Gdzie ciemność nie pozwala spojrzeć
tam pomieszczenie za drzwiami,
wejście z pożółkłej nocą ulicy,
gdy na niebie srebrzący się pyłem księżyc
wskazuje drogę do gwiazd, iskier przedwiecznych
połyskujących bielą złotych klamek ku życiu.
Napatrzyłem się na Twoje lśniące brwi,
tryskające nienawiścią w bloku z boleści
by odjeść w czeluść parteru
i pustym korytarzom powiedzieć dziękuję
jak w próżni wyrzec słowa pożegnania,
czarna dziura w sercu
Wspomnienia wpadają, a sny wychodzą
jak między rzeczywistościami krok,
ta masa doświadczeń,
przygniata mnie do dni minionych
by w ten brudny bląd Twoich kręconych włosów
znów wedrzeć się jak złodziej w myśli
Tam skradłem wiarę sobie,
i poszedłem z nią znajomą ulicą
by wejść i zobaczyć migające żyrandole
przekazu, który nie zakotwiczył
i nie kotwiczy wciąż,
sława, opuściłaś mnie Semiramis
Teraz ja Apollo, niczym jabłko grzechu
wyrastam tu i ówdzie jak duch,
w jądrze ziemi biel niezauważona,
doświadczony znów, nawozem chwil,
nie puszczam ziaren
by wyrosły z nich wszczepione w życie gałęzie