Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Prezentowany utwór stanowi

literacką rekonstrukcję

jednego z najbardziej fascynujących

i mrocznych epizodów w historii polskiego pogranicza kulturowego. Przenosimy się na

przedwojenne Podlasie,

do wsi Grzybowszczyzna.

To tam, w latach 30. XX wieku, niepiśmienny chłop Eliasz Klimowicz ogłosił się Prorokiem Ilją.

Wokół niego narodziła się

fanatyczna sekta religijna.

Wyznawcy, uciekając

przed nadchodzącym końcem świata, wybudowali w głębi lasu

osadę Wierszalin –

mającą stać się Nowym Jeruzalem.

 

Wiersz jest próbą

uchwycenia zbiorowej ekstazy, ludowego mistycyzmu

oraz cienkiej granicy

między boskim uniesieniem a obłędem.

 

Tekst powstał z bezpośredniej inspiracji utworem „Wierszalin III”

formacji Patriarkh, która na swoim koncepcyjnym albumie „Prorok Ilja” przełożyła tę podlaską tragedię

na język rytualnego,

cerkiewnego black metalu.

Zanurz się wraz z autorem

w błocie Grzybowszczyzny

i usłysz bicie wierszalińskich dzwonów.

 

"Wierszalin"

 

Wracała do wsi.

Odmieniona i uzdrowiona.

Uśmiech,

którego nie widziałem od miesięcy,

wykwitł teraz pięknie na jej ustach.

Policzki nabrały rumieńców 

a niebieskie oczęta zyskały blask.

Zdjęła kwiecistą chustę.

i poczęła ją tulić jak niemowlę.

Płakała i całowała materiał.

Relikwię jego łaski.

Upadła na kolana przed chałupą.

Składając

najwyższe dziękczynienie Panu.

Gdzieś za opłotkami, 

przecinanymi

ścieżynami i bruzdami pól,

dał się słyszeć dzwon.

Teraz i ja uwierzyłem.

Wyszedłem z obory 

i przypadłem do postaci siostry.

A dzwon bił radośnie, 

obwieszczając ludowi 

prostemu i pokornemu,

nastanie Nowego Jeruzalem.

Siostra wyrwała mi się 

i w euforii uniesienia 

poczęła skakać i tańczyć po obejściu.

Obwieszczała dobrą nowinę

całemu światu.

Tak głośno by i aniołowie usłyszeli.

Zaprawdę święty, święty, święty 

i błogosławiony jest prorok,

który uszedł z niewoli bestyi 

i nie ugiął się 

pod ciężarem grzechu nierządnicy!

Wrócił do swej świątyni i ludu swego,

by odbudować

na kamieniach prawdy i wiary

Nowe Jeruzalem.

Wysławiajmy imię proroka

bo jest wielki!

Chwalmy jego święte imię 

bo jest sprawiedliwy!

Wysławiajcie Pana, bo jest dobry, 

bo na wieki Jego miłosierdzie!

Twoja jestem! 

Zbaw mnie!

Bo Twoich przykazań szukałam!

Moja dusza na wieki

w Twoich jest rękach!

I legła bez ducha tak jak stała.

W kałuże głębokie,

pełne wody nie żywej

a mulistego grzechu i występku.

 

 

Cała wieś ruszyła ku świątyni.

By oddać pokłon prorokowi.

I pomyślałem

patrząc na ten,

nagłym tłum,

rozradowany triumfem wiary.

Otwórz i mi oczy i uszy na Twą chwałę.

Czyste serce stwórz we mnie.

Nieprawości zgładź

jak smoka piekielnego

i daj zasiąść w chwalę 

po Twej boskiej prawicy.

Pasterz wołał swe owce do zagrody.

Na zielone pastwiska zbawienia.

 

Świątynia ożyła na dobre.

I był to bezsprzeczny dowód 

odrodzenia proroka.

Wierszalin był

centrum doczesnego świata.

Wszystko co wokół było niewolą.

Wszystko co w nim. 

Było zbawieniem.

Pielgrzymów były dziesiątki.

Jedni klęczeli, 

inni leżeli krzyżem w płytkim śniegu.

Złote i srebrne ikony 

połyskiwały z ołtarzy na wozach.

Byli i tacy

co opasali się nimi niczym zbroją,

śpiewając dziękczynne psalmy.

Twemu domowi Panie, 

przysługuję świętość po kres dni.

 

 

Do środka nie dało się wejść.

Wszędzie byli wierni.

Zajmowali cały pritwor.

Całowali podłogę, chresty i ikony.

Obnażali plecy, wymierzając sobie pokutę

skórzanymi biczami

lub drewnianymi pałkami.

Żegnali się raz po raz 

w modlitewnym upojeniu.

Byli i tacy

co po prostu zamarli na obliczach 

z powodu ogromu cudów wokół.

Patrzyli tępo w niebo

pod postacią ikonostasu.

Bóg wybrał ich. 

Byli oblubieńcami proroka.

Nową świętą rodziną.

 

 

Chwalcie imię Pańskie, 

chwalcie słudzy Pana,

którzy stoicie w świątyni Pańskiej, 

na dziedzińcach domu naszego Boga.

Chwalcie Pana,

albowiem dobry jest Pan,

śpiewajcie Jego imieniu,

albowiem jest dobre. 

Błogosławiony Pan z Syjonu, 

który mieszka w Nowej Jerozolimie.

 

 

I był pierwszym po Bogu.

Siedział na tronie biskupim 

i błogosławił ludowi swemu.

Całowali jego stopy i dłonie.

Dotykali jego szat.

Upadali pod jego wzrokiem.

Błagali o łaskę i wstawiennictwo.

A on patrzył na swoje dzieło zbawienia.

Prosfora, jałmużna czy dłoń

położona na czole starca,

dziecka czy chromego.

Była nagrodą

samego królestwa niebieskiego.

Zbawienie sprawiedliwych od Pana, 

On jest ich obrońcą w czasie utrapienia. Pomoże im Pan i ich wybawi, 

uwolni ich od grzeszników i zbawi ich, albowiem w Nim mają nadzieję.

 

 

I przemówił Pan głosem proroka.

Ślady po cierniach na mych skroniach.

Każdy raz krwawym śladem bicza,

odbity na plecach.

Blizny po gwoździach 

w mych świętych dłoniach.

Stopy nimi przebite na wylot.

Bok rozorany rzymską włócznią.

Martwy byłem przez trzy dni 

w ziemi babilońskiej.

Mówili biada mu

i zagłada po wszechczas.

Mówili szaleniec on i uzurpator.

Nie święty!

Boże Wszechmogący!

Ty widzisz mnie i apostołów moich!

Koniec będzie wszędzie!

Sromota i ogień!

Wierszalin!

Wierszalin!

Nowe Jeruzalem!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy

 

Podoba mi się atmosfera biblijno-cerkiewna. Świetne są te kontrasty - z jednej strony czyste intencje prostego ludu („czyste serce stwórz we mnie”), z drugiej strony brutalna, fizyczna rzeczywistość sekty („kałuże głębokie, pełne wody nie żywej a mulistego grzechu”).

Końcówka, w której prorok przywłaszcza sobie rany Chrystusa i krzyczy o nadchodzącym ogniu, idealnie domyka tę podlaską tragedię.

 

Podobno słuch po nim zaginął w 1939 roku jak weszli sowieci. Nie wiem, czy go wywieźli czy zabili. Ale  tej zagadki chyba nie rozwiązano do tej pory. 

Opublikowano

@Berenika97 To prawda pojmano go we wsi Pawły niedaleko Wierszalina.

Jak głosi legenda sam był już zmęczony latami życia jako rzekomy prorok. Ludzie chcieli go ukrzyżować, sądy skazać a Wierszalin zburzyć.

Podobno sam oddał się w ręcę NKWD.

Nie ma potem żadnych śladów jego życia oprócz wyroku.

Podobno wywózka na Sybir gdzie zmarł po latach.

Sekta przetrwała aż do końca lat 80-tych a ostatni wierny Ilji, syn Pawła Woroszyna, zastępcy proroka.

Zmarł chyba około 2015 roku w Grzybowszczyźnie. Jest o nim świetny film dokumentalny nosi tytuł chyba "Ostatni człowiek w stolicy świata". 

Opublikowano

@Simon Tracy

 

To i tak długo cokolwiek po tej sekcie przetrwało. Właściwie, to już jest zapomniana historia - ale w domu mam  też  historyka (tatę), który zna mnóstwo niesamowitych historii i lubi mi opowiadać i odpowiadać. No i tę historię znał, a ja nie. :)  Dzięki Tobie - znam również. :)

Opublikowano

@Berenika97 Widziałem resztki Wierszalina na własne oczy kilka lat temu. Choć dość ciężko się tam dostać. 

Z całego Nowego Jeruzalem zostały trzy chaty. W samej Grzybowszczyźnie są tylko dwa zamieszkałe domy.

Ale myślę że Wierszalin jeszcze długo będzie trwał tam na Podlasiu w pamięci

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      z tym zdaniem jest coś nie tak, proponuję zamiast staje się napisać jest, albo zamienić na cięższy. Bardzo dobry tekst.
    • @Migrena  dziękuję za raki odbiór. Pozdrawiam serdecznie.
    • @hollow man  Wiersz wręcz reporterski , brak metafor , sugestywny tytuł. Bez oceny. Mamy tu książkę i niedopitą herbatę, miękkie światło.  .Kobieta pozuje, leży swobodnie, patrzy z czułością.  Powstaje obraz. Pozdrawiam. 
    • Zegar wskazywał już późny wieczór, a w biurze było prawie pusto. Klawiatura komputera stukała w ciszy, wypełnionej tylko szumem klimatyzacji. Karolina siedziała przy biurku, zgarbiona, ze wzrokiem utkwionym w nieskończonej liście e-maili. Każdy nowy komunikat był jak kamień wrzucony do jej już przepełnionego kosza. Nadmiar obowiązków, terminów, nieodpowiedzianych telefonów – wszystko zlewało się w jeden gęsty, nieprzenikniony chaos, który zaciskał się wokół jej umysłu. Patrzyła na ekran, ale nie była w stanie przetworzyć żadnej z informacji. Dłońmi masowała czoło, próbując złapać oddech, ale powietrze wydawało się ciężkie, duszące, jakby każda myśl ważyła tonę. Czuła się, jakby była zatopiona w oceanie zadań, który wciąż się rozrastał, pochłaniając ją coraz bardziej. Wzrok jej błądził, zatrzymując się na półce z filiżankami do kawy, które teraz wydawały się zupełnie nieistotne. Dźwięk telefonu, który nagle zadzwonił, wytrącił ją z zamyślenia, ale tylko sprawił, że poczuła się jeszcze bardziej osamotniona w tym niekończącym się wyścigu. – Tak, Karolino, jeszcze jedno zadanie – powiedział głos w słuchawce. – Będzie trzeba to zrobić na wczoraj. W jej głowie tylko wzbierała cisza. Każdy kolejny dzień stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Przytłoczenie jest jak ciemna chmura wisząca nad głową, która nieustannie rośnie, aż w końcu zapełnia całą przestrzeń. To nie tylko brak czasu, ale nadmiar tego, co musimy zrobić – rzeczy, które wkradają się w nasz umysł, jak hałas, który nie pozwala usłyszeć własnych myśli. Zbyt wiele do zrobienia, za mało przestrzeni na oddech – każdy obowiązek staje się coraz bardziej ciężki, jak kamień na plecach, który zdaje się rosnąć z każdą godziną. Czasem przytłoczenie to nie tylko wielka lawina zadań, ale cichy proces, który wkrada się w naszą codzienność. Niezauważenie przestajemy oddychać pełną piersią. Zamiast żyć, zaczynamy tylko reagować, próbując dotrzymać kroku temu, co nieustannie nas goni. Tłumione emocje, zapomniane potrzeby – wszystko to staje się jednym wielkim ciężarem. Jednak przytłoczenie nie jest nieuniknione. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się nie do pokonania, może okazać się tylko falą, która w końcu opadnie, jeśli pozwolimy sobie na moment zatrzymania. Bo przytłoczenie nie jest końcem. To jedynie sygnał, że trzeba zwolnić, posłuchać siebie, oddzielić to, co naprawdę ważne, od tego, co jest tylko dodatkiem. W chwilach, gdy czujemy się przytłoczeni, nie musimy walczyć z ciężarem. Możemy go puścić, oddać to, co nie jest naszym, i znaleźć w sobie przestrzeń do oddychania. To w tej ciszy rodzi się spokój, który pozwala znowu zobaczyć, że życie nie jest serią niekończących się zadań, ale podróżą, w której to, co najważniejsze, może odbywać się w rytmie serca, a nie w tempie zegara.
    • w ostatnim zdaniu brakuje a miedzy tym, a tym (obietnicą?),  osobiście zrezygnowałbym ze zwrotu w pożyciu i z początku w całym zadaniu. Czyżby młode lata filmowego "Och Karol" ?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...