Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Po tym jak Krysia i Kamil już sobie poszli, około 16.50, do domu wrócił:
--- Taata! taaata!! – zawołał swoim cieniutkim głosikiem Michaś.

Ojciec był podenerwowany, ale na widok SWOJEGO syna, SWOJEJ małej dumy - od razu się rozpogodził. Był rozmamłany, a jedwabny krawat wcisnął niedbale do butonierki, co rzadko mu się zdarzało. „Ciocia Krysia” niestety za bardzo się śpieszyła by przyjrzeć się jego twarzy. Po wypowiedzeniu kilku zdawkowych uwag na temat dzisiejszego zachowania Michasia, pośpiesznie wyszła, pytając na wychodnym:
--- Judyta dziś będzie później?
--- Widocznie – odparł z cichą rozpaczą w głosie.

Był zmęczony, zarówno fizycznie jak i umysłowo. Nic tak nie wykańcza jak polityka. Miał dobrze płatne stanowisko w miejskim ratuszy z ramienia partii, która właśnie „maszerowała po władzę” – Akcji Wyborczej Stronnictwa Liberalno-Demagogicznego ( w skrócie – AWSLD ). Wiele zakrętów życiowych musiał przejść, nim zakotwiczył się w tej partii, której, znany z krasomówstwa lider przyciągał do siebie rzesze wyznawców. Ale nie lider – Adam Anielewicz – był główną przeszkodą. Chodziło o katolicyzm.
Katolicyzm ojca Michasia był niezwykle silny, choć nie fundamentalny. Neofita ? – to nie było słowo do końca trafnie go opisujące, bowiem jego trwający dwadzieścia lat ateizm – był to rodzaj psychologicznego eksperymentu. Lubił wygłaszać monologi wewnętrzne na głos, gdy nikt go nie słuchał. Zawsze wtedy mówił lekko nienaturalnym głosem, co nie zmieniało faktu, że był w tych momentach szczery i zupełnie poważny ( politycy tak mają ). Teraz właśnie w przestronnej łazience zakańczał posikiwanie, gdy nagle wyrwało się z jego piersi:
--- Ateusz to ma zawsze łatwiej, sukinkot… heh… jak mówi coś na głos w samotności, to wie przynajmniej, że mówi do siebie… A ja? Nie mam zielonego pojęcia, czy do siebie, czy do… --- I tu przeszedł go dreszcz na myśl, że jest wciąż inwigilowany przez Boga-policjanta, którego tak dobrze znał z dzieciństwa.

Chwilę później w najlepsze odpoczywał na kanapie, doglądając przy okazji bawiącego się wielką ciężarówą Michasia. JEGO syn niedługo będzie szykował się do snu, więc nie czas jeszcze na porcję codziennych wątpliwości, podawanych na zimno, z lekką nutka dekadencji.
--- Gdzie ona jest…? – zajęczał przeciągle, samemu nie wiedząc, czy to było pytanie.
Michaś podbiegł do stołu, by przytulić ojca po raz ostatni. Uczynił to jednak klepiąc nieznacznie rączką w blat ławy.
--- Co, misiu? --- spytał ojciec, nie rozumiejąc gestu syna --- No co?
Michaś wskazał palcem numer „Wprost”.
--- Bee… bee!…. – powtórzył niezbyt głośno.
--- O nie, synku, ty nie będziesz politykiem…
--- Bee, bee jest, „Wpros” jest beee!
--- Nie beeedziesz! – uśmiechnął się ojciec. Pół godziny później, Michaś już spał.

Opublikowano

bardzo krótko, po pierwszej części spodziewałem się lepszej roboty; wydaje mi się, że zabrakło Ci pomysłu. Scenariusz jak z życia wzięty, przychodzi zmachany ojciec, odbiera syna itd. Mam nadzieję, że będzie trzecia częśc, może wtedy Michaś stanie się jakimś... (liczę na kreatywność Autora :))

pozdr.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...