Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

OŚWIĘCIM

Ludzie kształtami ras napiętnowani,
I usta mową zaprawne rozliczną,
Norwid Cyprian Kamil
Czasy


Oświęcim. Miasto w Polsce. Miasto jak setki innych. Miasto niedaleko Katowic. Miasto niedaleko Krakowa. Ma także swoją niemiecką nazwę - AUSCHWITZ. I ta nazwa jest znana w świecie.
Niestety!
Nie! Nie dlatego, że to nie po polsku. - Niestety, dlatego, że to po Niemiecku.
Nie chcę, żeby to było po niemiecku. Żeby to było w języku Goethe'go, Mann'a. Nie chcę by zagłada przychodziła z kraju Haendel'a, Schumann'a, Brahms'a. Nie chcę by pamięć wiązała zło z jakimś narodem. Zło jest wszędzie i zło jest w każdym. Podobnie jak dobro.
Różnie mówiono i pisano o AUSCHWITZ. Ja napiszę o AUSCHWITZ - to moja obsesja, by napisać o AUSCHWITZ - ARBEIT MACHT FREI, ORDNUNG, GOTT MIT UNS - to była polityka i to nie polityka nasza, nie polska. Ci którzy mówią, piszą, czy nawet tylko myślą, że obozy koncentracyjne to był polski i Polaków pomysł, kłamią w mowie, kłamią w piśmie, kłamią w myśli. To jest ich polityka i to bardzo niebezpieczna polityka. Oni zabijają.
GOTT MIT UNS! O nie! Nie z tymi co zabijają. Zawsze jest z tymi co niosą życie.
Jedno pozostaje niezmienione.
Ta nazwa - AUSCHWITZ była jest i, mam nadzieję, że będzie dla bardzo wielu synonimem zła. Nazwy są różne. Jedną z nich - "fabryka śmierci"!
"Ludzie ludziom zgotowali ten los".
W świecie jest wiele miejsc gdzie w imię jakiejś ideologii, w imię czyjejś polityki poświęcono dziesiątki, setki, tysiące, setki tysięcy, miliony istnień ludzkich.
Znaleźli się wśród nas tacy co chcieli być "królami naszych sumień". Jednemu było Hitler, drugiemu Stalin! Gdyby uważali na lekcjach w szkole, a może gdyby ich nauczono tych prostych słów polskiego, i litewskiego króla, nie byłoby architektury z drutu kolczastego, nie byłoby muru berlińskiego? Nie byłoby łaźni gdzie z pryszniców zamiast życiodajnej wody, płynął śmiercionośny gaz! Może gdyby?
Ja mam pytanie - po co? Umożliwiano, wręcz nakazywano, niszczenie, zgoda, że często koślawych budowli. Po co? Po to by robić miejsce na nową, też koślawą budowlę? Przecież tak niewiele trzeba do szczęścia. Kromka chleba, garstka ryżu, jeden ziemniak i dach nad głową, ze ścianami, jeżeli jest zimno i wieje wiatr. Możemy prawie wszystko. Możemy wybierać własny los.
Możemy jechać do Ameryki, do Australii. Jeżeli nas tam wpuszczą. Możemy wybierać tych co rządzą. Ale ci wybierani jakże często uzurpują sobie prawo wiedzy - co dla nas dobre? A tak naprawdę to nie wiedzą. Przeczuwają jedynie i to nie zawsze prawdziwie. Ale zawsze obiecują wszystko, co najlepsze, obiecują nam. Tylko po to, by być wybranym. Tym, który wie lepiej. Tym, który stanowi prawo, które my powinniśmy przestrzegać.
Birkenau to dla mnie najdziwniejszy kościół świata. Filary z resztek kominów pieców barakowych, a nawy z drutu kolczastego, a sklepienie z nieba i chmur, posadzka z trawy, i z ciszy. A ołtarz na kolejowej rampie, skąd setki tysięcy ludzi ruszały w swą ostatnią drogę. Ołtarz przemienienia. Dzisiaj setki tysięcy ludzi stworzyło ten kościół zjednoczyło się wokół prostego "nie zabijaj". Byłem wśród nich. Jestem z tego dumny.
"Kto ocala jedno życie, ocala cały świat".
Ile światów ocalono. Ilu było takich, którzy nie przeżyli bo uwierzyli w krótkie - "nie zabijaj"? Ocalali świat! I nie przeżyli. Sprzeciwili się rozkazowi. Za nich i o nich jest to nasze wspólne myślenie. Dla nich jest ten kościół, za nich jest ta msza. Wszystko jest za życiem w tym miejscu masowego umierania. Przeciw śmierci!
W Jerozolimie rośnie podobno las gdzie Ci co przeżyli, ocalając świat, sadzą drzewa. Niech te drzewa ostrzegają
Czy są mocniejsze słowa od: nie, nie wolno, nie zabijaj. Od słów sprzeciwu wobec rozkazu czyniącego ze mnie zabójcę? Czy jestem dość odważny, by takiego rozkazu nie posłuchać? Czy wykonanie rozkazu jest jakimś usprawiedliwieniem?
O jednym muszę zawsze pamiętać! Nie jestem lepszy od Ciebie! A jeśli czuję, że jestem lepszy, to czuję fałszywie. Jeżeli ktoś mówi, że jestem lepszy to kłamie!
Nieznaczny ruch trwa między nami aż do momentu, gdy od rampy, czyli od ołtarza padnie słowo wypowiedziane przez człowieka z niedalekich Wadowic. Odbył dziwną pielgrzymkę przez pobliski Kraków, przez bliskie Piekary, przez daleki Rzym. Przez najbliższy, bo własny ból. Do miejsca gdzie być może są prochy jego kolegów z dzieciństwa, z młodości, jego koleżanek z dzieciństwa, z młodości. Gdzie są prochy ludzi, których widział, w klasie szkolnej gdy obrócił głowę.
Ma rację Czesław Miłosz, gdy mówi, że historia nas dopadnie. Może nie ma racji?
Nie ma, bo historia jest w nas, już nas dopadła, w naszych rodzicach, w naszych dziadach, w naszych dzieciach, w naszych wyborach. W posłuchu dla rozkazu. W poparciu, którego udzielamy lub nie, wybierając lub nie. I co z tego, gdy my nie wybierzemy? Inni wybiorą za nas. Może wybiorą "lepiej"? I będziemy zabijać. Będziemy "lepsi". Będziemy wykonywać rozkaz, każdy rozkaz bo inaczej nas zabiją.
GOTT MIT UNS!
Do niedawna nie mogliśmy naprawdę wybierać! Przypomina mi się dowcip:
Dzwoni telefon w komisji wyborczej:
– Towarzyszu jaka frekwencja?
– 102 procent
– Zgłupieliście! Jak może być 102 procent.
– No bo harcerze przez pomyłkę poszli na cmentarz.
Śmieszne?
Nie?
Nie jest!
To nie jest śmieszne!
To jest bardzo tragiczne!

Opublikowano

Niestety jest to ciągle aktualny temat - wspólna historia Europy. Trafnie napisałeś o tym zagadnieniu - zapewne umożliwiła Ci to też "specyficzna perspektywa" (napisałeś, że to twoja obsesja). Czy jesteś mieszkańcem Oświęcimia?
Mam kilka uwag :
- ten początek to cytat z Norwida? jeśli tak to przydałby się cudzysłów (albo kursywa) i nazwisko w nawiasie
- przed "co", "bo" czy "gdzie" stawiamy przecinek, bo są to wskaźniki podrzędności.
- "Ma rację Czesław Miłosz, gdy mówi, że historia nas dopadnie. Może nie ma racji.
Nie ma, bo historia jest w nas, już nas dopadła, w naszych rodzicach, w naszych dziadach, w naszych dzieciach, w naszych wyborach." - ogromny natłok myśli - najpierw teza i od razu antyteza i argumentacja. Może warto przy poglądzie Miłosza postawić pytajnik? Ja osobiście jednak przyznałbym rację poecie, jednak wydaję mnie się, że dostrzegłeś w nieco innej płaszczyźnie jego słowa. Cóż. Każdy ma swój własny pogląd.

Brawa za zajęcie głosu w ważnej sprawie!
POZDRAWIAM!!!

Opublikowano

Owszem tragiczne. Dla mnie też upokarzające. Nie zabijaj, widzisz to dla nas okazało się zbyt trudne. Nie będziesz czuł się lepszym od niego? A może on właśnie śmieje się z tego kawału? Jesteście równi dalej? Mimo wszystko ja zrozumiałam, a raczej domyśliłam się, bo czasami trudno mi nadążyć za tokiem Twojego rozumowania. Cenię ten tekst za to, że ja nie umiem o tym i tak pisać.

Opublikowano

Mieszkasz w Oswiecimiu, Adam? Sporo juz czytalem na temat rozliczenia z historia tego tragicznego miasta, ale mam tak kupe znajomych i nikt nie mysli w ten sposob. Ale pewnie pisales to na jakis konkurs, bo to bardziej esej niz proza. I dobrze, tylko w obliczy tysiecy tekstow na ten temat, juz lepiej zapomniec. pzdr

Opublikowano

ja też mam wielu niezainteresowanych znajomych
uważam, że musimy pamiętać
po to by nie popełniać ciąge tych samych błędów
musimy płakać za tych co już łez nie mają
Nie jestem z Oświecimia tylko z Katowic
chyba to esej
najważniejsze, dla mnie, że to ktoś przeczytał
nie pisałem na konkurs
to po prostu zapis z pamięci

Opublikowano

Kiedy oglądam filmy w których pokazuje się straszne czyny hitlerowców, czy amerykanów w Wietnamie - nigdy nie myślę, do czego byli zdolni hitlerowcy, czy amerykanie - myślę o tym do czego zdolny jest człowiek jako istota. Historia innych narodów jest dla nas Polaków przestrogą, mówi, że w pewnych sprzyjających okolicznościach my również moglibyśmy mordować w taki sam bestialski sposób. Przykładem niech będzie to co zrobiliśmy z Żydami w jednym z naszych miast. Czy myslicie, że miasto to - dziwnym trafem zamieszkiwane było wyłącznie przez złych polaków - z pewnością nie. W tym mieście mieszkały wasze odpowiedniki. A więc poniekąd wy sami. W tamtym czasie zadziałały okoliczności. Ruszył łańcuch przyczynowo - skutkowy, machina zbiorowego szaleństwa. Tak samo może się stać, w każdym miejscu i w każdym czasie. Mordercami możemy być my. A nauka z historii? - Niech nauki nie biorą narody, tylko poszczególne jednostki. Każdy z nas powinien wiedzieć, że nie należy zbyt szybko podążać za ludzką masą. Poddawać się jej hasłom itd. Inny wniosek, to taki, że należy uważnie przypatrywać się temu co ogólnie uważane jest za słuszne. Wątpić! Wątpić! Badać! badać!. Być zbuntowanym wobec swoich.

  • 2 tygodnie później...
  • 3 miesiące temu...
  • 1 rok później...
Opublikowano

Adamie !
Przeczytałam.
Komentarzem niech będzie mój wiersz.


''na oko-liczność''

nie tylko pistolet i szubienica
narzędziem do zabijania
piąte odwołujesz upadając
nie pozbierasz siebie

w milczeniu nie ma odwagi
ucieczka przed zniewagą
zamyka wszystkie sposoby
porozumienia

zabijanie trwa

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...