Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Agatce i Joasi

Było kolejne zwyczajne, a więc jednym słowem – nudne – popołudnie gdzieś na orzyskiej prerii. W barze „Pod Kasztanem” cisi jak zwykle barowicze, pogryzali słone paluszki i z utęsknieniem wypatrywali deszczu. Barman Wicek polerował dębowy, lakierowany blat. Ciszę przerywały jedynie jego donośne charchnięcia. Jak zwykle nic, ale to zupełnie nic nie zapowiadało tragicznych wydarzeń.
Nagle, tak nagle, że barman Wicek niemalże zakrztusił się własną śliną, do baru wkroczyła – z rozmachem godnym prawdziwego wkraczania – Ruda Agata, Szalona Motocyklistka, Kobieta o Błyskającym Uśmiechu… Jednym słowem – Postrach Całej Okolicy Od Olsztyna Po Białystok.
Wszyscy starali się zachować pełne powagi milczenie i swoje zęby oraz życie nieukruszone.
Wicek wspomniał w myślach ostatnią historię z udziałem Agaty. Biedny Mickiewicz , pomyślał… Za miesiąc zdejmują mu gips, ale uraz psychiczny pozostanie na zawsze (hobby Wicka było czytanie książek o tematyce psychologicznej).
Ruda Agata zbliżała się w stronę baru, wykonując przy tym iście kocie ruchy i zalotnie odrzucając włosy na plecy. Obcisły, doskonale dopasowany skórzany kombinezon… Niejeden facet zapewne westchnął w duchu. Ale tylko w duchu.
Szalona Motocyklistka usiadła. Wicek bez słowa podał jej schłodzoną szklankę równie schłodzonej Mirindy. Nakrętkę dołączył również. Ze wszystkich sił starał się jej nie narazić. Kobieta zapłaciła i zajęła się ponętnym sączeniem napoju. Barman już myślał, że wszystko będzie dobrze, że ze spokojem zamknie „Pod Kasztanem” jak zawsze po 23:00, że spokojnie zje w łóżku paczkę żelkowych misiów, że uda mu się w końcu…
Nie, dziś też mi się nie uda, pomyślał Wicek, gdy usłyszał to… Pisk hamujących czarnych limuzyn. O których wiedział, że na drzwiach mają estetycznie stylizowaną srebrną literę Z. Wiedział również to, że z jednej z nich wysiądzie ONA – Szefowa, Matka i Córka w jednym, Guru, Bóstwo, Mózg, Jedyna Prawdziwa Kobieta Gangu…
– Los Zieliniossssssss – syknęła Agata, kiedy jej uszu dobiegł delikatny stuk malutkich stópek, obutych w zgrabne pantofelki „Ryłko”. Za nią wsunęła się cicho jej nieodstępna straż przyboczna – odziani czarno Wielcy Bracia Joanny, w matrixowych okularach, ze srebrnymi szpadami u boku. Szpadami, które nie wyglądały na noszone dla chęci poszanowania tradycji. Z wprawą Ludzi z Cienia zajęli miejsca w strategicznych punktach baru „Pod kasztanem”.
– Czy mnie moje piękne oczy nie mylą? – rzuciła w jej stronę Joanna, strzepując z rękawa jakiś niewidzialny pyłek kurzu. – Czyżby to była Wojownicza Agata, której ostatnio udało się znieważyć jednego z moich powinowatych?! – teraz zdecydowanie zwiększyła siłę głosu.
Po sali przetoczył się szmer. W powietrzu zawirował złoty kurz drogi krajowej E16. Zabłąkana muszka zatrzęsła się w fiolecie lampy owadobójczej. Barowy pianista, o dźwięcznym imieniu Jankiel, dotąd dziwnie powykręcany na obrotowym stołku, z głową opadająca na rdzewiejące klawisze, teraz jakby przebudził się i zaczął coś pogrywać. Coś, co brzmiało jak kawałek ścieżki dźwiękowej z „Omenu”.
Każde dziecko wiedziało, że nie należy, po prostu nie należy robić dwóch rzeczy: bawić się zapałkami i narażać się rodzinie Joanny z Los Zielnios.
– Twoich, co? Chyba coś Ci się przyśniło, malutka! – arogancko odpowiedziała Ruda Agata, zsuwając się zmysłowo z wysokiego stołka. Serca zgromadzonych w barze przedstawicieli płci drugiej – na chwilę zamarły. Pianista nie przestawał brzdąkać, choć słychać było, że jego instrument wymaga strojenia.
– A Tadeusz Mickiewicz?
– To twój kuzyn?
– Syn siostry ciotecznej babki mojego wujka od strony matki.
– No tak, to rzeczywiście możesz się czuć urażona.
– Co wobec tego proponujesz?
Pianista nagle zaczął grać marsz pogrzebowy. Zapewne czynił to dla podkreślenia szczególnej grozy sytuacji. Joanna i Agata stały już naprzeciw siebie w odległości mniejszej niż iloraz inteligencji pochrapującego w kącie baru Wątłego Cześka. Krótko mówiąc – stały bardzo blisko, mierząc się wzrokiem. A w obu przypadkach było co mierzyć…
– Pojedynek – wypowiedziała nadzwyczaj wyraźnie Agata.
Barman Wicek z żalem pomyślał o świeżo wypolerowanym blacie. I o kwiatkach na trawniku przed barem. I o samym trawniku. W myślach sprawdził zawartość apteczki. Tak, był stuprocentowo pewny, że były tam krople miętowe. Odkąd jego Kotka Spłotka zatruła się pizzą, Wicek zawsze dbał o to, by mieć „Pod Kasztanem” świeży zapas.
– A więc dobrze. Niechaj będzie pojedynek. Na honor, muszę ratować honor mego rodu! – w jej głosie słyszalny był autentyczny patos.
Agata spojrzała na Joannę z wyższością, Joanna na Agatę podobnie (choć miała z tym pewne trudności natury technicznej). Kołysząc biodrami, udały się do barowych stołków.
– Może cię podsadzić – z drwiną zapytała Szalona Motocyklistka.
– Nie, ale dziękuję za miłą, bezinteresowną propozycję. Na pewno nie zapomnę o twojej wspaniałomyślności – jad zawarty w głosie Joanny mógłby wytruć połowę populacji Chin. Na szczęście Agata była odporna na tego typu rzeczy.
– Zestaw „Pojedynek” poproszę – powiedziały jednocześnie, po czym każda z nich prychnęła lekceważąco.
– Wicek – zwróciła się do barmana Agata – będziesz naszym sekundantem.
– W porządku. Dziś była świeża dostawa. I lodówka działa. Nie powinniście się struć – powiedział Wicek, po czym oddalił się do kuchni.
– Jeszcze jedno – groźnie zaczęła Ruda, zwracając się do Joanny – muszę mieć gwarancję, że w razie twojej przegranej lub ewentualnych dolegliwości twoi Wielcy Bracia nic mi nie zrobią.
– W porządku. Masz moje i ich słowo.
– Chciałabym to usłyszeć.
– Przysięgamy na Z!!! – krzyknęli bracia Los Zielinios, rozmieszczeni w strategicznych kątach baru, wyciągając przy tym swoje szpady i kreśląc w powietrzu zamaszysty znak Z.
– Dobra, dobra chłopaki, bo jeszcze kogoś uszkodzicie – chłodno skomentowała Agata. Wrócił Wicek, niosąc na dwóch tacach górę ptysi cytrynowych.
– Szkoda próżnej gadaniny – kategorycznie orzekła Joanna.
– Pojedynek czas zacząć! – krzyknął barman, strzelając przy tym z pistoletu na kapiszony. Hałas sprawił, że pianista zaczął wygrywać bardziej skoczne melodie.
Dziewczęta przystąpiły do konsumpcji.
Początkowo dało się słyszeć jedynie ciche, wytworne ciamkanie:
– Hmmm… Przepyszne – zachwyciła się Agata pierwszym ptysiem. Zachwyciła się nawet dość przesadnie, tylko po to, by zademonstrować swoją wyższość i jak zmysłowo potrafi mruczeć „Hmmm…”.
– To jeszcze nie powód, by dostawać z tego powodu wytrzeszczu oczu – zadrwiła dystyngowanie Joanna, zaczynając drugiego ptysia.
– Wytrzeszcz oczu? Ależ, moja droga, przy mnie nie musisz się popisywać znajomością terminologii medycznej…
– Ależ, moja droga, to nie była wszak terminologia medyczna, a po prostu kolokwializm. Powiedziałabym nawet, że wulgaryzm – odwdzięczyła się Joanna Agacie.
Agata w milczeniu zabrała się do piątego ptysia. Joanna demonstracyjnie zrobiła to samo. Szalona Motocyklistka trzymała się, przyznać trzeba, dużo lepiej od Joanny, która teraz wyraźnie pobladła. Była jednak dzielna (jak przystało na głowę gangu Los Zielinios), nie okazując słabości zabrała się za szóste ciastko.
Agata nie pozostała jej dłużna. Z iście diabelskim uśmiechem na twarzy połknęła swojego siódmego ptysia, oblizując się przy tym kpiąco. Joannie zadrżała ręka. Zimny pot wstąpił na jej czoło, usta zaczęły drżeć. Gdy uświadomiła sobie swój stan, wiedziała już, że nie ma wielkich szans na wygranie ptysiowego pojedynku. Postanowiła się jednak nie poddawać, w końcu honor Los Zielinos zależał teraz tylko od niej i da z siebie wszystko, mimo że wiedziała iż nawet Herkules nie dałby sobie rady z tyloma ptysiami (czy jakoś tak, nie wiedziała dokładnie, bo zaczynało ćmić jej się w głowie i poczuła dziwny ciężar w żołądku).
Agata tymczasem nie okazywała słabości, choć nie miała tak silnej motywacji, jak Joanna. Honor Agaty był już i tak mocno nadwerężony, zdarzyło jej się to czy tamto… Walczyła, rzec można, dla własnej nieprzymuszonej satysfakcji, rozrywki i, co ważne, uwielbiała ptysie uwielbieniem równie silnym, co Biała Karolina (a wszyscy wiedzieli, że Biała miłuje ptysie (prawie) nad życie).
W końcu jednak i ona zaczęła odczuwać nieprzyjemny ciężar w żołądku i mdłości w gardle. Przy dwudziestym pochłanianym ptysiu zaczęły jej latać przed oczyma cytrynowe motylki, a jakiś głos w jej głowie śpiewał, nie wiadomo czemu: „Mydło wszystko umyje…” (może podświadomie przewidziała mające niedługo nastąpić płukanie żołądka?)
Przy dwudziestym pierwszym ciachu Joanna poczuła, że już dłużej nie może. Postanowiła jednak nie oddać Agacie całej chwały zwycięstwa, postanowiła, trochę może nie fair, a, prawdę mówiąc, nawet bardzo nie fair, ją sprowokować.
– I jak, moja droga, smakuje ci? Prawda, że pyszne?
Agata też już nie miała sił, by dokończyć swego dwudziestego pierwszego ptysia, pobladła trochę, jednakże nie okazała słabości:
– Są świetne, po prostu pyszne – zachwyciła się. Nie zamierzała jednak poprzestać na jednym błahym zachwycie. – Ach, ta kruchość francuskiego ciasta, czujesz ją? – bladość Joanny pogłębiła się. – Ten delikatny cukier puder wprost rozpływa się w ustach, czyż nie? – Joanna zaczęła robić się trochę zielona, Agata też poczuła, że kolor jej skóry powoli się zmienia (i nie chodziło tu o opaleniznę).
– Prawda, prawda – rzekła Joanna, postanawiając nie pozostać dłużna tej rudej małpie (tak już zaczynała o niej myśleć, co nawet wydało jej się trochę niegodne jej Rodu). – a ten krem… Jego jedwabistość… Kremowość… Cytrynowość… Kremowość… – powtarzała Joanna, mieląc w ustach pamiętnego dwudziestego pierwszego ptysia. Poczuła, że to naprawdę koniec. Naprawdę, już nie może. Musi się poddać, musi… spojrzała na Agatę i… zatkało ją z satysfakcji (przekonała się przy tym, że satysfakcja może być uczuciem zatykającym).
– Kremowość…? – zapytała Agata, patrząc jej w oczy z niepohamowaną złością. Również mieliła w ustach dwudziestego pierwszego…
– Dokładnie. Kre…
W tym oto dziejowym momencie, w tym samym momencie, skrzyżowały się drogi ich życia… Obie, płynąc tym samym prądem czasu, zrobiły dokładnie to samo. Obie, zielone, odczuwające silne mdłości i czujące, że już naprawdę nie mogą…
Wybiegły na zadbany trawnik baru „Pod Kasztanem”, który to trawnik barman Wicek we własnej osobie jeszcze wczoraj skosił i zrosił (bo, jak pamiętamy z początku, nie padało).
Rozległy się niezbyt przyjemne dla ucha odgłosy, które barowy pianista skutecznie zagłuszył znaną i lubianą pieśnią: „Przybyli ułani pod okienko”, do której zaraz przyłączył się Wątły Czesiek, dysponujący, o dziwo!, pięknym tenorem.
Barman Wicek z namaszczeniem ogłosił:
– Rrrrrrrrrrrremis!
Czarni Bracia Joanny wysunęli się z baru z cichym szelestem i poszli pomóc swej siostrze.
Barman Wicek uprzątnął resztki pojedynkowego zestawu, splunął na dębowy lakierowany blat i zaczął go polerować jakby nigdy nic. Na orzyskiej prerii wszystko wracało do normy.
Aż do następnego spotkania…

Opublikowano

Pierwsze skojarzenie "Kill Billa vol.1"?. - prym silnych kobiet, straż przyboczna,, szable (to takie spolszczenie japońskich mieczy samurajskich?),elementy kiczu, Tekst zatem zaczepiony nieco w postmodernistycznej konwencji. Jeśli chodzi i szczegóły - "pojedynek ptysiowy" - zaskoczenie - sądziłem, że się pozażynają nawzajem.
Nie pamiętam już gdzie są nawiasy w nawiasach. Może zamiast drugich nawiasów wstawisz pauzy?
Doskonale się to czyta. Czekam na kolejne odcinki:)
POZDRAWIAM!!!

Opublikowano

Dziękuję:)
O dziwo, gdy pisałam Pod Kasztanem - zerowy odcinek powstał chyba w 2000 r. - czegoś takiego jak "Kill Bill" jeszcze nie było. Więc wyprzedziłam epokę! :)
Oczywiście "Pod Kasztanem" to tylko dowcip, ale dowcip, którego pisanie sprawia mi dużo niepohamowanej i prymitywnej nawet, radości.
Polecam odc. 1, jest tu gdzieś na forum. Odc. zerowy ciągle jeszcze w rękopisie, odc. 4 napisany w połowie. Może niedługo go tu wrzucę.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Ostatnia strona jest śliczna  Naprawdę  I taka delikatna 
    • @hollow man   "Guma turbo i młodość za sobą" - jednym zdaniem cały bilans przeminięcia. Uderza mnie ta próba schowania się - za Facebookiem, za równaniami, za precyzją matematyczną. Jakbyś szukał schronienia przed koniecznością bycia sobą. Ale potem przychodzi ta prawda - podmiot się stwarza, nie jest z góry dany. I ten obraz Kriszny przed podziałem - moment czystego istnienia, zanim słowa wszystko skomplikują. Wiersz o ucieczce i o niemożności ucieczki jednocześnie.
    • Obiecałam pewnej osobie, że wrzucę tu coś z mojej prozy. Oczywscie, jak to ja, nie dotrzymałam terminu owej obietnicy, lecz myślę, że... no, mniejsza. Dziś przedstawiam jedno z moich opowiadań. Jedno z pierwszych, stanowiące fundament mojej dalszej twórczości. Może ktoś wyłowi w nim to, co czyni obecną mnie — mną.                                Sklep pana Kumara       „Odpowiedź na każde pytanie. Za jedyne 3 funty!” – głosił szyld sklepiku w jednej z wąskich londyńskich uliczek. Zatrzymałem się i spojrzałem przez witrynę na regały. Zajmowały je szklane kule, wypełnione czymś przypominającym fioletową mgiełkę; kły pomalowane na jaskrawe kolory; egzotyczne instrumenty, fiolki, wyszczerbione szklanki, szpetne bibeloty i pluszowy Cerber z czerwonymi oczyma.     Zastanawiałem się, po jakie licho ktoś miałby kupić cokolwiek z tej osobliwej kolekcji. Chociaż... ciotka Judy z pewnością sprawiłaby sobie takiego pluszowego Cerbera. Ta kobieta miała półkę pełną obrzydliwych pluszowych kotków nad równie obrzydliwą pluszową kanapą.     Moje spojrzenie jeszcze raz powędrowało do szyldu. „Odpowiedź na każde pytanie. Za jedyne 3 funty!” – odczytał w mojej głowie głosik entuzjastycznego spikera.     Dzwoneczki zadźwięczały, gdy chwilę później wszedłem do środka. Drewniany parkiet skrzypiał. Sklep był o wiele większy, niż mogłoby się wydawać, a…     Spod sufitu, na srebrych łańcuszkach, zwisał gigantyczny krokodyl.    Przeszedłem kilka kroków, wciąż unosząc głowę (coś mówiło mi, że podbrzusze krokodyla może zaraz rozświetlić wbudowana w nie żarówka), potem się rozejrzałem.  Otaczały mnie przedmioty o różnych kształtach, kolorach i fakturach. Jedną ścianę zapełniały zdobione ramy entomologiczne z motylami., Na kamiennym postumencie, w przeszkolej kopule, znajdował się szkielet strusia. U stóp postumentu stała tabliczka z napisem: „Nie przeznaczone na sprzedaż”.     Znad lady spoglądał na mnie sprzedawca. Miał starannie utrzymany wąs, krótkie siwe włosy i okulary lenonki, które pomniejszały mu oczy.    Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, aż w końcu przypomniałem sobie o języku w gębie:    – Dzień dobry.    – Dzień dobry. Nazywam się John Kumar.    Żaden sprzedawca, ani wcześniej, ani później, mi się nie przedstawił, toteż moja twarz musiała zdradzić zdziwienie.   Machnął ręką.    – I tak pewnie nie zobaczymy się już nigdy więcej, więc dlaczego nie mielibyśmy się sobie przedstawić? – spytał.   Wzruszyłem ramionami.    – Lucas Logan.    – I czego tu szukasz, Lucas?    – Nie wiem – odparłem. – Tak tylko… się rozglądam.    Uśmiechnął się.    – Czyli już jesteś w mniejszości.    Nie do końca zrozumiałem, o co mu chodziło, ale również się uśmiechnąłem.    – Ten szyld... co on oznacza? – odezwałem się.    Pan Kumar zdjął lenonki, chuchnął na szkła, i znów je założył.     – No… oznacza tyle, że odpowiem za każde twoje pytanie za jedyne 3 funty.    – Naprawdę?    – Tak.    – Dlaczego wywiesił pan taki szyld, a nie na przykład…nie wiem… „Gabinet osobliwości Johna Kumara”?    – Każdy widzi te, jak to ładnie ująłeś, osobliwości przez witrynę. A kto wiedziałby, że odpowiadam na każde pytanie? I to za – zachichotał – jedyne 3 funty?    – A więc, gdybym dał panu te 3 funty…    – Odpowiedziałbym na 5 pytania. Tak. Na jakikolwiek temat, zgodnie z prawdą.    – Czyli nie na każde – wytknąłem. – Tylko na 5.    – Na 5 za opłatą, na resztę za darmo.    – A czym się różnią te za opłatą od tych za darmo?    – Te pierwsze, to takie, nad którymi ludzie muszą się trochę zastanowić. A te za darmo… cóż, jestem sprzedawcą. Nie mogę pobierać opłat za pytania: „Czy ten pluszowy Cerber ma moc odganiania złych dusz?”, nie sądzisz?    – Ktoś naprawdę o to zapytał?    – Nie, to akurat zmyśliłem.    Zanim zorientowałem się co robię, wyciągałem już portfel z kieszeni kurtki. Podszedłem do lady i wręczyłem panu Kumarowi 3 funty.    Schował pieniądze do kieszeni.     – Zgubiłem kluczyk do kasy – wyjaśnił poufałym szeptem. Po czym dodał: – Zastanów się dobrze. Odpowiem na 5 twoich pytań. Nigdy się nie mylę.    – Odpowiem na 5 twoich pytań – powtórzyłem. – Tak powinno pisać na szyldzie.    – Być może. Ale mniejsza o to. Zastanów się.    – Co mam zrobić, żebym być szczęśliwy?     – Najpierw musisz być nieszczęśliwy.    Mina mi zrzedła.    – A co mam zrobić, żebym był bogaty?    – Najpierw musisz być biedny – brzmiała kolejna natychmiastowa odpowiedź.    – Jest pan jakąś nieudolną wróżką? – palnąłem bez namysłu. – I zawsze mówi pan paradoksami?    – Nie. I często tak.    Ugryzłem się w język, żeby nie powiedzieć czegoś niemiłego.     Po chwili zapytałem jednak:    – Kim będę w przyszłości?    – Kimś, kto zawsze będzie żałował, że zmarnował swoje 3 i 4 pytanie.    – Proszę oddać mi moje pieniądze.    Pan Kumar przechylił głowę w bok.    – Odpowiedziałem na twoje pytania, Lucas.    – Wcale nie, nie odpowiedział mi pan. Niczego się nie dowiedziałem.    – Dowiedziałeś się tyle, ile chciałeś się dowiedzieć. Mówiłem tylko prawdę.    Odwróciłem się i wyszedłem bez słowa. A kiedy przechodziłem pod krokodylem – jego podbrzusze rozświetliło się żółtym blaskiem.          
    • @Mitylene   Jakie to lekkie i pełne światła. Czuć tu cichą radość oczekiwania, moment zawieszenia między tęsknotą a spełnieniem. "Przestrzeń ukwiecona deszczem" to piękny obraz. Wiersz jak jeden długi oddech przed spotkaniem.
    • @ernest.guzik Specjalistą od rymów i rytmów nie jestem, ale prowadzenie tekstu, treść, lekkość, taka niewymuszona melancholia - bardzo ujmujące.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...