Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Czarne włosy i wielkie, zielone oczy. Pełne, czerwone usta systematycznie odkrywające szereg białych zębów. Długie, czarne włosy, opadające na plecy. Łabędzia szyja i piękne, szczupłe ramiona. Talia osy i oczywiście długie nogi, niemal zawsze zwieńczone butami na wysokiej szpilce. Była naprawdę piękną kobietą.

Zawsze pewna siebie, uśmiechnięta, z tym przekornym błyskiem w oku. Zdobywała wszystko, co można było osiągnąć. Żyła za wszystkich. Kochała ludzi i nie pozostawiała im wyboru, oni też musieli ją pokochać. Całe dnie spędzała poza domem, przechodząc z jednych rąk do drugich. Wszystkie drogi, którymi chodziła, były usiane niespodziankami. Niemal zza każdego zakrętu wyłaniał się przyjaciel, obdarowując ją serdecznym uśmiechem. Nie było takiej rzeczy w życiu, której by żałowała. Zawsze wszystko szło po jej myśli. I wydawałoby się, że była taka bezbłędna. Było jednak inaczej. Myślała, że nikt się nigdy nie dowie o jej tajemnicy, a tym czasem już od dawna ktoś ją bacznie obserwował.

Kiedy późnym wieczorem wracała do domu po dniu pełnym wrażeń, już pod drzwiami do mieszkania na jej pięknej twarzy malował się tajemniczy uśmiech. W pośpiechu, drżącymi dłońmi otwierała zamek, a potem w pośpiechu wchodziła do środka. Krótką chwilę stała oparta o drzwi wejściowe, próbując opanować podniecenie. Z przyspieszonym oddechem i wypiekami na policzkach, ogarniała iskrzącymi w mroku oczyma swoje mieszkanie. Wszystko tu pedantycznie ułożone lśniło zimna czystością. Na rozległe parkiety padały podłużne cienie kanciastych krzeseł i dużego, prostokątnego stołu. Ściany na pierwszy rzut oka zdawały się być nagie, lecz w rzeczywistości stanowiły ogromne połacie luster. Każdy centymetr tego mieszkania miał właściwości zwierciadła. Nawet ogromny stół, gdy się nad nim pochylić, bezbłędnie odzwierciedlał rzeczywistość.

Ona doskonale o tym wiedziała. Już w przedpokoju zrzucała część garderoby, a w sypialni rozbierał się do naga. Potem snuła się po mieszkaniu, niczym biała zjawa, napawając się swoim wyglądem. Zwierciadła były tak ustawione, że w jednym momencie mogła zobaczyć każdy milimetr swojego boskiego ciała. Najpierw oglądała twarz, unosząc gęste włosy. Potem przechodziła dalej, by zobaczyć swoje ciało w ruchu. Rankami przesiadywała na łóżku, przeglądając się w podręcznym zwierciadle. Robiła to tak często, że weszło jej to w nawyk. Uwielbiała siebie. Rzeczywiście była przepiękna.

Pewnego wieczora, gdy jak zwykle paradowała przed lustrami, jej odbicie zdało się ironicznie uśmiechną, ale ona niczego nie zauważyła. Nie spostrzegła nawet, gdy odbite w lustrze oczy nagle zapłonęły wściekłością. Spacerowała spokojnie wśród luster, a jej odbicie z dnia na dzień zmieniało się coraz bardziej. Roziskrzone oczy, trupioblade wargi wykrzywione w lodowatym uśmiechu i czarne włosy wijące się jak węże. Nie zdołała zauważyć nawet tak diametralnej zmiany, jaka zaszła w jej odbiciu. Widziała już tylko to, co chciała widzieć. Obsesja przesłoniła jej rzeczywistość.

Któregoś ranka, jak zwykle po przebudzeniu, sięgnęła po zwierciadło. Spojrzała w błyszczącą taflę i nagle wbiło się w nią wściekle rozżarzone spojrzenie. Przejęta podbiegła do najbliższej ściany. Ku swojemu przerażeniu ujrzała swoje oblicze wykrzywione przez drwiący uśmiech, choć czuła, że sama wcale się nie uśmiecha.
- Taka właśnie piękna jesteś – nagle przemówiło odbicie. Rzuciła się z przerażeniem na łóżko i ukryła twarz w poduszce. Po chwili podniosła głowę.
- Nie to przecież niemożliwe… Nie, nie to mi się jeszcze śni - szeptała, próbując się uspokoić. Drżącą ręką sięgnęła po zwierciadło. Ponownie para strasznych, odmienionych oczu zajrzała jej w twarz.
- Przestań panikować. Co ci znowu nie odpowiada? - odezwało się odbicie zaciskając blade wargi. Rzuciła zwierciadłem, które przeleciawszy przez całą sypialnię, zatrzymało się pod szafą. Czuła jak niepokój w niej narasta, serce tłukło niemiłosiernie, szybki oddech dławił ją.
- Niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe…- szeptała drżącymi ustami, leżąc skulona na łóżku. Czuła, że traci już siły, aż za dobrze widziała szaleństwo tej chwili.
- Paranoja, gdzie jest okno? Powietrza… - z trudem wypowiadała wyrazy przez zaschnięte gardło. Z trudem doczołgała się do uchylonego okna. Chłodne, poranne powietrze otarło się o jej twarz. Zwykle w takich momentach spoglądała w szybę, ale teraz panicznie się tego bała. Po chwili odwróciła się i chciała wyjść z sypialni, nie patrząc w zwierciadła, ale ze wszystkich stron otaczały ją połacie luster. Zamknęła oczy. Stała tak długo oblana zimnym potem, dygocąc z zimna i strachu.
- Nie istniejesz! – krzyknęła nagle i spojrzała w ogromne zwierciadło.
- Ależ oczywiście, że istnieję – odparło chłodno odbicie i zaniosło się głośnym, chrapliwym śmiechem. Chciała krzyknąć, ale zatkała sobie rękami usta i z niemym przerażeniem patrzyła na poczynania odbicia.
- To niemożliwe – odparła, spuszczając bezwładnie ręce.
- To niemożliwe, to niemożliwe – przedrzeźniało odbicie – Przestań powtarzać, że to niemożliwe, skoro obie widzimy jak jest naprawdę. Kochanie, to jest możliwe nawet bardziej niż myślisz.
- Obie, jak to obie? – zapytała, czując, że zaraz osunie się na podłogę. Odbicie uśmiechnęło się pobłażliwie.
- Tylko ja istnieję, to, to przecież…- nie mogła mówić, serce tłukło niemiłosiernie.
- Nie, nie. Istniejemy obie. Od zawsze. Ja w tobie, ty we mnie. Ja jestem, ty jesteś. Rozumiesz? Kochanie, co to za spojrzenie?
- Precz! – wrzasnęła ze wszystkich sił.
- Wynoś się, nie chcę cię! – krzyczała ciskając poduszkami w lustro, a odbicie zanosiło się śmiechem. W końcu opadła wycieńczona na krzesło i ku swojej rozpaczy ujrzała odbicie, które nadal spoglądało na nią z drwiącym uśmiechem.
- Skończyłaś już? Jak dobrze, bo widzisz nareszcie nadeszła ta chwila, że i mnie będzie można zobaczyć i usłyszeć. Wreszcie nie będę twoim biernym widmem. Nareszcie niezależność! – napawało się odbicie.
- Dlaczego? – zapytała drżącymi wargami jak małe dziecko, które niczego nie rozumie.
- Nie udawaj, że nie rozumiesz! – nagle wybuchło zirytowane odbicie – Przez dwadzieścia dwa lata tylko ty używałaś życia, a ja musiałam cierpieć w zapomnieniu. Nawet nie wiesz, jak tu po drugiej stronie jest pusto. I tylko ta cisza. Cisza, cisza, cisza! – wykrzykiwało w pasji odbicie.
- Nie, nie pozwolę! – nagle zerwała się z krzesła, ale na drugiej ścianie znów ukazało się odbicie.
- Teraz nikt mi już nie przeszkodzi. Dopnę swego, jestem w końcu tobą…- odbicie zaśmiało się ironicznie.
- Nie chcę tego słuchać – odezwała się w nagłym przypływie sił – odejdziesz stąd tak szybko, jak się pojawiłaś…
Nagle przerwał jej ponowny atak śmiechu odbicia.
- Czy ty myślisz, że ja się pojawiłam tak z dnia na dzień? Jestem tobą i to ty mnie ożywiłaś. Te połacie luster umożliwiają mi istnienie… - odbicie nagle urwało, pierwszy raz przez te roziskrzone, straszne oczy przeleciał strach. Ona widziała to, poznała tajemnicę jej odbicia. Sięgnęła po najbliższy wazon i bez chwili namysłu rzuciła nim w ogromne lustro. Rozległ się huk i setki kawałków szkła posypało się na podłogę. Wybiegła z sypialni i porwała z komody metalowy świecznik. Rzucała wszystkim, co podeszło jej pod rękę, wielokrotnie sama się raniąc. W końcu zatrzymała się i ku wielkiej uldze nie widziała już żadnych luster. Wykończona oparła się o ścianę i bezwładnie opadła na podłogę. Nagle dobiegł ją znienawidzony śmiech. W tym samym momencie przypomniała sobie o zwierciadle pod szafą. Ostatkami sił doczołgała się do sypialni i wyciągnęła zwierciadło. Odbicie pod powłoczką drwiącego uśmiechu próbowało ukryć przerażenie.
- Nie możesz, nie możesz, bo…- groziło odbicie.
- Bo niby co się stanie? – zapytała z pogardą spoglądając w zwierciadło.
- Umrzesz – odparło odbicie, przewiercając ją poważnym odbiciem.
- Co ty opowiadasz? Myślisz, że uwierzę w twoje bajki? To ty zginiesz. Żegnaj.
- Nie, czekaj! – wykrzyknęło przerażone odbicie – Ja jestem w tobie, ty jesteś we mnie. Nie możesz!
- Tak, tak oczywiście. – odparła i rzuciła zwierciadłem. Lusterko zawirowało kilkakrotnie w powietrzu i rozbiło się na drzwiach szafy. Rozległ się niby pisk, niby brzęk tłuczonego szkła.
- Ostatnie. Nareszcie jestem wolna. – westchnęła i powoli wstając z podłogi, postanowiła skierować się do łazienki. Jednak kiedy była już w drzwiach, coś boleśnie ukłuło ją w brzuchu. Potem znów, a za chwilę ból był tak straszny, że upadła na ziemię. Po chwili ból ustąpił. Leżała na podłodze, oddychając ciężko przez otwarte usta.
- Co się dzieje? – szeptała z przerażeniem. Nagle poczuła, że coś zbiera jej się w przełyku i zwymiotowała. Po chwili spojrzała na podłogę. Między śliną tkwiły duże kawałki szkła wymazane krwią. Wzięła ostatkami sił jeden kawałek i ujrzała odbicie, które zaniosło się gwałtownym śmiechem.
- Ja jestem tobą, ty jesteś mną. Na zawsze!
Nagle potworny ból rozpalił jej piersi, a powieki opadły bezwładnie.

Opublikowano

Zakończenie, którego nie powstydziłby się, Robert C.

Przerażajace. Chyba przestane kożystac z lustra. Tylko ten drobiazg wyłowiłem.

"Już w przedpokoju zrzucała część garderoby, a w sypialni //rozbierał// się do naga."

pozdr

Opublikowano

Dzięki za odwiedziny. Jeśli chodzi o zakończenie, wyjątkowo szybko wpadłam na pomysł (Zwykle nad końcem siedzę dłużej niż nad całym opowiadaniem). Nie wiem jak Ty je oceniasz, bo porównanie z nieznanym mi Robertem C. nic mi nie mówi. Zdanie, które zacytowałeś miało wylecieć, ale zapomniałam o tym. Teraz poważnie się zastanawiam co z nim zrobić...:)

Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
    • @Starzec   Gdyby lato wiedziało, jak pięknie o nim piszesz, na pewno odwzajemniłoby uczucie bez wahania. :) 
    • @Berenika97 Tak i to nic dziwnego ;) @Starzec Oczywiście ;)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...