Ja:
Chciałabym być drapieżnym ogniem,
co trawi bez pamięci -
dzikim pożarem, który bierze nie pytając,
zostawiającym na twojej skórze
żar i zapach.
Ty:
Będę wichrem,
co niesie twój płomień nad krawędzią -
nie pozwolę Ci zgasnąć,
dopóki nie spłoniemy w sobie do cna,
do ostatniej iskry.
Ja:
Chciałabym być wzburzonym morzem w godzinie sztormu,
słoną falą rozbijającą się o nagie skały,
głębią, co wciąga w mrok
i obiecuje rozkosz.
Ty:
Będę miejscem,
w którym burza cichnie.
Przyjmę napór,
każdy ciężar twojej fali,
aż w końcu zatonę
w tobie.
Ja:
Chciałabym być Twoim zmierzchem,
krótkim światłem między dniem a nocą,
chwilą, w której wszystko milknie
i można być bliżej,
nie troszcząc się o nic.
Ty:
Będę ciszą,
w której ten zmierzch odpoczywa,
cieniem, co kładzie się obok -
nie by zabrać światło,
lecz by je zatrzymać.
Będę twoim spokojem.
Ja:
Chciałabym być winem na twoich wargach,
grzechem smakującym najlepiej przed świtem,
gorącem i nienasyceniem.
Ty:
Będę pragnieniem, którego nie ugasi poranek.
Oddam ci każdą chwilę,
zamykając cię w moim ciele.