Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Przyjęcie rozpoczęło się w akademiku, ale potem całą ekipą wyruszyli w miasto, krzyczeć, śpiewać i tańczyć. Pod pomnikiem Mickiewicza pijana ekipa podrzucała Młodego tyle razy, ile lat kończył, zaś samo miejsce po raz kolejny przysłużyło im się swoją magią. Wśród studentów Krystian czuł, że nabiera sił, znowu wierzy w siebie, ma pod stopami szorstką materię rzeczywistości. Anita od początku przyglądała mu się z zainteresowaniem, które bardzo szybko zmieniło się w fascynację. Znał takie spojrzenia i już wiedział, że tej nocy nie będzie sam. Nie przypuszczał jednak, że znajdzie w niej coś więcej. Nad ranem Anita zadzwoniła do rodziców, że impreza urodzinowa się przeciągnie, po czym bez namysłu pojechali na Słowację. Krystian odkrył ją całkiem niedawno, podczas jednej z szalonych wypraw, na jakie się wybierał się w weekendy z rodziną lub przyjaciółmi. Po prostu wsiadał w samochód i ruszał przed siebie, bez wyraźnego kierunku i celu.
Słowacja okazała się rajem na ziemi, oazą spokoju, ciszy i bezpieczeństwa. Czekały tam wyludnione góry, bujne lasy, ciepłe źródła lecznicze i dobre jedzenie. Krystian postanowił wracać tam, ilekroć los ześle mu złą chwilę, ale teraz w końcu temu zaprzeczył. Jechał przecież z młodziutką kobietą, dla której stał się ideałem mężczyzny i obiektem wyjątkowo silnej namiętności. Odtąd byli razem.
- Mam ochotę na łyczek wina - zamruczał, gdy na talerzu zostały żałosne resztki. Ujrzał w jej oczach błysk niepokoju, mimo to jednak wyciągnął z lodówki butelkę i przygotował szklanki.
- Musisz? - szepnęła.
- Nie - jęknął przeciągle, robiąc kilka nerwowych ruchów szyją - Po prostu pasuje do kolacji...
Nie lubił się tłumaczyć. Nałóg zdawał się nie wracać. Nie było żadnego ryzyka. Feralnego dnia i przez następny tydzień chlał jak wariat, a potem nagle mu przeszło i tylko od czasu do czasu smakował jakiś dobry trunek. Przez blisko siedem lat nie było w jego domu alkoholu. Później stopniowo zapełniał barek i spiżarnię, by mieć czym częstować gości. A wszystko zaczęło się, gdy urządził dla swoich klientów wyjazd w góry. Upojony życiowym sukcesem wypił toast razem ze wszystkimi i przypomniał organizmowi cudowny smak alkoholu. Przez długie miesiące w ogóle o tym nie myślał, ale wkrótce przyszła kolejna podobna okazja, z tym że wypił, oprócz szampana, także aperitif. I nadszedł dzień, w którym pękło jego niebo, sypiąc mu na głowę odłamki umierającego błękitu.
Od tego czasu zrobił się bardziej śmiały, ponieważ nawrót choroby nie nadchodził, a alkohol wyjątkowo pomagał na stres. Poczuł się wyleczony i oczyszczony, jak gdyby zaczynał życie od nowa.
- Pozmywaj, dobrze? - poprosił, gdy skończyli butelkę - A ja przygotuję kąpiel.
Zostawił ją w kuchni i poszedł do łazienki. Przygotowywanie kąpieli, tak jak gotowanie zawsze było dla niego przedmiotem najwyższej ceremonii. Najpierw starannie wyczyścił wannę, następnie wlał do niej olejki pachnące oraz płyn, a potem pozwolił wodzie wzbierać na jej dnie. Usiadł na muszli klozetowej i w jednej chwili przestawił tryby w głowie na myślenie o sprawach zawodowych. Miał w zasięgu ręki czasopismo AA “Arka” i myśli De Mello. Z żalem pomyślał, że tym razem nie będzie mógł sobie poczytać, choć było to jedyne miejsce, gdzie znajdywał na to czas. Zamiast tego, przyjrzał się nowemu folderowi reklamowemu jego firmy, który przygotował jeden z jego młodych pracowników. Rzecz była śmiała, dowcipna i zachęcająca - w sumie bardzo profesjonalna. Trzeba było tylko nieco złagodzić niektóre sformułowania, jak na przykład “ Upolujemy dla Ciebie każdego klienta”. Zdjęcie z zimowych łowów też mu nie odpowiadało. W tym momencie nic sensownego nie przychodziło mu do głowy, więc pozostawił sprawę na walne zebranie, jakie odbywało się co poniedziałek w jego gabinecie. Na forum ogólnym zawsze ktoś przedstawiał nowe pomysły albo postulował korekty w już realizowanych. Demokratycznie i jawnie. Ostatnimi czasy trochę się ten zwyczaj zagubił, ponieważ warszawska filia odbywała swoje sesje, a śląska swoje. Krystian brał w nich udział w zależności od tego, w którym oddziale akurat przebywał. W stolicy miał od tego młodego dyrektora, którego jeszcze niedawno zamierzał uczynić wspólnikiem. Jarek zdawał się być idealnym człowiekiem do tego celu. Prowadził biuro z taką samą werwą, jak wtedy, gdy był jeszcze szeregowym pracownikiem i musiał zdobywać klientów w ramach telemarketingu. Był przy tym szalenie ambitny. W weekendy studiował zarządzanie i filozofię na dwóch różnych uniwersytetach, w ciągu tygodnia tyrał na chwałę firmy i swoją własną. Spodobał mu się już podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dobrze ubrany, pewny siebie, otwarty. Wkrótce pokazał się też jako doskonały pracownik. Nic nie stało na przeszkodzie, by Krystian uwzględnił go w planach na przyszłość. Dokumenty ratyfikujące status spółki leżały już u prawników, zaś więź między nimi przekroczyła zwykłą relację pracodawca-pracownik. Pozycja firmy, zyski brutto, perspektywy kolejnych sukcesów. Tak, po raz pierwszy od bardzo dawna czuł się szczęśliwym człowiekiem. A niedługo... własne multimedialne wydawnictwo, splendor akcji charytatywnych, małżeństwo...
Westchnął ciężko i przeczesał rzednące z wiekiem włosy. Oddalał przykre myśli, jak długo mógł, lecz wracały wieczorem ze zdwojoną siłą. Oprócz finansowych skutków włamania, wyszły na jaw inne, sprytnie ukrywane przez Jarka kłopoty. Warszawska filia od jakiegoś czasu generowała długi. Prosperowała nie najgorzej, jednak koszty utrzymania biura, mieszkania firmowego i samochodów ciągnęły ją w dół. Dlaczego Jarek mu o tym nie mówił, dlaczego księgowa milczała? Krystian miał najgorsze przeczucia.
Anita wsunęła się bezszelestnie do łazienki i widząc go zgarbionego na muszli klozetowej, uśmiechnęła się promiennie. Odpowiedział jej tym samym. Nie musieli nic mówić. Chwilę później pławili się w ogromnej wannie, przytuleni do siebie tak szczelnie, jakby byli jednym organizmem.
- Chłopaki się wypalają – stwierdził ponuro i nagle opuściła go energia: postarzał się, stracił kolory – Jakieś bzdury wymyślają. Może za długo w tym siedzą... Są monotematyczni, nudni... Marzenia, fantazje, sny... Nie tylko na tym opiera się reklama... Spójrz, kuchenki i lodówki o futurystycznych kształtach.. No, to może przejdzie: REALNY KSZTAŁT TWOICH MARZEŃ albo PRZYSZŁOŚĆ W ZASIĘGU RĘKI. Te dwa wyślę w poniedziałek rano do akceptacji...
Przetarł zroszone czoło. Kiedy pracował, był żywiołem – nie liczyło się nic innego. Skulona przy nim Anita obserwowała go, nie kryjąc fascynacji. Leżeli w wannie nago, lecz w tej chwili całkowicie abstrahowali od swojej cielesności.
- Męczy mnie ta firma produkująca drążki do kabin prysznicowych - odezwał się zmęczonym głosem - Ta kampania wydaje mi się absurdalna.
Zdawał sobie sprawę, że Anita w niczym mu nie może pomóc, ale traktował ją jako słuchacza, partnera do rozmowy, medium odbijające jego myśli. Tyle tylko od niej oczekiwał, ale ona poczuwała się do czegoś więcej. To ją gryzło, choć pewnego progu nie była w stanie przekroczyć. Tak się sprawy miały z większością jego bliskich. Łączyło go z nimi wiele rzeczy, lecz nie te, które bardzo często uważał za najistotniejsze. Mógłby z powodzeniem nawiązać nowe znajomości wśród ludzi interesu i z nimi konsultować zawodowe rozterki, ale nie czuł się wśród nich dobrze. Z reguły byli to ludzie puści w środku, bezwzględnie podporządkowani mocy pieniądza, irytująco pogardliwi dla reszty świata. Nie był w stanie przejść na ich stronę, więc cierpiał samotność człowieka zdanego wyłącznie na własne siły. Jarek był bardzo pomocny, lecz mimo to, nie był kimś, kto rozsądnie doradzi, czy zaproponuje odpowiednią strategię. Był za młody i zbyt niedoświadczony. Był dopiero kandydatem na menadżera. Stąd w większości przypadków Krystian musiał polegać jedynie na sobie, a wcale nie był przekonany, czy podejmuje właściwe decyzje. Wrodzony talent i suma przeczytanych podręczników nie dawały żadnej gwarancji.
- Bo spójrz - zagaił do skupionej na ruchu jego warg Anity - Jaki można znaleźć kontekst dla drążków prysznicowych?
- Nie wiem. Może kąpiel - zasugerowała.
- No? I?
- Wanny to już przeżytek. Są niehigieniczne, zajmują sporo miejsca, zużywają dużo wody...
- Dobrze. Tylko że my nie chcemy wykazywać wyższości prysznica nad wanną. Mamy zachęcić społeczeństwo do używania określonego typu drążków.

  • 2 miesiące temu...
  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

"Przyjęcie rozpoczęło się w akademiku, ale potem całą ekipą wyruszyli... " - tutaj może zamiast "całą ekipą" lepiej byłoby napisać "wszyscy" - tym bardziej, że słowo ekipa powtarza się w następnym zdaniu.

"się wybierał się" - tu zapomniałeś wyrzucić jedno "się"

"...bez wyraźnego kierunku i celu..." - ten kierunek, to wględna i wątpliwa sprawa, więc żeby tego uniknąć, wystarczy usunąć "kierunku i"

"...ilekroć los ześle mu złą chwilę..." - gramatycznie poprawne, ale w życiu mówimy, że mamy złe chwile.

"...ale teraz w końcu temu zaprzeczył" - napisałbym "teraz temu zaprzeczył" - bez "w końcu", a to, ponieważ obiecywał sobie, że będzie jeździć na Słowację, kiedy będzie mu źle w życiu. Wyrażenia "w końcu" używamy wówczas, gdy na pewne wydarzenie czekaliśmy, a teraz nam się ziszcza. W twoim tekście nie było czekania na wyjazd do Słowacji z kobietą.

Zbyt szybkie przejście do dialogu, może warto choć w kilku słowach napisać gdzie para się na tej Słowacji zatrzymała, co robili itd, itp. ?

"Feralnego dnia i przez następny tydzień chlał jak wariat..." - dlaczego feralnego, gdzie feralne wydarzenia, może lepiej napisać "od tego dnia, przez następny tydzień chlał jak wariat"

Później jest dygresja o alkoholizmie bohatera, ja przynajmniej nie wiem po co? Mam wrażenie, że jest niepotrzebna.

"Pozycja firmy, zyski brutto, perspektywy kolejnych sukcesów. Tak, po raz pierwszy od bardzo dawna czuł się szczęśliwym człowiekiem" - lepiej chyba zdanie brzmiałoby "Pozycja firmy, zyski brutto, perspektywy kolejnych sukcesów - to wszystko sprawiało, że po raz pierwszy od bardzo dawna czuł się szczęśliwym człowiekiem"

"...generowała długi..." - przekombinowane, napisz "robiła długi"

"Mógłby z powodzeniem nawiązać nowe znajomości wśród ludzi interesu" - można obracać się wśród ludzi interesu, a nawiązywać znajomości z ludźmi interesu.

Wydaje mi się, że warto byłoby popracować jeszcze nad tym tekstem. Zwłaszcza nad Słowacją. Ciekaw jestem jak tam jest. :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...