Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*
Znów ten sam koszmarny sen:
Leżę na kanapie w swoim mieszkaniu i nie mogę zasnąć.
Na pozór wszystko jest w porządku. Stół, fotele, fortepian. Wszystko stoi na swoim miejscu. Balkon lekko uchylony wprowadza do pokoju powiew nocnego, chłodnego powietrza.
Wiercę się bez przerwy z boku na bok. Bez skutku. Wpatruję się w sufit. Ręka bezwładnie opada mi na krocze. Podniecam się ale po chwili przestaję. Nie mam sił na onanizm. Odwracam się na brzuch i wbijam twarz w poduszkę. Duszę się. Chwytam narożnik poduszki i wpycham go sobie do gardła. Brakuje mi powietrza. Kaszlę. Uspokajam się.
Liczę. Nie wiem dokładnie co liczę. Cokolwiek. Coś co można policzyć przynajmniej do siedemdziesięciu siedmiu. Właśnie przy tej liczbie mylę się najczęściej i wtedy albo przestaję albo zaczynam od nowa. Raz...dwa...trzy...cztery...
To właśnie wtedy nadchodzi ten moment. Zaczynam zastanawiać się czy czasem już nie zasnąłem. Płynne przejście z rzeczywistości do krainy marzeń. Chwiejny limes jawy i snu. Na początku próbowałem krzyku ale po kilku staraniach doszedłem do wniosku, że i tak przecież nikt mnie nie usłyszy.
Szczypię się ale wciąż tkwię w tym samym miejscu swej niewiedzy. Mam dylemat. Dalej próbować zasnąć, czy poczekać aż ten koszmar się skończy i nadejdzie nowy dzień?
Wstaję. Podchodzę do fortepianu. Siadam i gram. Zawsze te same dźwięki. "Sen o Victorii". Gram właśnie sen, bo znam go najlepiej. Ale muzyka nie płynie. Z fortepianu dobiega cisza, zupełnie jakby ktoś wyłączył moją duszę.
Wtem rozlega się przeraźliwy krzyk małego dziecka, potem płacz. Biegnę do drzwi łazienki ale są zamknięte. Dziecko płacze a ja stoję, szarpię drzwi i nic nie mogę zrobić. Nie potrafię otworzyć tych pieprzonych drzwi. Jestem zupełnie bezradny.
Ktoś ciągnie mnie za rękę i wtedy sen odchodzi.

Obudziłem się sam. Zawsze pierwsza noc w nowym miejscu, w nowym otoczeniu jest bardzo spokojna. Ta była wyjątkowo spokojna. Nie tracąc czasu na czynności zbędne nałożyłem sportowe buty i wybiegłem jak każdego ranka rozprostować kości.
Cudowny poranek. Pogoda wyśmienita. Miasto jeszcze we śnie. Lekkie powietrze po deszczowej nocy wdziera się z impetem w moje nozdrza. Czuję lekki chłód, delikatny wiatr. Mięśnie początkowo zaspane, leniwe, nabierają powoli właściwego rytmu. Już pracują na najwyższych obrotach i niosą mnie przed siebie. Nie mogę się zatrzymać. Nie chcę. Łapię regularny oddech, stopy układają się same w rytmie biegu. Mijam ludzi, którzy dziwnie się na mnie patrzą, piekarnię, kościół, skręcam w leśną dróżkę i wbiegam do lasu, gdzie nie słychać już cywilizacji. No może z wyjątkiem sygnału karetki pogotowia, której nie sposób nie słyszeć.

Mniej więcej o tej samej porze, gdzieś na drugim końcu miasta Starsza Pani z trudem wstaje z łóżka. Szuka kapci mrucząc coś niewyraźnie pod nosem. Zgarbiona, z grymasem bólu na twarzy, kieruje się w stronę łazienki. Każdy krok jest dla niej potwornym cierpieniem. Nogi sine, całe w żylakach odmawiają posłuszeństwa.
Na korytarzu panuje półmrok, który przechodzi w ciemność. Światło słoneczne nie dociera tu ani od wschodu ani od zachodu.
W połowie drogi do łazienki przystaje. Musi chwilę odsapnąć.
Starsza Pani nie ma nikogo kto mógłby się nią opiekować. Czasem sporadycznie zajrzy tu jej córka. Przychodzi i wciąż zadaje te same pytania:
-Co u ciebie mamo?, Jak się mama czuje? Czy coś mamie nie potrzeba? – posiedzi chwilę, zrobi mamie zakupy, które wystarczą na dwa tygodnie, wypije kawę i ulatnia się jak kamfora. Nawet nie posprząta. Nie posprząta bo niepotrafi. Zarabianie pieniędzy jest dla niej ważniejsze niż elementarne czynności domowe. Nie sprząta, nie gotuje, nie pierze, nie ceruje. Robi karierę. Czasem prosi Starszą Panią, by zajęła się jej Kasieńką, bo nie ma jej gdzie zostawić na czas służbowego wyjazdu. Starsza Pani z miłości do swojej córki i do małej Kasieńki spędza cały dzień ze swoją jedyną, ukochaną wnuczką. Dziś jest właśnie taki dzień.

Zatrzymałem się w Poznaniu na parę dni. Wróciłem do tych miejsc, do chwil, do wspomnień, które nie dają mi spokoju. Zajrzałem na chwilę do miasta, któremu oddałem najlepsze lata swojego życia. Wszystko tu kojarzy mi się z Tobą.
-Pamiętasz ten hotel? Naszą pierwszą wspólną noc? Byłaś taka piękna, taka niewinna. Zawierzyliśmy wtedy sobie naszą wspólną namiętność, nasze życie. Pamiętasz tę małą kawiarenkę przy poczcie, w której podają najlepsze desery świata? Zajrzałem tam i pytałem o Ciebie bezskutecznie. Przechodziłem pod balkonem twojej pierwszej mansardy. Kiedyś machałaś do mnie ręką na powitanie z uśmiechem na twarzy, którą oślepiał blask porannego, letniego słońca podkreślając delikatne piegi. Dziś tylko szelest ptasich piór na kondygnacjach.

-Lubisz tosty z dżemem prawda?- stwierdza pytająco Starsza Pani. Kasieńka nie odpowiada, kiwa tylko głową w celu potwierdzenia babcinych słów. Babcia sama nauczyła ją, że z pełną buzią się nie mówi. Przepyszne śniadanie na słodko. - Dziś jest bardzo ładna pogoda kochanie. Pójdziemy tam gdzie lubisz chodzić najbardziej. - Kasieńka odkłada na chwilę jedzenie i rzuca się Starszej Pani w objęcia. Przytulają się do siebie i trwają w uścisku kilkanaście sekund mimo potwornego bólu, który miażdży kręgosłup Starszej Pani.

Właśnie wychodziłem z Empiku z nową książką gdy zadzwonił telefon. Odebrałem, wysłuchałem przez kilka minut co mają mi do powiedzenia, oświadczyłem, że się zwalniam i wyłączyłem go. Skierowałem wzrok ku słońcu by zaczerpnąć życiowej energii. Nigdy w życiu nie byłem bardziej szczęśliwy i zadowolony z siebie.
Szkoda, że nie ma Cię przy mnie właśnie teraz. Nie mogę chwycić Cię za rękę, opowiedzieć o tym wszystkim, przejść świętym Marcinem z podniesionym czołem w geście triumfu jak król przechadzający się po zamkowych zakamarkach. Zabrałbym Cię nad rzekę jak wtedy. Zostawiliśmy za sobą hałas pędzących samochodów, autobusów i tramwajowych kół stukających o stalowe połączenia szyn. Wpatrzeni w nurt Warty, wyobcowani ze wszystkiego co naszej miłości nie dotyczyło czerpaliśmy z życia to co najlepsze. Sami dla siebie. Tylko Ty i ja. Pamiętasz jak tańczyliśmy na starym rynku? Ludzie patrzyli na nas, ale my, zakochani, spójni marzeniami w dualiźmie sercowych westchnień, trwaliśmy w tańcu bez końca. Zupełnie jakby czas zatrzymał się w miejscu tylko dla nas. Pamiętam jak upaprałaś się hot dogiem z zielonej budki na teatralce. Zamarłaś w bezruchu a ja namiętnym pocałunkiem zlizałem z Twych ust cały majonez. Pamiętasz? Potrafiliśmy śmiać się godzinami, dyskutować całymi dniami, kochać się każdej nocy, tęsknić za sobą tygodniami, wracać do siebie miesiącami. Umieliśmy wspólnie żyć. Chwilą.
Wróciłem Tu Madziu a za mną przybiegły wspomnienia, przybiegłaś Ty, choć wciąż nieobecna namacalnie to jednak wciąż Ty i wszystko co piękne w moim życiu.
Wsiadam w ośemkę na Kaponierze i pędzę dwa przystanki do parku Wilsona, do swej samotni. To chyba jedyne miejsce w tym mieście, gdzie nigdy nie byliśmy razem. Przychodziłem tu sam zawsze wtedy gdy działo się coś niedobrego, gdy było mi smutno. Nie chciałem byś patrzyła na moje łzy, na mój strach przed życiem, na moją bezsilność wobec własnych słabości.
Park nie stracił nic na swojej urodzie. Stary, poczciwy Wilson wita mnie. Zaprasza do swego domu. Przyjmuję zaproszenie. Siadam na swojej ulubionej ławeczce. Miałem zamiar poczytać ale nie mogę się skoncentrować. Boże! Jak tu pięknie!
Konary drzew nad stawem zaopatrzone obficie w liście zatrzymują część słonecznych promieni. Kaczki na wodzie lgną do chleba, rzucanego przez ludzi z mostka. Ścieżki solidnie wypielęgnowane. Czyste. Ludzie zatrzymują się tu na chwilę w odpoczynku przed południowym skwarem. Sobotnia cisza miesza się z akustyką ulicy Głogowskiej.
Pamiętam nasze rozstanie. Ten jeden jedyny raz zabrałem cię tu. Chciałem byś zrozumiała kim naprawdę jestem, czego od życia potrzebuję, gdzie jest mój prawdziwy dom, moje powietrze ale Ty nie chciałaś tego rozumieć. Jedna, jedyna rzecz, która nas rozłączyła i sprawiła, że przestaliśmy się kochać. Zawsze ciągnęło cię do świata, do pieniędzy, do ludzi. Z wiekiem zrozumiałaś, że nie możesz być z kimś, kto żyje tylko marzeniami, z kimś kogo cieszą najdrobniejsze rzeczy. Chciałem nauczyć Cię wrażliwości ale nie udało mi się. Zrozumiałem, że jesteś stworzona do życia w ciągłym ruchu, że jesteś kobietą sukcesu a ja tylko facetem z marzeniami. Nie mogłem już dłużej z Tobą być.
Odkładam na moment książkę. Nie jestem wstanie nic przeczytać. Spoglądam na staw. Starsza Pani bawi się nad jego brzegiem z małą dziewczynką. Po chwili Starsza Pani siada obok mnie na ławeczce. Dziewczynka rzuca chleb do wody.
Nie, to nie możliwe.
-Pani Maria?- Starsza Pani patrzy na mnie i próbuje sobie przypomnieć. Ułatwiam jej. - Pewnie mnie pani nie pamięta. Kilka lat temu spotykałem się z pani córką.- podaje jej dłoń. Starsza Pani uśmiecha się, ściska moją dłoń, próbuje coś powiedzieć, ale nagle słabnie i stopniowo traci przytomność. Osuwa się ziemię. - Pani Mario? Słyszy mnie pani? Pani Mario? Co się dzieje? Ludzie! Niech ktoś wezwie pogotowie! Trzymam kurczowo jej dłoń aż do przyjazdu karetki. Kasieńka stoi przy nas i płacze. Nie rozumie co się tak przed chwilą wydarzyło. Patrzę na nią i chyba też nie bardzo rozumiem.
Zanim sanitariusz zatrzasnął drzwi karetki usłyszałem jak Starsza Pani wyszeptała:
-Wiedziałam, że kiedyś Cię tu spotkam Jakubie. - potem odjechali do szpitala.
Kasia złapała mnie za rękę. Spojrzałem na nią. Była bardzo podobna do swojej mamy. Tak bardzo podobna. Podała mi swój telefon a na wyświetlaczu widniał napis: "MAMA"
Reszta, jak mawiają, jest milczeniem. Z resztą i tak bardzo łatwo się domyśleć jak zakończył się dzień z życia dwojga ludzi.

Opublikowano

Piotr
zamysliłam sie na moment...i chyba o to chodzi - o osobistą refleksję.
niczym pająk utkałeś swoje opowiadanie, misternie lecz według planu !
nie czytałam twoich opowiadań lecz napewno nie raz podąże twoim krokiem.
pozdrawiam

Opublikowano

Przyznaje się, że przeczytałam Twój tekst z sentymentu do Poznania i nie zmarnowałam czasu. Tekst ma specyficzny klimat i skłania do refleksji. Warto by jeszcze dopracować np. fragment z karetką. Zakończenie bardzo dobre.

pozdrawiam serdecznie, Magda
ps mógłbyś jeszcze usunąć błędy ( wstanie, niepotrafi), bo gryzą się z Twoimi "umiejętnościami" literackimi:)

Opublikowano

po kilku staraniach doszedłem - próbach
wtedy sen odchodzi- co sądzisz o słowie "pierzcha"?
wybiegłem jak każdego ranka rozprostować kości- może jestem upierdliwy, ale cos mi w tym zdaniu nie pasuje
Mięśnie początkowo zaspane- może lepiej zastałe, lub odrętwiałe?
dziwnie się na mnie patrzą- "się"- do kosza
gdzie nie słychać już cywilizacji- dopisałbym "odgłosów"
Co u ciebie mamo?, - zbędny przecinek
Czy coś mamie nie potrzeba?- czegoś
Nie posprząta bo niepotrafi- Nie posprząta, bo nie potrafi
Zajrzałem tam i pytałem o Ciebie bezskutecznie- Zajrzałem tam i pytałem o Ciebie- bezskutecznie, lub: Zajrzałem tam i bezskutecznie pytałem o Ciebie
król przechadzający się po zamkowych zakamarkach- nie po komnatach?
Zabrałbym Cię nad rzekę jak wtedy- interpunkcja
ośemkę - ósemkę
zawsze wtedy gdy- zawsze wtedy, gdy
rzucanego przez ludzi z mostka- według mnie z mostku (z mostka- byłoby wówczas, gdyby rzucali z tej kości, która znajduje się na przodzie klatki piersiowej)
bezsilność wobec własnych słabości - nie wiem dokładnie w czym rzecz, ale coś mi zgrzyta
Ludzie zatrzymują się tu na chwilę w odpoczynku przed południowym skwarem - może zamiast "w odpoczynku" wstawisz "szukając schronienia"?
Nie rozumie co się tak przed chwilą wydarzyło- ja yteż nie rozumiem (tego zdania)
Z resztą - zresztą
Chyba zapomniałes napisać do kogo (prócz mamy) była podobna Kasieńka :)))))))

Bardzo ładna, wzruszająca historia. Brawo!

Opublikowano

piękna ta pocztówka
znów urzekły mnie Twoje słowa, najbardziej zakończenie...jak westchnienie cicho otwieranych drzwi

przepraszam, że tak krótko, ale jestem bardzo zmęczona...nicnierobieniem, a raczej niemocą...na tyle spraw nie mamy wpływu

Opublikowano

strasznie mi się podoba! początek o śnie ,który nie wiadomo czy jest- dzisiaj tak miałam i od razu mnie wciągnęło:) Naprawdę dobry kawałek tekstu, smutny trochę, ale prawdziwy...brak mi słów:)pozdrawiam bardzo:*

  • 3 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...