Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Następnego dnia Prezes Piętka został wezwany na dywanik. Naczelnik Baran miał w zwyczaju (zwyczaj ten był wówczas bardzo rozpowszechniony) mówić do osoby w liczbie mnogiej, chociaż osoba była pojedyncza.
-Wiecie, tak dalej kurwa być nie może. Gmina kupiła majtki? Kupiła. Getry? Kupiła. Koszulki? Kupiła? Trampkokorki? Kupiła.
Prezes Piętka do tej chwili potwierdzał, gdy doszło do trampkokorków zaprotestował.
-Owszem kupiła. Tyle, że za małe. Same dziecinne numery.
-Wiecie jaka jest sytuacja w kraju, jakie trudności napotykają rolnicy, pszczelarze, sadownicy, hutnicy nie wspominając o górnikach. Trzeba sobie z trudnościami radzić. Trzeba pokazać światu, że my tu, mimo braków w zaopatrzeniu potrafimy, że nie narzekamy…
-Bo nie narzekamy.
-No widzicie. Wracając do mojego wywody gmina wszystko wam kupiła, dwadzieścia delegacji do stolicy opłaciła, a wy co towarzyszu Piętka?
-Ja? – zdziwił się prezes Piętka.
-Tak wy – naczelnik Baran zmienił liczbę. Przeszedł na ty, to źle wróżyło rozmówcy. – Partia matka nie po to wam delegacje fundowała, towarzyszu Piętka żebyście je na kurwy przepuszczali. Ja wszystko wiem. Was widziano. Doniesiono. Co macie na swoją samokrytykę towarzyszu?
-Żona mnie zostawiła – westchnął smutno prezes Piętka i spuścił głowę. Zrozumiał, że nad klubem zawisły czarne chmury.
-Ja wszystko rozumiem. Wiecie, mnie też naciskają, ja też się muszę rozliczać przed towarzyszami. Od tej pory sami musicie szukać środków, sercem jestem z wami, ale rozumiecie, nie mogę.
Naczelnik Baran wyprowadził prezesa Piętkę z gabinetu. Prezes od razu z gminy poszedł do baru „Turystycznego” i zamówił to co zwykle, serwowano tam turystom, setkę i jajko w majonezie.
Kilka dni później odbył się pierwszy, historyczny mecz Naprzodu Ulasek. Przygotowująca się do sezonu drużyna B klasy Konkordia Sokółka na duch potrzebowała sparingu. Prezes Piętka dowiedział się o tym od prezesa Konkordii, Maroszka podczas wspólnego rozpracowywania zawartości butelki z czerwoną kartką. Jeszcze w „Turystycznej” ustalono szczegóły spotkania, prezes rozejrzał się po sali i w wyobraźni poustawiał zawodników. Mecz był niestety wyjazdowy. Niestety nie tylko z tego powodu, że na wyjeździe ściany pomagają gospodarzom, goście nie posiadali środka lokomocji. Do oddalonej o 15 km Sokółki udali się na rowerach, co negatywnie wpłynęło na kondycję fizyczną zawodników. Dla polepszenia samopoczucia zatrzymywano się co jakiś czas, pod koniec trasy postoje zaczęły przeważać nad resztą. Prezes Piętka z niepokojem spoglądał na opróżniane w międzyczasie butelki, zerkał też na zegarek, pamiętając, że Konkordią nie dysponuje sztucznym oświetleniem. Prezes nie był jednak w ciemię bity, w ciemności widział dla Naprzodu szansę. Przeciwnik mógł nie dostrzec wówczas nie tylko braków kondycyjnych ale i rażących ubytków w wyszkoleniu technicznym.
Punktualnie o godzinie 20. 00 czasu środkowo-europejskiego, w świetle zachodzącego słońca na stadionie Konkordii Sokółka rozległ się przejmujący odgłos gwizdka, sędziego Falkowskiego. Naprzód ruszył do przodu. Prezes Piętka w pierwszej chwili ucieszył się z tak ofensywnego nastawienia drużyny, po chwili jednak zrozumiał, że coś jest nie tak. Dostrzegł jedenastu żółto-zielonych na polu karnym przeciwnika. Nie pomogły apele prezesa, odnoszące się do męskości – Wracać chuje wracać! - Próbował prezes nakłonić bramkarza do zajęcia miejsca w bramce, wyzywając go od najgorszych. Nikt nie reagował. Obrońcy pozostali głusi na wezwania, krzyki a nawet płaczliwe błagania. Wtedy prezes Piętka zrozumiał, że piłkarze pojęli nazwę swego klubu dosłownie. Może gdyby nazywali się Naprzód Ostrożnie Ulasek albo Powoli Naprzód Ulasek, wtedy pomyśleliby o obronie, a tak ruszyli do przodu i ani przez chwilę nie przyszło im do głowy, żeby wracać. Taktyka okupowania okolic bramki przeciwnika miała jednak swoje plusy. Już do przerwy Naprzód zdobył, dwie, historyczne bramki. Wprawdzie w gąszczu nóg nie udało się ustalić historycznych strzelców, fakt pozostawał faktem. Ulasek strzelił do przerwy dwie, a po jeszcze jedną. Wynik 36:3 nie był najgorszy jeśli wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności. Prezes Piętka był bardzo szczęśliwy i następnego dnia zdał relację naczelnikowi Baranowi, podkreślając, że trzy bramki strzelone na wyjeździe świadczą o potencjale tkwiącym w drużynie. Wystarczy trochę popracować nad obroną i rywale zaczną przed Naprzodem drzeć ze strachu.
W tym samym 1975 roku miało miejsce wydarzenie tragiczne, które w rezultacie okazało się dla klubu Naprzód Ulasek szczęśliwe. Naczelnik Baran kupił sobie fiata Mirafiori - „wielki samochód za niewielkie pieniądze”. Tym samochodem udał się w towarzystwie żony i dwójki dzieci na zagraniczne wczasy do Bułgarii, gdzie zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Plotek było co niemiara. Żona wróciła z dziećmi cała i zdrowa i powiedziała trzy słowa: „Dobrze mu tak” - Przypuszczano, że kochliwy naczelnik wdał się w romans z Bułgarką, co nie spodobało się jej narzeczonemu. Nowym naczelnikiem został nie kto inny, ale prezes Piętka. Naczelnik Piętka ustatkował się, pogodził się z żoną przestał pić, można powiedzieć odziedziczył po prezesie Piętce tylko dobre cechy. Zaczęły się dobre czasy dla Naprzodu. Wokół boiska pojawiły się ławki, szopa przypominająca szatnię. Piłkarze zaczęli trenować pod okiem prawdziwego trenera, nic dziwnego, że już na początku 1976 roku odnieśli pierwsze, historyczne zwycięstwo. W pokonanym polu zostawili Jagiellonkę Kąty. Niestety było to, jak na razie pierwsze i ostatnie zwycięstwo tego wielce zasłużonego dla polskiej piłki klubu. W połowie lat osiemdziesiątych Naprzód uzyskał kilka cennych remisów z o wiele bardziej utytułowanymi rywalami. Niestety potem nastąpiła seria trzystu porażek. Na początku lat dziewięćdziesiątych pojawiły się głosy, że zasłużony prezes powinien udać się na jeszcze bardziej zasłużony spoczynek. Rok temu Naprzód Ulasek obchodził XXX lecie. Niezniszczalny prezes Piętka wygłosił z tej okazji przemówienie. Bardzo wzruszony powiedział do zebranych w sali widowiskowej biblioteki gminnej w Ulasku.
-Kochani miałem rację. Klub piłkarski Naprzód Ulasek ciągle ma przed sobą wspaniałą przyszłość.

Opublikowano

Nie wiem Piotrze, czy znasz tamte czasy z autopsji, czy z opowiadań, ale nieźle oddajesz realia.
Znalazłem jednak w tekście pewną niekonsekwencję: piszesz otóż:-Tak wy – naczelnik Baran zmienił liczbę. Przeszedł na ty, to źle wróżyło rozmówcy. – Partia matka nie po to Wam delegacje fundowała. Wychodzi na to, że jednak nie przeszedł.
Jest jeszcze lterówka- drzeć, zamiast drżeć

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...