Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dzień dobry. Pod "presją" 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

społeczności postanowiłem poprawić wczorajszy wiersz. Nie jest najlepszy, ale chyba lepszy niż wczorajszy. Tamten niechcący usunąłem. Za co przepraszam. Link do nowej wersji poniżej:

 

 

Dookoła wiosna życiem pachnąca

Trwa atmosfera przyjemna i lekka

Dłoń Twoja moją potrąca

Taka delikatna – tak miękka

 

Słońce – niebo prawie bezchmurne

Słychać gdzieś ptaków świergoty

Dla jednych to trele durne

Dla mnie to znak, że – to Ty

 

I patrzymy na dwa obłoki

Co fruną niebem szerokim

Te dwie jedyne chmury

Większe niż wokół góry

 

I słuchamy odgłosu lasu

Tak mało zostało czasu

By zbliżyć się, pocałować

I uczuć przed sobą nie chować

 

Razem w cieniu drzew siedzimy

Rozmawiając o niczym i wszystkim

I w myślach, i zdaniach błądzimy

Tak pewni siebie przy tym

 

Słowa drżą i w powietrzu dzwonią

Ciche i z uśmiechem mówione

Znów potrącasz mnie swoją dłonią

I krew napływa w skronie

 

I patrzymy na dwa obłoki...

 

Miło czuć dotyk Twojego ciała

I patrzeć w oczy radosne

Oby ta chwila długo przetrwała

I nadzieja powitała wiosnę

 

Wiosnę, co zacznie lata wątek

Chmur już nie będzie na niebie

To miłości gorącej początek

Dla nas – dla mnie, dla Ciebie

 

I patrzymy na dwa obłoki...

 

Tak chciałbym, aby ta chwila

W wieczność się przeciągnęła

To co dobre niestety przemija

I dotyk, i dłoń – która drgnęła

 

Na niebie orzeł wywinął

Dwa kręgi jak w tańcu wita

Dziś nas pocałunek ominął

Wieczór za progiem zakwita

 

I patrzymy na dwa obłoki...

 

Więc żegnam Ciebie z zawodem

Że to nie dziś, że nie czas jeszcze

Lecz nie jest to smutku powodem

Bo miłość, którą w sercu mieszczę...

 

I patrzymy na dwa obłoki...

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...