Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

i nadchodzi ta wiosna w której słychać ptaków liryczny śpiew
wiosna ta kolorem drzwi odmłodzi co otwiera na oścież wiesz
niebem ona taka kobaltowo pycha taka schludnie całkiem miła
a na powitanie ciebie mocno znowu radość w wiosny łyk w blask polubiła

ta wiosna to zimy jak co roczne zapomnienie
to czarodziejskie nowo to miłosne odmłodzenie
wszystko kwitnie no i łąki też w końcu swą piersią zaśpiewają
bo serduszkiem promienie słońca tudzież nas witają

będzie piękny kwiecień no i rodny złoty maj dorodny
w las kotek mi tu ładnie teraz proszę aby graj lecie głodny
będzie dużo kwiatów naj tych nośnych ulic drzewach
i ptaszyny co mi raj doraźnie dłoń podgrzewa

a w marcu jak w garncu coś się jakby poruszy
rzucimy marzannę no i sen o wiośnie się nam wzruszy
to ten który nosiliśmy tej zimy ochłodzeni
a on rodnym okiem bladym świtem świat nasz w końcu zmieni

jeszcze kaczeńce się podniosą w tych młodych miłosnych glebach
jeszcze wierzby zapłaczą w letnich podniebnych siewach
jeszcze Krokusy i fiołki olśniewają
swym dorodnym plonem wiosennie woń dobywają

jeszcze Tatry pokażą swą złotą wiosny naturę
co zboże blaknie miłości w lecie które
zwierzyna odrodzi się z zimowego zapomnienia
wszystko rozchodzi się bez trosk do życia i zwątpienia

bo te liście które brodzą potem będą sobie ssać
to co było deszczem co im można było latem grać
na fortepianie i na mandolinie i akordeonie
ta wiosna tak szybko nie minie ona płonie

Gość vioara stelelor
Opublikowano

@DawidMotykaSam to pisałeś, czy AI pomagała?

Bo językowo i strukturalnie - nie da się przebrnąć.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...