Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

 

 

Oddałaś noc dałaś mi wiarę
i rozpaliłaś życia ogarek
oddałaś morze przejrzystych toni
wytrwałych pragnień przeczystych dłoni.

Kiedy bezduszność tłumi dążenia
i splata nici mego istnienia
wydziera ogień Tobą zakryty
zwiewnych atłasów powiew ukryty.

Uczę się z kwiatów wilgoć przyjmować
nieść w pustą przestrzeń gorące słowa
Świat mój unosić i w dzikim miocie
rozlać strumieniem nieziemskich podniet.

Scaliło w Tobie i było we mnie
smutnych powiekach otwartych sennie
cicho wstępuję i się raduję
nosząc na sobie modlitwy stułę.

Nie mnie jest patrzeć w serce zlęknione
nie mnie jest trzymać ręce spocone
Twoje istnienie przychodzi czule
tamę przerywa usta całuje.

„Sen nocy letniej” odczarowuję
porażam myślą Lamią filtruję
urojeń duszy wyhamowanych

uczuć skrywanych niewygładzanych.

Po krzyżu spłynąć cierpieniem moim
i w ziemię wsiąknąć w miłości swojej
wersem odpłynąć strofy wyszeptać
oczyścić ciało i myśli zebrać.

Znowu pomału popłynąć łzami
i znaleźć ujście gdzieś pod firmament
wystrzelić dumnych passus miliony
zawiesić w niebie strofy natchnione.

Usłysz wołanie chwyć w ręce swoje
wtul jasną główkę w marzenie moje
bym poczuł w sobie Twoje ramiona
i spłynął w serce z radości skonał.

W swojej ablucji szkieletem płonę
natchnionym rymem Ciebie pochłonę.

 

 

 

 

Opublikowano

@Robert Witold Gorzkowski

 

Robert.

 

świetnie  że jesteś :)

 

przedstawiłeś nam pean, w którym miłosć przestaje być uczuciem, a staje się zasadą istnienia.

 

prowadzisz  ją przez język sakralny i erotyczny, scalając ciało z metafizyką w jedno doświadczenie   przemiany .

 

patos jest tu świadomy i utrzymany konsekwentnie  nie jako ozdoba  lecz jako wyraz powagi wobec słowa.


najistotniejsze pozostaje przekroczenie granicy "ja” i "ty” gdzie miłosć jawi się jako akt jednoczenia, oczyszczenia i duchowej integracji.

 

to poezja bardzo dojrzała, która nie szuka efektu, lecz sensu.

 

głos poety traktującego zarówno uczucie, jak i czytelnika z nalezytą powagą.

 

 

glos piekny i ważny.

 

Opublikowano

@Robert Witold Gorzkowski

 

To utwór o ogromnym ładunku emocjonalnym, w którym miłość staje się formą liturgii. Bardzo plastycznie operujesz kontrastem między "bezdusznością świata" a intymnym mikroświatem budowanym z "atłasów" i "modlitewnych stuł". Finałowa "ablucja", w której podmiot "płonie szkieletem", robi mocne wrażenie - to totalne oddanie się uczuciu i sztuce jednocześnie. Wiersz kojarzy się z duchem dekadentyzmu, ale niesie w sobie ocalającą moc słowa.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @bazyl_prost ludzie kłócą i kochają :)
    • @Berenika97 To co zaczyna się jak intymny liryk o bliskości, która koi lęk, w połowie gwałtownie skręca w stronę niemal gotyckiego nihilizmu. Nie dajesz nadziei na poranek :)   Bardzo nastrojowy wiersz!!!   Pozdrawiam
    • niby źle nie wiadomo jak nie chcą  chłód jedni i drudzy skłóceni
    • pan czesław ma osiemdziesiąt lat, bez dwóch zębów i jedno kolano, które prognozuje pogodę, kiedy skrzypi - będzie deszcz, kiedy milczy - będzie genowefa. pani genowefa ma siedemdziesiąt trzy  lata, aparat słuchowy w kolorze malinowego landrynka i spojrzenie, którym potrafi rozebrać mężczyznę z samotności do ostatniego guzika. poznali się przy dystrybutorze wody. on trzymał kubek tak, jakby to był kielich zwycięstwa, ona poprawiała biodro, a biodro poprawiało wszechświat. kiedy spojrzała na niego jak na ostatni w całym wszechświecie kawałek sernika wielokrotnego użytku, z lukrem tak bezczelnym, że nawet droga mleczna musiała przetrzeć oczy. czesław poczuł, że jego rozrusznik nie tyle tyka, co domaga się bisów jak perkusista na weselu, który dawno powinien iść spać, ale ktoś mu dolał  procentów do kompotu. – pani genowo… zaczął, poprawiając perukę, która łapała sygnał młodości z nadajnika "jeszcze nie umarłem fm". – pani pachnie jak potańcówka w siedemdziesiątym trzecim. – a pan świeci, odpowiedziała, jak dezodorant wrzucony w ognisko hormonów. - i niech pan nie udaje ofiary, bo ja widzę w panu wulkan. kiedy dotknął jej dłoni, jego reumatyzm wycofał się jak obrażony lokator, a stawy zaczęły skrzypieć nie z bólu, lecz z ciekawości. kiedy ją objął, jego kręgosłup wyprostował się jak uczeń przy tablicy, który nagle zna odpowiedź. a jej skóra marszczyła się nie ze starości, tylko ze wstydu, że tak długo czekała na aplauz. kiedy ją przytulił, jego proteza serca zachowywała się jak czajnik na gazie, gwizdała, parowała i groziła eksplozją uczuć, choć nikt jej nie włączył do prądu. i wtedy miłość wybuchła. nie jako abstrakcja, lecz między jego dłonią z plamami po czasie a jej szyją, na której zmarszczki nie były zmarszczkami, lecz szczelinami tektonicznymi, przez które wyciekało światło sprzed potopu. kiedy się pocałowali, jej aparat słuchowy zapiszczał, bo pierwszy raz od lat coś było głośniejsze niż telewizor. kalendarz dostał padaczki, kartki trzepotały jak gołębie po dopalaczach, a śmierć zajrzała przez okno z poprawioną kosą i zapisała w notesie: „dziś nie pracuję”. tańczyli w stołówce. on liczył kroki, bo biodro bywa pamiętliwe, ona liczyła jego oddechy, żeby żadnego nie zgubić. ich taniec wyglądał jak instrukcja obsługi dwóch organizmów, które zgubiły gwarancję, ale nadal działają po lekkim stuknięciu w obudowę. ich balkoniki zaplątały się w siebie jak dwa psy na spacerze, a oni udawali przypadek, choć oboje wiedzieli, że to plan operacyjny "bliskość”. to nie był taniec. to była erupcja wulkanu, który przez pół wieku udawał pelargonię. to była próba jądrowa w kapciu z owczej wełny, tak potężna, że ziemia przesunęła się odrobinę w bok, żeby zrobić im miejsce. a potem usiedli na łóżku jak dwie torby z lekami, które nagle odkryły, że są fajerwerkami. na stoliku nocnym tabletki uspokajające pociły się z zazdrości, ciśnieniomierz udawał, że nie patrzy, a krople nasercowe pachniały jak zapowiedź skandalu. – jesteś moim wi-fi, powiedział czesław z powagą kosmonauty przed startem. – połączyłam się bez hasła, odpowiedziała genowefa, poprawiając mu kołnierzyk piżamy jakby to był smoking na galę wszechświata. zgasili światło, żarówka westchnęła z ulgą, bo nie była gotowa na taką ilość chemii w jednym pomieszczeniu bez wentylacji. między ich ustami powietrze było tak gazowane, że woda w dystrybutorze zagotowała się z zazdrości, a nawet czujnik dymu na suficie zastanawiał się, czy to już pożar, czy tylko miłość w fazie samozapłonu. nawet księżyc, który zwykle udaje profesjonalistę, tej nocy zawiesił się nad budynkiem jak reflektor na premierze "romea i julii dla zaawansowanych w reumatyzmie”. a kiedy rano znaleziono ich śpiących obok siebie, trzymali się za ręce jak dwie czarne skrzynki po katastrofie czasu, w których nagrano jedno słowo: "jeszcze”. miłość po siedemdziesiątce jest jak wyciek plutonu z pękniętej chłodnicy czasu, świeci, syczy, śmieje się przez protezę i podpala dezodorant wieczności. jeśli Bóg naciśnie reset, system odpowie: „błąd. uczucie nieusuwalne”. a czesław z genowefą poproszą o dokładkę sernika i jeszcze jeden wolny taniec, bo skoro już wysadzać wszechświat, to w kapciach, z godnością, z reumatyzmem w odwrocie i z miłością tak bezczelną, że nawet kalendarz zapina pasy.              
    • @Annie to co robimy, Annie?  co nam pozostaje? trzeba pisać wydobyć ekstrakt żywe bijące serce niech będzie to naiwne i być może skazane na porażkę takie nasze prywatne waterloo
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...