Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Lubił ją fotografować. Przed obiektywem miał ją tylko dla siebie, ją całą i tylko ją. Mógł dotykać jej włosów, słuchać jej śmiechu z siebie samej, rozmawiać w trakcie kolejnych ujęć. Siedziała wtedy zazwyczaj na jego balkonie w czarnej dopasowanej, jesiennej kurtce, kolorowym szaliku, piła gorzką kawę i mówiła. Nie zawsze spokojnie i nie zawsze rzeczowo. Czasem opowiadała co wydarzyło się na jej studiach, żartowała, wygłupiała się, a czasem siedziała zapatrzona w panoramę miasta z czwartego piętra. Płakała przy nim. Tak płakała. Nigdy o nic jej nie pytał, zawsze mówiła sama od siebie. Do niego, a może w tą przestrzeń. On tylko słuchał i fotografował.
Miał jej zdjęcia lekko uśmiechniętej, beztrosko roześmianej z rozwianymi włosami, zawstydzonej, kojąco spokojnej, skrępowanej, zamyślonej, zapłakanej, przejętej, zdenerwowanej. Cały album czarno-białych zdjęć – emocji. Przy niej patrzył i widział. Nie tylko delikatną twarz i zgrabne, lekko muśnięte słońcem ciało. Widział więcej. Tak, lubił ją fotografować.

Nigdy nie była femme fatale, pewną siebie kobietą sukcesu w każdym aspekcie życia, kolekcjonerką męskich serc, umysłów czy kart kredytowych. Była na to zbyt wrażliwa. Ale emanowało z niej coś, co przyciągało, co mówiło ‘podejdź, poczuj, dotknij’, co wzbudzało lekki podziw a zarazem chęć poznania. Może jej naturalna nieśmiałość, spontaniczny rumieniec gdy odwzajemniała uśmiech, a może kobiecość, która unosiła się wokół niej, kobiecość gęsta jak mgła. A może zupełnie co innego. W końcu widzimy ludzi przez pryzmat siebie i swych oczekiwań.
Owszem - atrakcyjna, pachnąca czekoladą i migdałami, wstydliwie pokazująca w uśmiechu szereg białych, dziecinnie małych zębów. Była ciepła. Ciekawa. Tak zwanego świata. Zapachów, dźwięków, obrazów. I jeszcze ciekawa tej wrodzonej pasji, która kłóciła się w niej z nabytą melancholią. Pasji do życia.

Tego dnia obudziła się łaskotana promieniami słońca, najpewniej ostatnimi tego roku. Leniwie odsunęła kołdrę - zimno. Właściwie mogłaby włączyć telewizor, zaparzyć dzbanek herbaty i spędzić tak dzień w nie dogrzanym mieszkaniu. Mogłaby tak przezimować aż do wiosny. Rachunki, zakupy, okna – aha...nie mogłaby. Sennym krokiem poszła do łazienki, wzięła gorący prysznic, założyła gruby golf, pogniecione dżinsy, włączyła radio, by obudzić mieszkanie. Upiła kilka łyków herbaty, potrząsnęła jeszcze mokre włosy, pozmywała kieliszki po wczorajszym babskim spotkaniu, sprzątnęła swoje parę metrów kwadratowych (Sobota? Sobota.) i wyszła w ten świat jesienny, szeleszczący kolorowymi liśćmi pod stopami. Drzewa już łysiejące, zmęczone, otoczone złoto – czerwonym dywanem, skąpane w październikowych strugach słońca wydały jej się takie ciepłe. Takie poczciwe – tego roku już spełniły swe zadanie, zasypiają. Otuliła się mocniej lekkim szalikiem, lubiła taką jesień, dawała jej poczucie bezpieczeństwa.
Na poczcie i w banku kolejki, w supermarkecie kolejki (sobota) z ulgą więc wróciła do domu, odczytała maile i próbowała przełamać się, i zafundować oknom wysoki połysk. I nagle pomyślała o nim. Nie dlatego, że nie miała planów na sobotni wieczór – miała. Anka z dołu wyciągała ją na rynek. Ale odmówiła, chciała odpocząć od znajomych, od piwa, wina, głośnej muzyki.
Odkąd Robert, mężczyzna, z którym ostatnio się spotykała, wyjechał na trzy miesiące do Stanów prowadziła intensywne życie towarzyskie. Jej znajomi dbali, a może to ona nadgorliwie sama dbała o to by nie zostawać wieczorami w domu. Chciała nie myśleć, nie tęsknić, nie siedzieć samej w starym dresie. Wysyłała maile, nocą rozpaczliwie go pragnęła, rano z przyzwyczajenia parzyła dwie kawy. Tęskniła. A teraz tak po prostu pomyślała o innym mężczyźnie, o tym który robił jej te niesamowite zdjęcia, choć nie z ich powodu pochłonął teraz jej uwagę.
Zadzwoniła z jednym tylko ‘mogę wpaść?’
Znała go od zawsze. Starszy o trzy lata, charyzmatyczny, spokojny. Małomówny. Kilka niezupełnie udanych związków, zainteresowanie fotografią – skrót ostatnich paru lat. I tak nie wiedziała o nim wiele więcej. Był dobry w tym co robił, miała tego świadomość, widział rzeczywistość z wielu perspektyw. Przeglądała czasem jego zdjęcia, miały głębię, miały klimat, miały jego styl. To jej wystarczało.
A teraz chciała z nim po prostu pobyć. Pobyć. Nie wiedzieć czemu. Nie dla zdławienia samotności, nie dla zapchania wieczoru, ani nie z potrzeby towarzystwa. Z potrzeby jego. Założyła kurtkę, owinęła się szalem, wzięła torbę i zamknęła za sobą drzwi.
Stanęła w jego progu i zobaczył ją we włosach rozwianych przez ten jesienny wiatr. Taką naturalną i taką namacalną. Weszła do kuchni, w której zawsze parzył im kawę i robił jakieś nieudolne kanapki na obiad. Uśmiechnęła się. Dopiero teraz uświadomiła sobie jak lubiła tą kuchnię, miała tu swój kubek, swoje krzesło i swój zwyczaj siedzenia na nim. Bałagan jak zawsze, ale bałagan przyjemny. Widok z okna na osiedlowy kiosk, parking i mały park. Tak się do niego przyzwyczaiła. Jego mieszkanie przepełniało ją spokojem.
Siedzieli tu teraz naprzeciw siebie jak zawsze, rozmawiali i milczeli. Jak długo, nawet nie wiedziała. Weszła do pokoju kuszona refleksami słońca wkradającymi się przez okno. To tak jakby chciało jeszcze ogrzać ich ostatnimi promieniami nim schowa się za horyzontem. Zawołała go i w tym momencie zauważyła rozstawiony naprzeciw okna statyw. Chciała takich zdjęć, tylko dla siebie. Nawet gdyby nie miały tylu walorów estetycznych, chciała stanąć naga przed jego obiektywem, tak by wpadające światło rozświetlało jej ciało. Zdjęła gruby golf, dżinsy, białą bieliznę. Czuła, że się rumieni.
Wziął aparat, znowu była jego, taka bliska. Ustawił. Zdjęcia robiły się same w trybie migawki, on tylko wybierał odpowiednie ujęcia, regulował statyw. I widział tą kobietę tak szczerą i swobodną przed nim, a zarazem zawstydzoną. Widział jej miękkie włosy, wąską talię, pełne piersi, czuł jej zapach i nagle zorientował się, że nie chce robić tych zdjęć, nie chce patrzeć na nią przez pryzmat obiektywu, a potem tęsknie dotykać jej policzków na odbitkach. Nie chce. Podszedł do niej powoli, na tą drugą stronę. Patrzyła na niego, wiedziała. Stali tak kilka sekund a może kilka minut, gdy wreszcie odważył się dotknąć jej ramienia. Wędrował dotykiem po jej dłoniach, rękach, karku, nie przerywając kontaktu wzrokowego, tej niewidzialnej więzi bliskości. Nie przeszkadzały im błyski flesza. Zdjął koszulę, ujął jej twarz w swe szerokie, męskie dłonie, podszedł bliżej a ona przylgnęła do niego z całą swą tęsknotą. Żadnych dźwięków, prócz ich przyśpieszonych oddechów. Całował ją tak zmysłowo i zapamiętale, całował ją jak nikt jeszcze...


***


Zimowy śnieg, ten cudowny, miękki, biały puch przeobrażał się właśnie w paskudną chlapę. Po chodnikach płynęły strumienie błota, jakby tego było mało padał deszcz. Szła pod parasolem, obładowana książkami i zakupami. Marzec. Gdy doszła do swej kamienicy w butach miała już kałużę, a w reklamówkach doniosła dodatkowo kilka litrów wody. Weszła do pustego znów mieszkania - Robert wyprowadził się na początku roku, rozstali się. Zmienił się po powrocie.
Odgrzała zupę od Anki, przebrała się w ciepły dres, wyciągnęła pierwszą lepszą książkę, położyła się na kanapie z zamiarem czytania, jednak deszcz miarowo uderzający o parapet uśpił jej zmysły. Gdy się obudziła, na dworze było już ciemno. Zaparzyła herbatę i przypomniała sobie, że nie wyjęła rachunków ze skrzynki. Zeszła na dół, przekręciła kluczyk i prócz znajomych kopert zobaczyła w niej jedną grubą, brązową. Weszła do siebie na górę i w przedpokoju wyciągnęła z niej brązowy, ręcznie zrobiony album ze zdjęciami.
Sztywne kartki, połączone czerwoną wstążką. W środku zdjęcia z tamtego sobotniego wieczoru, kiedy dała mu siebie całą. Zdjęcia, których nie widziała pół roku. Mężczyzna, którego nie widziała pół roku. Cały album najintymniejszych i najpiękniejszych przeżyć. Oglądała go ze łzami w oczach, oglądała go dziesiątki razy aż nagle poderwała się do telefonu.

Opublikowano

pierwszy akapit przeniosłabym gdzieś dalej, nie podoba mi się zaczynanie od takiego "wprost" opisywania postaci. Innych uwag nie mam, podoba mi się, nawet bardzo mi się podoba. Liczę na dalszy ciąg. I dziękuje za ten klimat października :)

Opublikowano

Z tym wstępem to jest tak, ze miał on być ciągiem dalszym innego opowiadania, a tu wyszło mi nowe;)także pomyślę, gdzie by go 'wcisnąć', dzięki za uwagę:)

Opublikowano

kurcze czytałem już kiedyś podobne opowiadanko, z jedną różnicą, że tam zamiast fotografa był malarz. I pierwsze moje odczucia były krytyczne, lecz przeczytałem sobie tekst jeszcze drugi raz i stwierdzam, iż sam bym chciał pooglądać te zdjęcia (-: (faceci =esteci tylko by się gapili na płeć piękną, ale cóż zrobić, taka jest już nasza natura)
co do samego tekstu to jest w nim coś takiego co sprawia, że zostaje w pamięci. Więc czekam na c.d mam nadzieje ,że będzie równie wciągający
nisko się kłaniam i pozdrawiam

Opublikowano

Jestem zaskoczona tymi pozytywami, niezmiernie, oj niezmiernie;)
Dziękuję i cieszę się, że tekst 'coś' ma w sobie, tymbardziej, że to dopiero drugi.
I właściwie na tym miało stanąć, tak się miało zakończyć moje opowiadanie, ale ok skombinuję jakiś cd;)

Opublikowano

Literatura kobieca ale ja lubie teksty kobiece poniewaz kobiety maja duzo wiecej do powiedzenia. Twoja bohaterka tez.
Mam jednak kilka drobnych uwag...przepraszam, za to ze sie czepiam.

1) "w koncu widzimy ludzimy, przez pryzmat samych siebie i wlasnych oczekiwan."
brakuje mi tu jednego slowa: w MILOSCI. Jest to tez cecha bardzo negatywna moim zdaniem powinienes(powinnas) o tym nadmienic slowem niestety lub a szkoda.

2)" teraz chciała z nim po prostu pobyć. Pobyć. Nie wiedzieć czemu. Nie dla zdławienia samotności, nie dla zapchania wieczoru, ani nie z potrzeby towarzystwa. Z potrzeby jego. Założyła kurtkę, owinęła się szalem, wzięła torbę i zamknęła za sobą drzwi" - czyli jest bohaterka negatywna bo sie zwyczajnie puszcza i dlatego miesza sie ta opowiesc.
Z pozoru, wrazliwa kobieta, zyje kazdym dniem, jesiennym rowniez ale dla mnie jest niegodna zaufania. Nie widze w niej nic nadzwyczajnego. Lubi sie rozbierac idzie z jakims fotografem do lozka. Nic ich przeciez nie laczy...?

Technicznie raczej bez uwag. Bardzo mi sie podobalo, jest klimat, jest intymnosc, jest tesknota, jest moja ulubiona pora roku, jestzwyczajnosc zycia, ale ONA mnie nie przekonuje, nie chcialbym miec z nia nic wspolnego.
Naprawde dobry tekst.

p.s :

Zauwazam pewne podobienstwo do mojegoulubionego filmu.
Tam bohaterka, Valentine, jestw podobnej sytuacji. Teskni (wrazliwe kobiety osiagaja w tym mistrzostwo swiata), spi nawet w jego kurtce, ale nigdy nie przespalaby sie z innym.Zeby bylo smieszniej jest fotomodelka i odrzuca amory fotografa :) Bardzo wyrazne podobienstwo:) i to cechuje wspaniale kobiety...dlatego uwazam, ze twoja pani jest beee.
Mimo wszystko podobalo mi sie.

Opublikowano

Piotrze, nie czepiasz się, po to m. in. tutaj publikuję by usłyszeć (przeczytać;) kilka uwag czy wskazówek, zawsze można się czegoś nauczyć, więc nie przepraszaj.

Ale pozwolę sobie popolemizować:)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Owszem, w miłości często, jednak nie tylko - z reguły lubimy/kochamy/akceptujemy kogoś, bo nasze wyobrażenie o nim, czasem zbyt wyidealizowane, jest stworzone przez nas i nam odpowiada. Stąd też moje uogólnienie. Nie muszę kogoś kochać, by mieć swoją 'przyjazną' lub jakąkolwiek inną wizję jego.



To zdanie akurat nie powinno sugerować, że bohaterka się puszcza;)W mojej intencji akurat nie było ukazanie jej jako 'tej złej'.
Czy lubi się rozbierać? Hmm..skoro byla jego modelką, pozowała mu, robił jej więc również akty (wcześniej) - tam była taka aluzja: ' Przy niej patrzył i widział. Nie tylko delikatną twarz i zgrabne, lekko muśnięte słońcem ciało.';)Rozebrała się przy nim juz pewnie wielokrotnie, pod 'służbową przykrywką';)
Fotograf z kolei nie był 'jakiś' bo był jej w pewien sposób bliski - znała go lata, rozmawiała z nim o wszystkim, zwierzała mu się, chciała z nim przebywać, czuła się spokojna w jego mieszkaniu, a więc właściwie przy nim samym. On natomiast jej potrzebował, tęsknił może trochę nieświadomie, znał na wylot, akceptował.
Nic ich nie łączy?

Czy idzie z nim do łóżka? O tym nie wspomniałam:) I na razie ciii..chosza:)

Bawię się w tekście może trochę niedomówieniem, ale lubię w ten sposób pisać - namieszać, pokomplikować, w każdym bądź razie próbuję rozbudzić wyobraźnię.

Tak czy inaczej cieszy mnie, że bohaterka jest dla Ciebie 'jakaś', że wywołuje emocje, choć widzę, że ja Ciebie do niej niestety nie przekonam:) Ja mogę tylko podziękować za uwagę, i czas poświęcony mojemu tekstowi - doceniam:)

PS Filmu niestety nie widziałam, może podaj tytuł, skoro nieświadomie napisałam tekścik o podobnej tematyce to może sobie obejrzę:)
Opublikowano

Trzy kolory "czerwony", jak obejrzysz to mnie w pełni zrozumiesz i obraz ten na pewno Cię zafascynuje bowiem jest to bardzo podobna tematyka. Dramat egystencjalny. Bohaterką jest kobieta - fotomodelka. Przekonasz się sama. Film jest o przyjaźni, o zdradzie, o miłości o tęsknocie. Poprostu perełka.
Co do tekstu, jeszcze raz duże, duże brawa.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...