Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

- Halo? Krystian Tymon z Centrum Reklamy Aktywnej. Chciałbym potwierdzić nasze poniedziałkowe spotkanie. Zgadza się, panie prezesie. O dziesiątej. Kłaniam się. Miłego weekendu.
Odłożył telefon na półeczkę ponad deską rozdzielczą i zamyślił się. To było już chyba wszystko, co miał do zrobienia. Zmierzchało. Pędził autostradą z Katowic do Krakowa z prędkością 200 kilometrów na godzinę. Kolejne samochody potulnie zjeżdżały na prawy pas, ustępując mu miejsca. Zawsze podróżował w ten sposób - szybko, zdecydowanie, czasem niezbyt bezpiecznie. I w ten sam sposób żył.
Był już właściwie weekend. W piątkowe popołudnie i wieczór ludzie rozpoczynali swoje, przez cały tydzień wyczekiwane wypady - stąd na drodze panował spory ruch. Krystian zerknął we wsteczne lusterko i uśmiechnął się bezczelnie. Czasem zdarzał się ktoś, kto jeździł szybciej niż on. Tym razem było to czarne Mondeo, które od paru sekund wyraźnie następowało mu na ogon. Nie był w stanie z nim konkurować, więc łagodnie uskoczył na prawy pas i pozwolił się wyprzedzić. Mondeo minęło go z szybkością przekraczającą 200 kilometrów na godzinę i lada chwila miało zniknąć mu z oczu. Tak się jednak nie stało. Krystian ze zdumieniem spostrzegł, że Mondeo zjechało na prawy pas i raptownie zwolniło. W ciągu kilkunastu sekund znalazł się tuż za nim i wypadało mu wyprzedzać. Włączył kierunkowskaz i znów pomknął pustym pasem. Nic z tego nie rozumiał, ale nie chciało mi się nad tym zastanawiać. Po jakimś czasie zerknął w lusterko. Mondeo ponownie siedziało mu na ogonie. Mało tego - jego kierowca migaczem poganiał go, by ustąpił. Krystian roześmiał się wesoło. Uśpiony duch rywalizacji przebudził się w nim i domagał przyjęcia wyzwania. Krystian wcisnął gaz do dechy i zaczął kiwać się na siedzeniu, jak gdyby chciał w ten sposób pomóc swojemu żelaznemu rumakowi. Zdołał odskoczyć na kilkanaście metrów, lecz Mondeo po raz kolejny znalazło się za maską jego Astry. Zawody były skończone. Nic więcej nie dało się wydusić, więc Krystian skapitulował i zjechał pokornie na prawo. Gdyby tylko miał inny samochód...
Kiedy odwrócił głowę, by skinąć z uznaniem kierowcy Mondeo, ujrzał wyciągnięte ramię, nakazujące mu lizakiem, by się zatrzymał. Zaklął szpetnie, plasnął dłońmi w kierownicę i zjechał na pobocze.
Spotkali się z umundurowanym kapitanem w pół drogi. Obaj uśmiechali się świadomi gry, jaką odbyli. Policjant zasalutował energicznie i zaprosił Krystiana do samochodu. Był słusznej wagi, postawnym mężczyzną o mięsistej twarzy i uważnych, ciemnych oczach. Budził respekt. Krystian pomyślał, że gdyby wszyscy policjanci tak wyglądali, społeczeństwo na pewno czułoby się bezpieczniej. Usiadł z tyłu i przygotował dokumenty do kontroli. W dowodzie rejestracyjnym miał specjalnie odłożony na taką okazję banknot. Wręczył papiery kapitanowi, zanim ten zdążył o nie poprosić, i cierpliwie czekał na jego decyzję. Młody kierowca, który towarzyszył kapitanowi przez cały czas nieruchomo patrzył przed siebie, ukrywając oczy za szkłami przyciemnianych okularów. Krystian napotkał wzrok kapitana w tylnym lusterku i uśmiechnął się słabo.
- Jechał pan przynajmniej 180 - rzekł policjant.
- Niemożliwe – odparł Krystian z wyrazem zaskoczenia na twarzy – Mój samochód tyle nie jeździ...
- Pokazać panu na kasecie? – zapytał rozbawiony policjant
- Przepraszam, panie władzo - zafrasowany Krystian podrapał się w głowę - Narzeczona czeka na dworcu w Trzebinii. Robi się ciemno. Nie chciałem, żeby spotkało ją coś złego.
Kapitan w zamyśleniu pokiwał głową. Jego kolega odwrócił głowę w bok i wyglądał przez boczną szybę.
- Skończyły nam się blankiety. - kapitan zwrócił mu dokumenty z krzywym uśmieszkiem – Uznajmy to za wypadek przy pracy, ale następnym razem nie pójdzie tak gładko.
- Dziękuję - rzekł z powagą Krystian - Będę uważał.
Wrócił do samochodu i od razu zapuścił silnik. Ruszył bardzo spokojnie, jednak w chwili, gdy spostrzegł, że Mondeo zawraca w kierunku Katowic, wdepnął pedał gazu do oporu.
Ludzie mieli różne sposoby radzenia sobie z patrolami drogowymi, był tylko jeden warunek, policjanci musieli wykazać minimum uwagi i chcieć usłyszeć, co delikwent ma im do powiedzenia. Krystian nie dyskutował. Wkładał gotówkę i umywał ręce. Zawsze mógł się tłumaczyć, że pieniądze zawieruszyły mu się w papierach. Najważniejsze, że nie dostał punktów karnych - nie był pewien, czy mógłby żyć bez prowadzenia samochodu.
Anitę zobaczył z daleka. Gmerała przy telefonie komórkowym, który jej kupił pod choinkę. Zapewne zamierzała do niego zadzwonić zaniepokojona faktem, że się spóźnia. Nie widziała go, ponieważ była nieuleczalnym krótkowidzem i rozpoznawała kształty dopiero, gdy miała je przed twarzą. Ostro skręcił i zajechał przed budynek dworca. Uśmiech Anity - dziewczęcy, ciepły, zabarwiony niewinnością pomieszaną z wyuzdaniem - był najlepszą rzeczą, jaka go tego dnia spotkała. Skinął na nią, by od razu wsiadła. Zapadał wieczór, a on musiał jeszcze trochę popracować w domu. Chciał jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznej przestrzeni znajomych kątów, zrzucić oficjalne ubranie i poczuć się swobodnie.
Po drodze wstąpili na stację benzynową. W domu brakowało właściwie wszystkiego, ale wcześniej nie miał czasu zrobić zakupów. Bez namysłu zaczęli wrzucać do koszyka najpotrzebniejsze rzeczy, mając w pamięci obraz pustej spiżarni, lodówki i szafek kuchennych. Sprzedawczyni uroczyście oświadczyła, że zostaną uhonorowani promocyjnymi zestawami koszulek, kubków i czapeczek. Podziękowali, wrzucili je do bagażnika i natychmiast o nich zapomnieli.
- Nie chce mi się już nic gotować - mruknął zamyślony Krystian.
- Mnie też - zaśmiała się dziecinnie Anita.
- Ale od rana nic nie jadłem - ciągnął swoją myśl Krystian - Co byś powiedziała na frutti di mare?
Kątem oka ujrzał, jak Anita krzywi się lekko, pragnienie było jednak silniejsze. Włączył silnik i pomknął w kierunku restauracji.
- Spróbujesz - zdecydował za nią - Jeśli nie będzie ci smakować, po prostu nie zjesz.
- Zrobię dla ciebie wszystko - odparła dyplomatycznie i więcej o tym nie wspominali.
W pobliskiej restauracji wypili kawę, oczekując aż kucharz przygotuje owoce morza na wynos. Była wyśmienita. Krystian z rozkoszą zamówił jeszcze jedną. Nie znosił pospolitych lur podawanych w większości lokali gastronomicznych w tym kraju, przy czym bez znaczenia było, czy są to restauracje w dużych miastach, czy przydrożne bary. Wszyscy jakby się uparli, by parzyć brązowawą wodę o smaku zbliżonym do kawy. Dlatego, ilekroć spotykała go miła niespodzianka, prosił o więcej, chwalił podającego i zostawiał sowite napiwki. Tak też postąpił teraz, molestując kelnerkę do tego stopnia, że Anita spojrzała na niego, niczym urażona kocica.
Pod domem powitała ich lampa na fotokomórkę, rozświetlając ganek smugą radosnego światła. Krystian z prawdziwą dumą spojrzał na front budynku i łza prawie zakręciła mu się w oku. Przeniósł się tam z małego mieszkanka, gdzie ledwie mógł sam się poruszać, nie mówiąc już o zaproszeniu kogokolwiek.
Dom nie wyglądał atrakcyjnie, lecz był to kamuflaż dla ewentualnych złodziei. Za to w środku pysznił się przepychem i bogactwem. Po prawej od wejścia znajdowała się wielka wyłożona kafelkami łazienka z ogromną wanną i kabiną prysznicową, na lewo mała, przyzwoita spiżarnia konserwująca żywność naturalnym chłodem. Dalej mieścił się obszerny hall, skąd kolejne drzwi prowadziły do kuchni i na pokoje oraz kręte, stalowe schody, którymi można było wejść na piętro lub zejść do pomieszczeń piwnicznych. Pozornie wszystko to sprawiało wrażenie zbyt wielkiego, jak na jego osobę, ale miał sporo planów, jak sobie z nadmiarem przestrzeni poradzić. Jeden z pokoi przeznaczył na salon, drugi na sypialnię - tyle w zupełności jemu i Anicie - o ile akurat była - wystarczało. W piwnicy miał zamiar stworzyć siłownię oraz tak zwany gabinet męski: tam jego goście mogliby wypić drinka, zapalić cygaro i pogawędzić o męskich sprawach. Na piętrze planował utworzyć pomieszczenie dla młodych twórców, jakich mnóstwo zdążył poznać i polubić. Mieliby tam komputery, instrumenty muzyczne, sprzęt malarski itp. Marzył o domu otwartym, do którego przyjeżdżaliby wszyscy jego bliscy, by odpocząć lub dać wyraz gnębiącym ich obsesjom artystycznym. I był niemal u celu.
Przy kolacji przyglądał się Anicie. W niczym nie przypominała zagubionej studentki bibliotekoznawstwa, jaką poznał. W jej zachowaniu było sporo pewności siebie i poczucia własnej wartości. Rogowe okulary zmieniła na szkła kontaktowe, ładne, lecz zbyt dziewczęce ciuchy zastąpiły znakomicie uszyte kostiumy i sukienki, fryzura bliższa była kobiecie, aniżeli dwudziestoletniej dziewczynie. Taką pragnął ją widzieć. Nie zabrało jej zresztą zbyt wiele czasu, by świadomość tego faktu uzyskać. Aby być u jego boku podczas licznych spotkań biznesowych i towarzyskich, musiała mieć klasę - przynajmniej na poziomie porównywalnym z innymi kobietami z towarzystwa. Z czasem okazało się, że oprócz sztucznego splendoru, który wokół siebie stworzyła, ma jeszcze sporo wdzięku i uroku osobistego, czego wielu z tych kobiet brakowało. Obawy Krystiana rozwiały się, ustępując miejsca łechczącej męskiej dumie. Potrzebował kobiety elastycznej, by jak on sam potrafiła dostosować się do aktualnej sytuacji i Anita bardzo szybko przekonała go, że jest do tego stworzona.
- Jedz - zachęcił, widząc, jak męczy się z kawałkiem panierowanego żabiego udka - To podobno dobrze działa na korzeń...
- Ja nie mam korzenia - szepnęła z rozbrajającą miną.
- Tobie na korzonki - poprawił się - To może trochę ostryg. Albo krabika.
- Nie jestem głodna - popatrzyła na niego błagalnie - Chcę iść do łóżka.
Uśmiechnął się lubieżnie i zaczął prowokacyjnie ssać małżę. Bawiło go zdezorientowane spojrzenie Anity, w którym podniecenie mieszało się z obrzydzeniem. Zdecydowanie najlepiej było im w łóżku. Już po pierwszym spotkaniu na urodzinach Młodego, zgwałciła go w hotelowym pokoju, nic sobie nie robiąc z tego, że jest wykończony i znajduje się w stanie półsnu. Śmiałością i wyuzdaniem sprawiła, że zapragnął spotkać się z nią ponownie. Był wówczas w stanie ostrej melancholii za kobietą, którą kochał, a która pewnego dnia oświadczyła, że dłużej z nim wytrzymać nie może. Miał wszystko - władzę, pieniądze, osobowość i tracił to, co nadawało temu głębsze znaczenie. Tracąc to, deprecjonował całą resztę i w żaden sposób nie potrafił się odnaleźć. Nic nie pomagało - ani praca, ani prostytutki, ani hazard. W końcu sięgnął po alkohol.

Opublikowano

pomknął w sobie tylko wiadomym kierunku - nie podoba i sie to zdanie- zrób z nim coś.
Była wyśmienita - były wyśmienite
powitała ich fotokomórka, rozświetlając - fotokomórka jest jedynie czujnikiem uruchamiającym światło (np:lampę halogenową)
nie wiem , czy pisze się holl (teraz nie mogę sprawdzić), ale sądzę, że hol- co innego, gdybyś napisał hall
zaczął prowokacyjnie ssać małżę - małża (chyba?)
Znakomicie Asher rozwijasz swoją opowieść. Z każdym fragmentem dostrzegam w Tymonie coraz więcej Jacka O.

Opublikowano

A mylisz sie :))) Nie ma ze mnie nic. To portret mojego bylego wspolnika, ktory troche podlamal mi zycie. Predzej widze sie w Mlodym, ale to bedzie postac mroczniejsza. Dzieki.

  • 2 tygodnie później...
  • 2 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...