zaczęła kropić go wodą święconą, krzycząc przy tym iście fanatycznie:
- Szatanie, opuść ciało tego biednego dziecka! Wracaj, tam gdzie twoje miejsce do czeluści piekielnych!
Nie wiedział również, co oznacza czosnek zawieszony na drzwiach, łopata stojąca w kącie pokoju oraz dwie filiżanki herbaty na podłodze.
Nie przejmując się zbytnio, wszedł do pokoju i zostawił przy łóżku torbę, którą zabrał podążając do swoich czterech kątów. Wychowawczyni wciąż krzyczała, jakby w transie:
- O Boże miłościwy, wypędź diabła z tego młodego chłopca! Niech jego dusza zazna wreszcie spokoju, a ten który go uwięził, niech płonie wiecznie w…
Trans przerwał głośny trzask. Trzask zamykanych drzwi. Michał wyszedł z pokoju, wraz ze swoimi kanapkami.
- To już koniec? – spytała nieśmiało Emilia Róża.
- Oj dziecko, to szczególnie trudny przypadek, nie obejdzie się bez prawdziwego egzorcysty…
- To ja może pójdę, zaparzę herbatę?
Joanna Kazimierz dziwnym wzrokiem popatrzyła na Emilię, wzruszyła ramionami i przystała na tę propozycję…

Ciąg dalszy (mam nadzieję) nie nastąpi

Opublikowano

Witam Adamie!!!
Tekst o tyle ciekawy, że nie kończy się zaskakująco. Wszystko kończy się jakichś fajerwerków.
Dla mnie na plus.
małe korekty:
- "Rzucił kluczę na ławę, torbę zostawił przy schodach i udał się do kuchni w celu zrobienia sobie kolacji." - rzucił klucze
- "Otóż moim moralnym obowiązkiem, jest poinformowanie, że Maciek był nieobecny na lekcji religii." - przed jest przecinek zbędny
- "Jednak nie mogła nad tym dłużej się zastanawiać, gdyż właśnie rozpoczynała się audycja Radia Maryja, którego wychowawczyni Maćka, była fanką." - również zbędny przecinek przed była.
- " Tak wiem, źle się poczuł. – matka obroniła syna." - może lepiej "broniła"
- " - Coś ostatnio matka mówiła, że wychowawczyni dzwoniła i skarżyła, że nie byłem na religii." - "skarżyła się" albo "żaliła się"
- "Do tej pory nie zaobserwowali, iż zawsze kończyło się na pięciu. Dopiero wtedy czuli gotowi do spędzenia kolejnych 45 minut w szkole. " - może lepiej byłoby tak :Do tej pory nie zaobserwowali, iż zawsze kończyło się na pięciu, po których czuli gotowość na kolejne 45 minut w szkole.

POZDR!!!

Opublikowano

całkiem niezły tekst, zabawny (ambitne dialogi się kłaniają;)) i właściwie pod względem technicznym nie mogę Ci wiele zarzucić. Ciekawa budowa postaci, pani której sposób myślenia został dobrze wyprany w audycjach radiowych; Chłopak jarał papieroski, mogłeś wspomnieć, na jakie to treningi uczęszczał, żeby było trochę jaśniej. Ogólnie na plus.

pozdrawiam freestyle'owcu ;)

Opublikowano

Materiał jest niezły zwłaszcza mono-dialogi pod kioskiem), ale chyba wymaga dopracowania.
W czym mogę służyć (dwukrotnie) - "czym mogę służyć", lub "w czym mogę pomóc"
Ponadto Maciek najpierw zostawił torbę przy schodzach, a potem koło łózka. Miał dwie torby, czy zapomniałeś, że ją wcześniej zostawił?
Michał wyszedł z pokoju, wraz ze swoimi kanapkami. -kanapki wyszły wraz z Michałem?

I jeszcze jeden błąd (sam go popełniam nagminnie): Jeśli w dialogu stawiasz znak (. ? !) to po pauzie powinno się chyba zaczynać z wielkiej litery?...

Opublikowano

No tak - najpierw dzięki, że ogólnie doceniłeś tekst.
'czym mogę służyć' zaraz się zajmę.
Z tą torbą to w ogóle większe zamieszanie. On ma pokój na górze, a torbe zostawił przy schodach, więc jak wracał do pokoju z kuchni to wziął ją ze sobą. Wcześniej było to wyjaśnione, ale jakoś tak nieciekawie wyglądało i usunąłem. Najwidoczniej będę musiał do tego wrócić.
Zdanie z kanapkami to taki żarcik ;)
Z racji Twojej wiedzy i doświadczenia w rzemiośle pisarskim, zdania po !? bedę pisał z wielkiej litery.

Dziękuję, że się zatrzymałeś i zwróciłeś uwagę na błędy
Pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

Czyżby tu było brutalne nabijanie się z wielkiej ideologii ojca Rydzyka? Byś się wstydził...

A tak na poważnie, to tekst świetnie się czyta. Zgadzam się z przedmówcami co do dialogów podkioskowych! Może niech ciąg dalszy jednak nastąpi?

Opublikowano

A gdzież tam. Nie nabijam się z ideologii ojca Rydzyka, jeno z fanatyczek, które swoją ideologią "tworzy" ;)
Dziękuję serdecznie za miłe słowa na temat opowiadanka.
A dalszy ciąg zależy od pomysłu, na razie brak, ale kto wie ;)

Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Mało! Woła mu Nel. Tlenu mało! Wołam
    • Ale antał piwa RP sprawi płatna Ela
    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...