Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
niebo nisko nade mną
anioły i ludzie
trzepoczą srzydłami



czasem zabieram
swoją anielskość
na spacer

wtedy – popijając owocową
herbatkę
rozmyślamy się
w sobie nawzajem

odpuszczam jej
zbytnią cierpiliwość
-ona za to pozwala mi
pić z łyżeczką
w kubku

balansując
na granicy dobrego
wychowania
uczę swego anioła
zaistnieć
Opublikowano

Przyłączam sie do Arka.
Z tymi aniołami to zawsze pod górkę :) Ale Ty ujęłaś to ciekawie i ciepło... I nie "trąca myszką" (przepraszając myszki ).
Ciepły, ładny.
pozdr

ps; czyje to?
niebo nisko nade mną
anioły i ludzie
trzepoczą srzydłami

Opublikowano

o zgrozo, a mi kiedy czytałem przeczytało się ''aniołka'' na koniec ;)) sam nie wiem dlaczego. Na szczęście później odetchnąłem z ulgą. Kall jak ja lubię Twój lekki styl pisania, idealnie mnie uspokaja. Ale dość chwalenia, bo jeszcze się rozbestwisz i co wtedy będzie;)
pozdr.

p.s. uważaj z tym balansowaniem, szczególnie na kubku, można sobie... oko wyjąć ;)

Opublikowano
vero : to je moje haiku :-)

espeno : hm. nie wiem czy coś w tym fragmencie zmienić - uwielbiam używać zwrotów z zamyślaniem/rozmyślaniem w sobie. więc raczej zostanie

jay jay'u : słodkim aniołkom mówimy stanowcze nie! ;-) a tak w ogóle to nie wiem co powiedzieć - chyba się zaczerwienię po prostu. i bardzo podziękuję za uznanie ;-)

pozdrawiam
kalina
Opublikowano

tak trudno jest napisać dobry wiersz o aniołach, a to przecież taki piękny motyw, tobie się to udało w 100%, ten anioł nie zdominował wiersza, ale gdzies tam w tle macha skrzydłami niezauważony - brawo, bardzo dobry wiersz

pozdrawiam
Tomek

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...