Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Odbiliśmy od nabrzeża.

Sternik skierował prom

silnie na sterburtę,

pozwalając by śruby

złapały energię nurtu.

Delta rzeki była jak zawsze spokojna.

Zakole portu pamiętało jeszcze czasy francuskich eskard

i niewolniczych barek.

Wszędzie tylko grząski muł, 

czarne cuchnące błoto 

i brunatne, nieprzejrzyste fale.

Taka była powierzchnia.

Klucz do prawdziwego koszmaru.

 

 

A było nim dno.

Pełne tanich oparów bimbru,

duchów secesyjnych posiadłości,

upiorów dawnych zarządców plantacji,

czarnych potomków kultystów 

voodoo i hoodoo.

Zioła, kości i krew 

na poświęconych kartach tarota.

Dym czarnych świec,

okadzający nagie, spocone ciała.

Młode wiedźmy z dredami na głowie,

szepczące w

ciemnych zaułkach strychów 

zaklęcia ochronne,

ze starych, nadpalonych woluminów.

Przywołani z niebytu 

zaoranych przed laty cmentarzysk.

Lgną ochoczo słowa dusz,

na języki kapłanek.

 

 

Namorzynowy las był głuchy.

Ginęło w nim światło i dźwięk.

Ludzie także.

I to nie w paszczach 

ukrytych w toni aligatorów.

Był to swoisty labirynt natury.

Nie tej dobrej i ułożonej.

A dzikiej i sadystycznie szalonej.

Wysepki wyrastały z bagien.

Liche, kruche i niestabilne.

Oczy drapieżników śledziły każdy krok.

Czasami jedynie

rzeka wydała cichy plusk,

szuwary zaszeleściły 

szargane nie wiatrem a grozą.

Drzewa pękały z trzaskiem 

osuwając się do wodnego grobu.

Ptaki milczały.

Nie ze strachu a z klątwy ciszy.

 

 

Gdzieniegdzie dostrzec można było 

zalążek ognia czy dymu.

Ogniska miejscowych metysów.

Czerwonych diabłów tych włości.

Mieszkali daleko w lasach

lub na samotnych

odizolowanych wysepkach.

Po nocach niosły się odgłosy bębnów.

Modlitw i błagań do prastarych bóstw.

Kultów wyklętych przed wiekami.

Skakali dziko przez ogień,

wychwalając imiona zapomniane

o których ludzkość 

nie powinna mieć już wiedzy.

 

 

Płynąłem do domu.

Wracałem z ciemności do światła.

Prom wszedł na kurs.

Mijał rybackie łodzie i kutry.

Stare motorówki i łodzie wiosłowe.

Barki załadowane węglem.

Promy i statki pasażerskie 

a nawet mniejsze okręty 

marynarki i straży przybrzeżnej.

 

 

Na Long Brigde wjechała 

z donośnym gwizdem 

lokomotywa ze składem.

Mijała te wszystkie domy, gospodarstwa, farmy i cmentarze.

Pełne historii, bólu, łez i rdzy.

Ten skład nazywają

imieniem tego miasta.

Jego synem i dumą.

Na gwizd lokomotywy 

odpowiedziały syreny

morskich jednostek.

Byliśmy wolni.

Czując jednak cały czas,

ołowianą kulę z łańcuchem przy nodze.

 

 

 

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...