Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Upijam łyk kawy. Oj, chłopcze, chłopcze.
Dzwoni telefon.
- Tak, słucham – mówię jeszcze zaspanym głosem.
Odzywa się mój przystojniak i proponuje byśmy właściwie tego lustra nie czyścili, to mi będzie codziennie miło. Zasadniczo nie musimy, mamy jeszcze jedno w przedpokoju. Lustro oczywiście. A także informuje, że dziś wraca wcześniej, to znaczy o trzynastej i, że szef idzie, więc kończy. I papa. Na to ja, złota kobieta, myślę sobie, że w takim razie zrobię pierożki. Też nam się należy od życia jakiś dobry obiad. Który ja muszę zrobić, no ale niech już będzie. Lubi pierożki, więc mu sprawię przyjemność. A co. O i zafunduję sobie tę maseczkę, co ostatnio kupiłam i nałożę odżywkę na włosy. Mam czas, zrobię coś dla siebie i domowników (to znaczy jego i mnie). Radio mi gra, sprawdzam sobie namiętnie kartkóweczki, myk, myk o jedenastej kończę, szukam przepisu, znajduję przepis. Wcielam przepis w życie. Pierożki na zdjęciu załączonym do tej recepturki jak malowane, aż chce się wyciąć i zjeść. Muzyczka leci, ja radośnie zagniatam ciasto. Podśpiewuję, a co – pierwszy dzień wiosny! Zrobiłam też od razu serek do pierożków.
Biorę ciasto, chcę wycinać i lepić, a ono gumiaste jakieś, twardawe, cholera. Ni uformować, ni zalepić. Nie zarażam się nic a nic, jestem niestrudzona, zrobiłam sześć pierogów w piętnaście minut. Dwunasta trzydzieści, o rany, rany. Biegnę do łazienki, nakładam odżywkę na włosy, ręcznik na głowę, maseczkę na twarz, wracam do pierogów. Kolejne dwadzieścia pięć robię już ekspresowo i mniej starannie, bo dochodzi trzynasta. Zostało mi trochę serka, więc kosztuję. O Boże, o Boże. Dzwonek do drzwi. Otwieram w tym turbanie na głowie i z papką ciapką na twarzy.

- A ty co? – dziwi się mężczyzna mój. – Co ci się stało? – zapytuje, jakby odżywka i maseczka na twarzy kobiety były conajmniej jakąś niepojęta abstrakcją.
- No jak co, chyba widzisz – To ja cholera jasna dla niego się upiększam, a on mi się tak odpłaca.

Wchodzi do kuchni, ten mój niewdzięcznik, a tam cały talerz gumiastych pierogów z serkiem na (zdecydowanie za) słono.

- Zrobiłaś pierożki! Jeeeeee... – już widzę jak mu cieknie ślinka, oczka jego się świecą jakby je ktoś rentgenem napromieniował.
- Uhm... – odpowiadam mniej entuzjastycznie, bo coś czuję, że moje pierożki szlag trafił i zaraz trafi także i mnie.
- Ha! Ja to mam kobietę! – satysfakcja i duma mężczyzny mego sięgają zenitu.

Wyciąga już garnek, nalewa wody, stawia na piecu, napalony na te pierogi, jak nasz Stefan na każdą sukę, jaką tylko wywęszy. Idę do łazienki, zmywam z siebie to cudo nie maseczkę, co zasugerowano mi na opakowaniu oraz odżywkę, po której moje włosy rzekomo nabiorą ekstremalnej objętości (aż się boję), lekkości, puszystości, połysku – co tylko sobie można wymarzyć. Słucham jak mężczyzna mój z kuchni krzyczy dlaczego to miał zaszczyt skończyć dziś wcześniej. Nakładam kremik, który ponoć przywraca cerze, to czego jej brakuje, czyli koloru, nieskazitelnie zdrowego wyglądu, blasku oraz gładkości. Wychodzi na to, że przed zastosowaniem wszystkich tych specyfików byłam szkaradna jak mało kto. Włosy oklapnięte, szorstka cera bez koloru. Rozczesuję więc te moje wykurowane włosy, suszę, po piętnastu minutach wracam nieco podbudowana, bo oto podobno pięknięję w oczach.
Akurat wyciąga te nieszczęsne pierogi z gara. Trochę się rozwaliły, serek wypłynął.

- Wiesz, trochę mi nie wyszły – ostrzegam.
- E tam, że się troszkę rozwaliły? Trudno. – uśmiecha się i widać, że Arturek mój we wspaniałym humorze, bo się w pracy nie namęczył a i kobieta mu zrobiła smakowite pierożki, więc nie przegadasz.

Nałożył na talerze.

- No to jemy, smacznego.
- Smacznego. – odpowiadam – Może nie takie najgorsze. – myślę sobie i przybieram słodki uśmiech.

Widzę jak mu mina rzednie, zjadł jednego, zjadł drugiego, trzeciego już nie zdzierżył. Boże święty, ja się do kuchni nie nadaję. Jeszcze kogoś kiedyś otruję, mnie stąd trzeba eksmitować. Albo lepiej – sama wyemigruję. Skosztowałam. Brrr.. sama sól, ciasto jak kamień.

- Yyy, Kochanie... Nie pogniewasz się jak damy to Stefanowi? – pyta delikatnie. – Zrobię kanapki.

To się Stefan dziś naje.
A ja siedzę, kroję pomidora i patrzę jak Stefanowy ogon merda z prędkością światła, gdy Artur nakłada mu do miski pierożki jego pani Natalii – mistrzyni kuchni. Już mi się łza w oku kręci, bo kto widział robić dwie godziny jedzenie dla psa. Kto to widział mieć przepis jak dla pięciolatka i spieprzyć. Boże, co ze mnie za kobieta, że na obiad już trzeci raz w ciągu tygodnia musimy jeść kanapki. Pociągam nosem nieelegancko, wstaję robię herbatę, to mi wychodzi jak nic. Artuś, złotko moje najbardziej cierpliwe i wyrozumiałe na tym świecie okrutnym, podchodzi i uświadamia, że to nic takiego. Na kanapki też ma ochotę.

- Ale – Głos mi mięknie, z nosa cieknie. Z oczu zresztą też, tylko co innego. – Ale chciałam zrobić Ci niespodziankę. – Zasadniczo zrobiłam. Takiej na pewno się nie spodziewał. – Odkrywam w myślach.
- No i co z tego Kochanie, że się nie udały. – Boże święty, jaki on jest kochany. - Zjemy kanapeczki z pomidorkiem.

Gdyby nie to, że mamy tylko pomidory, pewnie zjedlibyśmy również z serkiem, szyneczką, jakimś pasztecikiem drobiowym... Ale mamy tylko pomidory. Ach...jakie ja mam ostatnio przyziemne marzenia. Pasztecik, sen o Ibizie, jego skarpety na swoim miejscu, czyli w automacie.

- Pewnie przepis jakiś popieprzony. – Dodaje odkrywczo.

O tak, taka wersja zdarzeń mi odpowiada.
A potem każe się uśmiechnąć, bo jak nie to wyrzuci mnie przez balkon. I już, już! Bierze na ręce i pędzi ze mną do tych drzwi balkonowych, co się czasem zacinają. Bogu dzięki, zacięły się i teraz. Siedzimy sobie więc spokojnie z kanapeczkami, rozmawiamy oglądając telewizję i już życie nabiera kolorów. Tak jak cera moja według producentów kremu.

- Fajny nie? – Na ekranie po równiutkiej szosie mknie boski, ale to naprawdę boski samochód. Jaki nie mam pojęcia, ale Artur pewnie wie. – Jak myślisz?

Myślę, że trzeba by zrobić zakupy.

- Nie na nasze realia. - Jestem realistką. Takich dróg to moje oczy nie widziały chyba w całym życiu. Moje oczy również nie widziały sumy jaką należałoby na to cudko wydać. – Ale fajny. – Dodaję pocieszająco.

Wiem - zakupy przed korepetycjami, jak wrócę to zrobimy jakąś smakowitą kolacyjkę. Czternasta trzydzieści, trzeba by w takim razie zacząć się zbierać. Przebieram się, idę do łazienki.

- Nie widziałeś mojego tuszu?
- Czego?
- No tuszu!
- A po co miałby mi być twój tusz? – Typowe.

Czy ja podejrzewam go o to, że używał mojego tuszu? Nie. Pytam czy go nie widział. Czy nie może po prostu odpowiedzieć na moje pytanie?

- Widziałeś czy nie? – Krzyczę zniecierpliwiona z łazienki.
- No nie, nie rozumiem dlaczego miałbym go widzieć, skoro go nie używam. – Pewnie. Kremu przeciw zmarszczkom mimicznym też nie używa, a jakoś go wypatrzył na półce za perfumami, gdzie został skrzętnie schowany przeze mnie. – Ty masz bałagan.
- Skup się, małe, podłużne, niebieskie ze srebrnym napisem. Widziałeś? – Tłumaczę jak dziecku, bo nieraz przekonałam się, że mężczyźnie tak trzeba.
- A to. W szafce pod zlewem. – Odpowiada spokojnie.

I jak tu nie zwariować? A w ogóle to co mój tusz robi w szafce pod zlewem? I kto go tam dał? Ja na pewno nie, więc już jasna sprawa kto. I jeszcze udaje, że nie wie o co chodzi i gra na czas. Boże. Czy ja choć raz nie mogę wyjść z domu jak normalny człowiek?

- To ja lecę Arturku, wstąpię po drodze, zrobię zakupy.

Całus. Długi i namiętny, w końcu rozstajemy się na całe trzy godziny. Jezu, uwielbiam te usta. Nic nie smakuje tak jak one.

- Natuś... – Obejmuje mnie w pasie, a ja wiem co te ‘Natuś...’ znaczy.

Właściwie mogę pojechać następnym autobusem.


***


Jako, że następny dawno pojechał oraz, że perspektywa zakupów przeniosła się na po – korepetycjach, Arturek wspaniałomyślnie, a jakże odważnie, zaproponował bym wzięła jego auto. No to biorę, czemu by nie. Proszę bardzo. Przed wyjściem kazał uważać, powtórzył to ze sto dwadzieścia osiem razy. Wychodzę. Całus, uważaj, okej, pa, no pa, całus.

Jednak taki samochód, niezwykle przydatna rzecz, dziesięć minut - jestem na miejscu. Może to nie ten z telewizji, ale też jeździ. No... i też ma ładny kolor. I... i więcej podobieństw nie dostrzegam.


c.d. jednak n. ;)

Opublikowano
- Nie na nasze realia. - Jestem realistką. Takich dróg to moje oczy nie widziały chyba w całym życiu. Moje oczy również nie widziały sumy jaką należałoby na to cudko wydać. – Ale fajny. – Dodaję pocieszająco. jeżeli również odnosi się do widzenia, to sugeruję malutki remoncik:

- Nie na nasze realia. - Jestem realistką. Takich dróg to moje oczy nie widziały chyba w całym życiu. Moje oczy nie widziały również sumy jaką należałoby na to cudko wydać. – Ale fajny. – Dodaję pocieszająco.

podoba się, jak nie wiem, co
czekam na dalsze części

pozdrawiam
Opublikowano

Po ostaniej akcji, boję się cokolwiek pisać gdy nie jestem zbytnio zachwycony.

Zastanawiałem się gdzie to było? Może Deja Vu?, ale w końcu znalazłem.
Kiedyś w podróży z nudów kupiłem na stacji książeczkę : "Seks w wielkim mieście" na podstawie serialu. Kupuje wszysto co ma związek z filmem i tv (uczę się scenopisarstwa) i zauważam tu analogię - z tą różnicą, iż tam, nowojorskie kobiety są wyzwolone, ambitne, twoje opowiadanie, śmiem twierdzić, jest dylematem kury domowej, która w wolnych chwila sprawdza kartkóweczki.

Po lekturze twojego opowiadania nasuwa mi się jedna myśl: " Boże! Jakie kobiety są naiwne, prostolinijne i głupiutkie..." Na szczęście pozostaje wiara choćby w to, że nie wszystkie.
i mam dziwne przeczucie że w tym tekscie sama się z tego śmiejesz...Mam rację?

no i kilka nieprawdziwych danych oto jedna z nich:)

1) Tłumaczę jak dziecku, bo nieraz przekonałam się, że mężczyźnie tak trzeba. - To nie prawda. Nie trzeba.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A jakaż to akcja, możesz mi przypomnieć?

Podchodzę do tego typu tematów z dużym przymróżeniem oka i w sumie ze sporym dystansem, i tak owszem, jest to swego rodzaju nieszkodliwa satyrka na przeciętną 'kowalską', i może w mniejszym stopniu, ale na przeciętnego 'kowalskiego' również.

Czy dylemat kury domowej? Kwestia gustu.
Pozdrawiam.

PS Cóż, nie inspirowałam się ' Seksem w wielkim mieście'.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...