Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

57. Bębny Tyru, bębny we mnie

(narrator: Agrianin)

 

1.

 

Nie pytaj starca
czy morze da się ujarzmić –
odwróci wzrok.

 

2.

 

Wbijałem palik
a fale lizały mi
kostki jak psy.

 

3.

 

Ogień z nieba spadł –
płoną tratwy, a ludzie
krzyczą jak mewy.

 

4.

 

Kiedyś wierzyłem,
że morze to tylko lśnienie –
dziś wiem, że pożera.

 

5.

 

Patrzyłem, jak brat
zsunął się z belki w płomienie
i zniknął w pianie.

 

6.

 

W krwi i soli znów
łapiemy rytm młotów –
to pieśń bez słów.

 

7.

 

Słyszę już bębny
Tyru, ale też bębny
bijące we mnie.

 

8.

 

W nocy nad morzem
śpiewałem, bo myślałem,
że nie słyszy nikt.

 

cdn.

Opublikowano

@Poet Ka Samotność i pewna alienacja jest jednym z motywów przewijających się w poemacie. W obliczu ostateczności w końcu zawsze człowiek zostaje sam.

 

Śpiewaj dla siebie.

Bo nikt ci nie odpowie.

Sam jesteś, żołnierzu. 

 

Patrzysz jej w twarz.

Nie mruga, nie lituje się.

Czeka na ciebie.

 

Pozdrawiam

Opublikowano

@Łukasz Jurczyk

 

Narratorem jest wojownikiem, ale jego głos jest pełny lęku i poczucia bezsilności.

Tyryjczycy użyli statków-pułapek wypełnionych materiałami łatwopalnymi - stąd "ogień z nieba".

Morze na początku wydaje się oswojone i uległe ale później staje się żywiołem, który pochłania i "pożera". W połączeniu z wojną natura potęguje zniszczenie i śmierć.

 

Ta część brutalnie opisuje koszmar bitwy. Ludzie płonący na tratwach "krzyczą jak mewy" - to porównanie odziera ich z ludzkich cech, redukuje do zwierzęcego instynktu przetrwania.

 

Strofa 7. to psychologiczne podejście - zewnętrzne zagrożenie stapia się z wewnętrznym stanem wojownika ("bębny bijące we mnie"). To uderzenia jego własnego serca, które symbolizują panikę, stres bojowy i świadomość nieuchronnego starcia.

Praca przy budowie grobli po ataku staje się sposobem na przetrwanie. To "pieśń bez słów" -tu jest tylko wycieńczająca, fizyczna praca i instynkt życia.

Samotny śpiew w nocy to wyciszenie, moment, w którym twardy wojownik może pozwolić sobie na bezbronność.


 

Krew na falach lśni,

z nieba spada deszcz ognia,

bęben w piersi drży.


 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

wierzyłem morzu

na jego dnie zwątpiłem

nie widząc lśnienia

 

Śpiewaj Orfeuszu. Jest tylko morze. Przypomniała mi się planeta Solaris i jej myślący ocean. Ludzie nie potrafili go zrozumieć, dlatego zwątpili w niego i siebie. Jedno z nich musiało zginąć - oni lub myślące morze/ocean.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...