Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Czarne włosy i wielkie, zielone oczy. Pełne, czerwone usta systematycznie odkrywające szereg białych zębów. Długie, czarne włosy, opadające na plecy. Łabędzia szyja i piękne, szczupłe ramiona. Talia osy i oczywiście długie nogi, niemal zawsze zwieńczone butami na wysokiej szpilce. Była naprawdę piękną kobietą.

Zawsze pewna siebie, uśmiechnięta, z tym przekornym błyskiem w oku. Zdobywała wszystko, co można było osiągnąć. Żyła za wszystkich. Kochała ludzi i nie pozostawiała im wyboru, oni też musieli ją pokochać. Całe dnie spędzała poza domem, przechodząc z jednych rąk do drugich. Wszystkie drogi, którymi chodziła, były usiane niespodziankami. Niemal zza każdego zakrętu wyłaniał się przyjaciel, obdarowując ją serdecznym uśmiechem. Nie było takiej rzeczy w życiu, której by żałowała. Zawsze wszystko szło po jej myśli. I wydawałoby się, że była taka bezbłędna. Było jednak inaczej. Myślała, że nikt się nigdy nie dowie o jej tajemnicy, a tym czasem już od dawna ktoś ją bacznie obserwował.

Kiedy późnym wieczorem wracała do domu po dniu pełnym wrażeń, już pod drzwiami do mieszkania na jej pięknej twarzy malował się tajemniczy uśmiech. W pośpiechu, drżącymi dłońmi otwierała zamek, a potem w pośpiechu wchodziła do środka. Krótką chwilę stała oparta o drzwi wejściowe, próbując opanować podniecenie. Z przyspieszonym oddechem i wypiekami na policzkach, ogarniała iskrzącymi w mroku oczyma swoje mieszkanie. Wszystko tu pedantycznie ułożone lśniło zimna czystością. Na rozległe parkiety padały podłużne cienie kanciastych krzeseł i dużego, prostokątnego stołu. Ściany na pierwszy rzut oka zdawały się być nagie, lecz w rzeczywistości stanowiły ogromne połacie luster. Każdy centymetr tego mieszkania miał właściwości zwierciadła. Nawet ogromny stół, gdy się nad nim pochylić, bezbłędnie odzwierciedlał rzeczywistość.

Ona doskonale o tym wiedziała. Już w przedpokoju zrzucała część garderoby, a w sypialni rozbierał się do naga. Potem snuła się po mieszkaniu, niczym biała zjawa, napawając się swoim wyglądem. Zwierciadła były tak ustawione, że w jednym momencie mogła zobaczyć każdy milimetr swojego boskiego ciała. Najpierw oglądała twarz, unosząc gęste włosy. Potem przechodziła dalej, by zobaczyć swoje ciało w ruchu. Rankami przesiadywała na łóżku, przeglądając się w podręcznym zwierciadle. Robiła to tak często, że weszło jej to w nawyk. Uwielbiała siebie. Rzeczywiście była przepiękna.

Pewnego wieczora, gdy jak zwykle paradowała przed lustrami, jej odbicie zdało się ironicznie uśmiechną, ale ona niczego nie zauważyła. Nie spostrzegła nawet, gdy odbite w lustrze oczy nagle zapłonęły wściekłością. Spacerowała spokojnie wśród luster, a jej odbicie z dnia na dzień zmieniało się coraz bardziej. Roziskrzone oczy, trupioblade wargi wykrzywione w lodowatym uśmiechu i czarne włosy wijące się jak węże. Nie zdołała zauważyć nawet tak diametralnej zmiany, jaka zaszła w jej odbiciu. Widziała już tylko to, co chciała widzieć. Obsesja przesłoniła jej rzeczywistość.

Któregoś ranka, jak zwykle po przebudzeniu, sięgnęła po zwierciadło. Spojrzała w błyszczącą taflę i nagle wbiło się w nią wściekle rozżarzone spojrzenie. Przejęta podbiegła do najbliższej ściany. Ku swojemu przerażeniu ujrzała swoje oblicze wykrzywione przez drwiący uśmiech, choć czuła, że sama wcale się nie uśmiecha.
- Taka właśnie piękna jesteś – nagle przemówiło odbicie. Rzuciła się z przerażeniem na łóżko i ukryła twarz w poduszce. Po chwili podniosła głowę.
- Nie to przecież niemożliwe… Nie, nie to mi się jeszcze śni - szeptała, próbując się uspokoić. Drżącą ręką sięgnęła po zwierciadło. Ponownie para strasznych, odmienionych oczu zajrzała jej w twarz.
- Przestań panikować. Co ci znowu nie odpowiada? - odezwało się odbicie zaciskając blade wargi. Rzuciła zwierciadłem, które przeleciawszy przez całą sypialnię, zatrzymało się pod szafą. Czuła jak niepokój w niej narasta, serce tłukło niemiłosiernie, szybki oddech dławił ją.
- Niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe…- szeptała drżącymi ustami, leżąc skulona na łóżku. Czuła, że traci już siły, aż za dobrze widziała szaleństwo tej chwili.
- Paranoja, gdzie jest okno? Powietrza… - z trudem wypowiadała wyrazy przez zaschnięte gardło. Z trudem doczołgała się do uchylonego okna. Chłodne, poranne powietrze otarło się o jej twarz. Zwykle w takich momentach spoglądała w szybę, ale teraz panicznie się tego bała. Po chwili odwróciła się i chciała wyjść z sypialni, nie patrząc w zwierciadła, ale ze wszystkich stron otaczały ją połacie luster. Zamknęła oczy. Stała tak długo oblana zimnym potem, dygocąc z zimna i strachu.
- Nie istniejesz! – krzyknęła nagle i spojrzała w ogromne zwierciadło.
- Ależ oczywiście, że istnieję – odparło chłodno odbicie i zaniosło się głośnym, chrapliwym śmiechem. Chciała krzyknąć, ale zatkała sobie rękami usta i z niemym przerażeniem patrzyła na poczynania odbicia.
- To niemożliwe – odparła, spuszczając bezwładnie ręce.
- To niemożliwe, to niemożliwe – przedrzeźniało odbicie – Przestań powtarzać, że to niemożliwe, skoro obie widzimy jak jest naprawdę. Kochanie, to jest możliwe nawet bardziej niż myślisz.
- Obie, jak to obie? – zapytała, czując, że zaraz osunie się na podłogę. Odbicie uśmiechnęło się pobłażliwie.
- Tylko ja istnieję, to, to przecież…- nie mogła mówić, serce tłukło niemiłosiernie.
- Nie, nie. Istniejemy obie. Od zawsze. Ja w tobie, ty we mnie. Ja jestem, ty jesteś. Rozumiesz? Kochanie, co to za spojrzenie?
- Precz! – wrzasnęła ze wszystkich sił.
- Wynoś się, nie chcę cię! – krzyczała ciskając poduszkami w lustro, a odbicie zanosiło się śmiechem. W końcu opadła wycieńczona na krzesło i ku swojej rozpaczy ujrzała odbicie, które nadal spoglądało na nią z drwiącym uśmiechem.
- Skończyłaś już? Jak dobrze, bo widzisz nareszcie nadeszła ta chwila, że i mnie będzie można zobaczyć i usłyszeć. Wreszcie nie będę twoim biernym widmem. Nareszcie niezależność! – napawało się odbicie.
- Dlaczego? – zapytała drżącymi wargami jak małe dziecko, które niczego nie rozumie.
- Nie udawaj, że nie rozumiesz! – nagle wybuchło zirytowane odbicie – Przez dwadzieścia dwa lata tylko ty używałaś życia, a ja musiałam cierpieć w zapomnieniu. Nawet nie wiesz, jak tu po drugiej stronie jest pusto. I tylko ta cisza. Cisza, cisza, cisza! – wykrzykiwało w pasji odbicie.
- Nie, nie pozwolę! – nagle zerwała się z krzesła, ale na drugiej ścianie znów ukazało się odbicie.
- Teraz nikt mi już nie przeszkodzi. Dopnę swego, jestem w końcu tobą…- odbicie zaśmiało się ironicznie.
- Nie chcę tego słuchać – odezwała się w nagłym przypływie sił – odejdziesz stąd tak szybko, jak się pojawiłaś…
Nagle przerwał jej ponowny atak śmiechu odbicia.
- Czy ty myślisz, że ja się pojawiłam tak z dnia na dzień? Jestem tobą i to ty mnie ożywiłaś. Te połacie luster umożliwiają mi istnienie… - odbicie nagle urwało, pierwszy raz przez te roziskrzone, straszne oczy przeleciał strach. Ona widziała to, poznała tajemnicę jej odbicia. Sięgnęła po najbliższy wazon i bez chwili namysłu rzuciła nim w ogromne lustro. Rozległ się huk i setki kawałków szkła posypało się na podłogę. Wybiegła z sypialni i porwała z komody metalowy świecznik. Rzucała wszystkim, co podeszło jej pod rękę, wielokrotnie sama się raniąc. W końcu zatrzymała się i ku wielkiej uldze nie widziała już żadnych luster. Wykończona oparła się o ścianę i bezwładnie opadła na podłogę. Nagle dobiegł ją znienawidzony śmiech. W tym samym momencie przypomniała sobie o zwierciadle pod szafą. Ostatkami sił doczołgała się do sypialni i wyciągnęła zwierciadło. Odbicie pod powłoczką drwiącego uśmiechu próbowało ukryć przerażenie.
- Nie możesz, nie możesz, bo…- groziło odbicie.
- Bo niby co się stanie? – zapytała z pogardą spoglądając w zwierciadło.
- Umrzesz – odparło odbicie, przewiercając ją poważnym odbiciem.
- Co ty opowiadasz? Myślisz, że uwierzę w twoje bajki? To ty zginiesz. Żegnaj.
- Nie, czekaj! – wykrzyknęło przerażone odbicie – Ja jestem w tobie, ty jesteś we mnie. Nie możesz!
- Tak, tak oczywiście. – odparła i rzuciła zwierciadłem. Lusterko zawirowało kilkakrotnie w powietrzu i rozbiło się na drzwiach szafy. Rozległ się niby pisk, niby brzęk tłuczonego szkła.
- Ostatnie. Nareszcie jestem wolna. – westchnęła i powoli wstając z podłogi, postanowiła skierować się do łazienki. Jednak kiedy była już w drzwiach, coś boleśnie ukłuło ją w brzuchu. Potem znów, a za chwilę ból był tak straszny, że upadła na ziemię. Po chwili ból ustąpił. Leżała na podłodze, oddychając ciężko przez otwarte usta.
- Co się dzieje? – szeptała z przerażeniem. Nagle poczuła, że coś zbiera jej się w przełyku i zwymiotowała. Po chwili spojrzała na podłogę. Między śliną tkwiły duże kawałki szkła wymazane krwią. Wzięła ostatkami sił jeden kawałek i ujrzała odbicie, które zaniosło się gwałtownym śmiechem.
- Ja jestem tobą, ty jesteś mną. Na zawsze!
Nagle potworny ból rozpalił jej piersi, a powieki opadły bezwładnie.

Opublikowano

Zakończenie, którego nie powstydziłby się, Robert C.

Przerażajace. Chyba przestane kożystac z lustra. Tylko ten drobiazg wyłowiłem.

"Już w przedpokoju zrzucała część garderoby, a w sypialni //rozbierał// się do naga."

pozdr

Opublikowano

Dzięki za odwiedziny. Jeśli chodzi o zakończenie, wyjątkowo szybko wpadłam na pomysł (Zwykle nad końcem siedzę dłużej niż nad całym opowiadaniem). Nie wiem jak Ty je oceniasz, bo porównanie z nieznanym mi Robertem C. nic mi nie mówi. Zdanie, które zacytowałeś miało wylecieć, ale zapomniałam o tym. Teraz poważnie się zastanawiam co z nim zrobić...:)

Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...