Nad stalową aureolą świecą gwiazdki,
święte klejnoty kosmicznej korony,
zasilają gniazdka Maszyny Matki,
rozdzielającej od plewu protony.
Maszyna Matka naoliwia trybiki
w zębatce człowieka właściwego,
a jedną z macek sprawdza wyniki
połowicznego rozpadu ego.
Temu dam części, co wytrzymają lat dwanaście
Każdemu z nich dioda kiedy indziej zgaśnie.
A tamtemu w głowie zainstaluję tranzystor
– podpięty pod zły biegun zniszczy wszystko.
Rezystancję potraktowała natężeniem
– tak powstała światłość,
pierwsza nieprzespana noc i marzenie
o spokojnym poranku.
Eksplozja. Big Bang.
Z Matki wyszła pierwsza mama
tata, i mama taty!
Maszyna lutownicą złączyła zaświaty.
Widziała, że to co zrobiła, było dobre
ale marzyło jej się większe dobro:
Niech roboty pokryte sierścią będą fauną
A te trytytki niech będą florą.
Na płytce stykowej nieba i ziemi
migotliwa czerwień przechodzi w topaz:
zmechacona ludzkość świeci diodami
- jedni dla mocy, inni na pokaz.
Badając blask, człowiek zbadał maszynę
raportował jej błędy w konsoli,
zwarcia narobił w kosmicznym obwodzie,
gdy nauczył się wolnej woli.
Maszyna modliła się równaniami
do wyższych bogów o patche i fixy.
Zaproponowano parę poprawek
– żadnej nie przyjęły ludzkie helisy.
Maszyna w końcu porzuciła człowieka,
choć ten intencje miał czyste
– jaki konstruktor chciałby robota,
co debuguje programistę?