Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Fei, znów mi się przeczytało inaczej niż jest - "gdy żegluję / po moim palcu"
Ale to nie umniejsza wartości.;) Tekst jasny, zrozumiały, wręcz prosty (nie prostacki).
Chociaż z całości najlepsza ostatnia strofa. Strzał w 10.
Pozdrawiam
E.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Może to za sprawą Twojego ostatniego komentarza pod „nielotami”, tym razem postarałem się zrobić coś bardziej zrozumiałego ;) (patrz jak mną manipulujesz ;) Całkiem serio- uznałem, że w tym temacie nie ma co kombinować i postawiłem na prostotę i przejrzystość tekstu.
Dzięki za odwiedziny :)

Ps. A żeglowanie po palcu ( po liniach papilarnych ) rzeczywiście nie zmieniłoby zbytnio przesłania tekstu, jednak zostawię tak, jak jest, bo do swojego „placu” zawsze będę miał sentyment ;)

Pozdrawiam Cię Serdecznie

Fei
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Cieszę się niezmiernie, że się podoba, choć z tą prostotą to trzeba czasem bardziej ostrożnie niż z pozornym zagmatwaniem ;)

Serdecznie Cię Pozdrawiam, dzięki, że mnie odwiedzasz :)

Fei
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Izo, to zabawna sprawa, ale o ile dwie pierwsze strofy były już gdzieś w mojej głowie zanim zacząłem pisać ten wiersz, tak ostatnia wyszła nagle i niespodziewanie.
Ale cóż, tak to już bywa, że w pisaniu rzadko kiedy można przewidzieć „jak to się skończy” ;)
Martwię się natomiast ostatnio o to, że moje teksty stają się coraz krótsze. Kiedy zaczynam pisać, myślę sobie „to będzie coś wielkiego” a tymczasem wiersz za wierszem, wszystko u mnie zmniejsza swoje rozmiary.
hmmm… zobaczymy jak to się skończy ;)

Serdeczności

Fei

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...