Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„Najdłużej gnije to,

czego nikt nie pokochał.”

 

Byłem już dorosły.

Z wiekiem traciłem wiarę.

W Boga, rodzinę, więzi,

miłość i akceptację.

Stałem się niegrzecznym chłopcem.

Uciekającym z domu, 

pijącym podrzędne bełty 

w upadłych od zgnilizny suterenach.

Bijącym się na gołe pięści dla zarobku 

a czasem jedynie dla taniej rozrywki

lub wszczynania bezsensownych burd

na rogach ulic,

w ich ciemnych zaułkach

lub na opuszczonych farmach 

stanowiących profesjonalne stadiony 

dla recydywistycznych bukmacherów 

ubranych w jednorzędowe,

szare marynarki.

 

 

Żyłem pod 

rozprutym

występkiem i zbrodnią pledem.

Moim łóżkiem były,

umorusane w szczurzych odchodach,

duszne, piwniczne korytarze.

Pokryte czarnym zarostem

ściennego grzyba.

Panny upadłe wdzięcznie kuszące swymi krągłościami 

były mi muzami 

i kapłankami religii cielesnej rozpusty.

 

 

Każdy chciałby kiedyś marzyć 

o dostaniu

wyjątkowego prezentu od losu.

Ja nie byłem wyjątkiem.

Marzyłem wpierw o

cieple matczynej opieki.

O akceptacji moich dziwactw.

O akceptacji mojego wyglądu 

i głębi bogatej duszy.

O uznaniu mnie godnym słów i czynów.

Bym nie musiał 

upijać się samotnymi godzinami 

w ciemnym pokoju 

z którego odrapanych ścian,

płynęły ku mnie 

słowa otuchy pierwszych wierszy.

 

 

Ranki nie przynosiły otrzeźwienia.

Przeciwnie.

Raniły mnie ludzkie spojrzenia.

Szkoła nauczyła mnie jedynie tego,

że ją przerastam

i tego,

że ludzki ekosystem

jest dla mnie klatką.

W domu nauczyłem się grzeszyć 

niepohamowaną nienawiścią.

Do życia.

Wiersze ginęły w ogniu kominka.

Część wypuściłem na wolność.

Zgniecione kartki 

poniósł po nocnym bruku

zimowy, mokry wicher.

Zdarzało się,

że pisałem w imieniu innych.

A potem

znajdowałem tytuły swoich prac 

na oficynach poczytnych wydawnictw.

Lecz były jak sieroty 

co zmuszone zostały

po śmierci rodzicieli

przyjąć zupełnie obce nazwisko.

 

 

Wszyscy zawsze chcieli bym rysował.

Słowa wierszowane uznając za bzdury.

I starałem się sprostać.

Lecz moje rysunki,

choćby najprostsze,

nosiły znamiona beztalencia.

Serca były puste w środku.

Kreski i linie, 

prowadziłem agresywnie i zawsze wyjeżdżałem poza kontur obiektu.

Ludzie byli zdeformowani.

Ich nogi były wątłe i łamliwe.

Ręce nienaturalnie długie,

zakończone chudymi dłońmi 

o pająkowatych szczypcach

zamiast palców.

Twarze nie miały ziemskich rysów.

Jak gdyby gniły

wewnątrz trumien od miesięcy 

a potem nagle 

zostały wystawione

do światła dziennego.

Najbardziej przerażające było to,

że moja poezja 

była tak samo zdeformowana.

Dlatego zakazano jej ujawniać.

 

 

Gdy przychodził czas 

świętowania i prezentów.

Jedni dostawali książki,

inni zegarki lub samochodziki.

Ja dostawałem lanie bądź ciszę.

Ubraną w kokardę z kajdanów.

Opakowaną w cztery ściany samotni. 

Co roku było jednak lżej.

Aż wreszcie nie zauważałem już,

choinki, pustego pudełka

i śniegu za oknem.

Bo żadna z tych rzeczy

nie mogła mi pomóc.

 

 

Bo jak napisać w liście do Mikołaja,

że w tym roku byłem potworem

ale chciałbym dostać 

inną przestrzeń do życia.

A najlepiej solidny, konopny sznur 

i jakiś kącik w rogu strychu.

Dlatego co roku pisałem do niego,

że po prostu chciałbym go spotkać.

Porozmawiać o tym

co musiałbym zmienić 

żeby dostać prawdziwy prezent.

 

 

Grudzień był w tym roku

wyjątkowo ciepły.

Za oknem nie było śniegu, zadymki 

ani ulepionych bałwanów 

o marchewkowych nosach.

Była za to szalejącą burza z gradem,

uderzającym z dziką furią 

o elewację, szyby i dach.

Kilka lodowych kamyków 

wpadło do rynny i komina.

Hałasowały jak ktoś 

próbujący przeciskać się 

przez jego szyb do środka.

 

 

W tym roku nie zdążyłem wysłać listu.

Mało tego. 

Napisałem go i wcisnąłem pod łóżko,

wsuwając wpierw jego treść 

w czarną zalakowaną kopertę.

Pierwszy raz od lat

dołączyłem też rysunek.

Mikołaja z workiem prezentów.

Miał on krzywy nos, 

grube, niekształtne wargi,

wyłupiaste oczy o barwie węgla.

Krzaczaste brwi 

i nienaturalnie długą brodę.

Była krzywa, kędzierzawa 

i sięgała pasa.

Postać była wychudzona.

Przedstawiała ledwie skórę i kości.

Rozkład człowieka.

Skóra miała masę ran i blizn.

Bezkrwawych ran.

Kości były widoczne 

jak grzechy przy spowiedzi.

Był to mój osobisty Mikołaj,

odbicie mojego ja.

Te martwe, zgrubiałe wargi,

powtarzały w kółko moje imię.

 

 

Wreszcie odgłosy w kominie ustały 

a jego postać znalazła się w salonie.

Wylądował na dywanie,

wzbijając tonę kurzu.

Stadko much zerwało się z podłogi 

i z głośną skargą 

uleciało do

zamkniętego na głucho okna.

Nie wstałem żeby go przywitać 

Nawet się nie obudziłem.

Muchy dopadły do mnie, 

wypełniając szczelnym rojem 

ubytki tkanki w mojej twarzy.

Oczu już nie było.

Zamieniły się w krwawy śluz.

Z napęczniałego ciała 

spływała gnilna ciecz.

Podłoga przeszła na wylot 

cuchnącym wyziewem śmierci.

 

 

Przyszedł za późno. 

Lecz cieszyłem się 

że w ogóle znalazł dla mnie czas.

Pod kamienicą nie było jego sań.

Broda była zadbana i śnieżnobiała.

Twarz i ręce piękne jak u anioła.

W dłoni trzymał worek.

Nie jutowy i pełen prezentów 

a czarny i nieprzejrzysty.

Taki do jakiego pakowano zwłoki.

Podniósł mnie a raczej odkleił od łóżka.

Dotknął z godnością.

Nie wahając się czy jestem tego wart.

Spod łóżka wychynął brzeg rysunku.

Mikołaj spojrzał na siebie samego.

Pięknego i silnego

i na dziecko

o pożółkłej od rozkładu skórze.

Bez twarzy i serca.

I bez nadziei na lepszy los.

Nie mogę powiedzieć, 

że Mikołaj nie przyniósł mi prezentu.

Bo przecież przyniósł worek

i wyniósł na śmietnik historii moje ciało.

A ja obiecałem mu

że będę gnił grzecznie.

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy Odnośnie Mikołaja to pamiętam jak jako dzieci po przebudzeniu w dniu 6 Grudnia, szybko zaglądaliśmy pod poduszki, gdyż wówczas był taki zwyczaj, że rodzice chowali prezenty pod poduszki na których spały dzieci. Frajda była ogromna,  a oczekiwanie na zobaczenie tego co w środku - jaki prezent przyniósł Mikołaj - trzymało dziecięce emocje na granicy wytrzymałości. 
Czasami oczekiwania spalały na panewce, ale radocha z otrzymanych zabawek była niesamowita. Poniżej obraz Jana Steena z XVII wieku.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @jan_komułzykantDzięki
    • Dziś pole manewru zdaje się mieć głębsze znaczenie choć to bajka bo przecież chodzi o kłamstwo   niewiele cię czytam ostatnio częściej widzę zmierzch bez sukcesów i przygód   przejażdżka to spacer po gwiazdach których nie ma   ale zamiast nich są sny bardzo podobne do słońca które wysysa z człowieka wodę i zostawia. 
    • @Gra-Budzi-ka   Nie ma się co POPiSywać, bo ciężko będzie Cię przebić, więc boki tu 'przyszłem' zrywać jak widzisz - tępym narzędziem

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

         
    • @APM   Bardzo dziękuję. Myślę, że masz rację - do niektórych Maria rzeczywiście nie przychodzi, albo przychodzi bardzo rzadko, w środku nocy, i zaraz ucieka, zanim ta osoba zdąży się z nią zmierzyć. Może to nawet forma obrony - łatwiej żyć samą Martą. Ale chyba właśnie w tych chwilach, kiedy Maria jednak się pojawia, dzieje się coś ważnego, nawet jeśli boli. Serdecznie pozdrawiam. :)   @WarszawiAnka   Bardzo dziękuję!  Dziękuję za te słowa i za piękny obraz - "zasłuchana w Słowo gubię kalendarz" - mogłoby być osobnym wierszem! Masz rację, że życie na biegunie się nie sprawdza - to chyba właśnie ta cała trudność - nie wybrać raz na zawsze Martę albo Marię, tylko uczyć się nosić obie naraz, dzień po dniu. Aniołowie faktycznie obiadu nie ugotują - ale chyba dobrze, że czasem przypominają, po co się go gotuje. Pozdrawiam serdecznie! @Charismafilos   Bardzo dziękuję!   Dziękuję za to trafne spostrzeżenie. Rzeczywiście, chyba o to właśnie chodzi - nie o wybór między Martą a Marią, tylko o to, żeby nauczyć się nosić obie naraz, bez poczucia winy za żadną z nich. Cieszę się, że to napięcie tak dobrze się odczytało. Serdecznie pozdrawiam! @wiedźma   Bardzo dziękuję! Cieszę się, że wybrałaś ten - to rzeczywiście jest serce tego wiersza. Masz całkowitą rację- nie chodzi o to, by wybrać "muszę" albo "jestem", tylko żeby nauczyć się z tym pęknięciem żyć. Dziękuję za te słowa. :) Serdecznie pozdrawiam. :) @andrew   Bardzo dziękuję!   Dziękuję za optymistyczny wiersz. :) Serdecznie pozdrawiam. :)    Może i racja, że pouczanie nic nie da, Marta i Maria same muszą się dogadać. A jeśli morze i miły pan pomoże - niech przyjadą czym prędzej, bo na taki lek czekają już zbyt długo.
    • @Simon Tracy Odnośnie Mikołaja to pamiętam jak jako dzieci po przebudzeniu w dniu 6 Grudnia, szybko zaglądaliśmy pod poduszki, gdyż wówczas był taki zwyczaj, że rodzice chowali prezenty pod poduszki na których spały dzieci. Frajda była ogromna,  a oczekiwanie na zobaczenie tego co w środku - jaki prezent przyniósł Mikołaj - trzymało dziecięce emocje na granicy wytrzymałości.  Czasami oczekiwania spalały na panewce, ale radocha z otrzymanych zabawek była niesamowita. Poniżej obraz Jana Steena z XVII wieku.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...