Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Momenty świetliste. Astralne błyski… Wyłaniam się znikąd. Z warstwy porzuconego czasu.

Z kazachskich stepów, w których tkwiłem korzeniami stworzenia.

W domu tym. W ostatnim skrawku zieleni.

 

Wśród ścian drewnianych. Przegniłych.

Wśród okien wychodzących w przestwór nieistnienia…

 

Ojciec leżał pijany w obskurnym świetle żarówki.

Na podłodze usłanej okruchami czerstwego chleba i grudkami zaschniętego błota.

Leżał na wznak jak trup blady.

Jak woskowa kukła. Sztywna, nieruchoma kłoda.

 

W pokoju tym.

W kuchni...

 

… wszędzie odór rozkładu….

 

I wszędzie szarość dnia wpełzająca natrętnie wszelkimi szparami nieba.

 

Gdzieś spomiędzy chmur ciężkich od mroku.

Od zwalającego się z hukiem deszczu.

 

I wtedy nastąpiło wniebowstąpienie. Na skraju.

 

Bądź oślepiające

zstąpienie

z niebiesiech.

 

Coś na kształt nuklearnego grzyba.

 

Taka próba sięgnięcia mackami złotego tronu

tego, co się w nim rozsiadł bezczelnie na szczycie tajemnicy czasu.

 

Wiesz o czym mówię?

Bo mówię do ciebie.

Więc nie odwracaj się.

 

Nie ignoruj. Nie traktuj tego jak powietrze!

 

Patrz na mnie!

 

Spójrz i współczuj. I płacz.

I niech ten płacz niesie się echem na wskroś ciągnących się strumieni zimnego wiatru.

 

I tego wiatru szarpiącego

za poły

koszuli, za włosy.

Tego wiatru wyjącego

szaleńczą nostalgią unicestwienia.

 

Skąd tutaj

tyle

mroczności i smutku?

 

Korzenie wyrosły z wystygłej

już dawno filiżanki herbaty.

Gałęzie. Na stole.

Na parapecie. Obrosłe mchem krzesła i pufy.

Szuflady wypełnione kurzem i pyłem zapomnienia.

 

Książki zwalone na stos

pod sufit wyrosły…

 

Gdzie ty jesteś?

Nie ma cię,

mimo że jesteś wszędzie...

 

Lecz cóż robił i robi wciąż tam mój ojciec? To lękiem wyrosły obraz. Nawarstwiony przez lata.

 

Szare niebo.

Pochmurne.

 

Szara równina

nasiąknięta wilgocią.

 

I to wszystko skurczone w oczekiwaniu,

jakby szykujące się do skoku.

Do gardła, aby je rozgryźć kłami. Rozszarpać…

 

Mój ojciec…

Nie!

To Sołżenicyn

pełzający w skurczu boleści.

 

Wijący się w szponach atakującego raka. W pożerającej go okrutnej śmierci…

 

Uciekł jednej

w łagrowych

ostępach,

wpadając prosto

w ramiona następnej.

 

Gdzieś w szare mury rakowej kliniki.

 

„Panie! Czy tu się umiera?” Zapytał go jeden ze współcierpiących.

 

„Nie wiem”

– odparł –

„Nie wiem… „

- już bardziej senny…

 

Szare, woskowe twarze wokół. Wykrzywione cierpieniem.

Trwogą i nadciągającym nieubłaganie kresem.

 

Wokół trupy. Żyjące jeszcze, ale umierające za życia woskowe manekiny.

Skórzane toboły leżące w milczącym spazmie agonii.

Na skraju łóżek. Zgięte w znaki zapytania. Albo nieruchomo pod kołdrą. Nieruchome podłużne kształty…

 

Spójrz na mnie! Ja jestem tam. Daleko. Idący ku kresowi.

Ku końcowej metamorfozie kształtu.

Ku zmierzchowi obszytemu zasłoną nocy.

 

Spadam wciąż z bardzo wysoka w te zimne obszary. W objęcia niczyje.

W niczyje ramiona i szepty przymilne ust przywartych do mojego ucha…

 

Kto tak tu szepcze nietrudzenie. Majaczy?

 

Widzę ciebie w przywidzeniach.

 

W majakach sennej maligny.

W zapowiedzi śmierci.

 

Strasznie to wszystko bez logiki i sensu. Strasznie otumanione

niemocą jesiennego mroku,

w której jedynie

wróble, gołębie…

Wrony kraczą i kruki…

 

I chłód cmentarny niesie się z daleka.

Spomiędzy rzeźb i krzyży.

 

Spomiędzy płyt

marmurowych,

lastryko. Z kamienia…

 

Idzie powoli, taplając się w błocie.

W kałużach, w których chmury kłębią się nisko…

Tak bardzo nisko, że aż zawadzają o wszystko. O wszystko…

 

Ach, to ty!

 

Podajesz mi rękę skostniałą.

 

Podajesz mi usta

do pocałunku,

zimne, lodowe bryłki.

Nieruchome, oślizłe kamienie.

Omszone zapomnieniem i ciszą…

 

Idziemy w niebyt. W śmierć idziemy pod rękę. Zakochani. Zakochani...

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2026-02-22)

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA. Och nie, nie tak, M. :-) Wywołujesz burze w głowach (hormonach) mężczyzn ze swojego otoczenia charakterem i nieprzeciętną, podobno, urodą (nie w moim typie). Ja nie aspiruję do Ciebie, tylko się o Ciebie martwię, nie chcę, żebyś sobie zrobiła krzywdę, naprawdę.  Wierz mi, obawiałbym się nawet Ciebie adoptować :-) 
    • Moim zdaniem autor nie ujmuje tu obłędu jako coś szkodliwego (chyba że dla samego PLa) ale jako rezygnację powodującą rozkład dnia codziennego i przygaszenie spowodowane brakiem drugiej osoby, w sensie rozkładu jest to obłęd, w sensie pożycia tylko rezygnacja. Głębokie przeżywanie utraty, aż do małego stop, gdzie sam nie daje akceptacji takiemu porządkowi rzeczy. Autor pokazuje tu ludzki wymiar tragedii osamotnienia, równie dobrze mógłby zamiast łózka, użyć wyspy jak w Robinsonie Crusoe. Obie postacie mają wspólny charakter, człowiek bijący się samotnie z myślami ociera się o utratę zmysłów. Pozdrawiam.
    • @Jacek_Suchowiczteż tak wielokrotnie mam, że już nie poprawiam...
    • Link do piosenki:     Odchodzę – może kiedyś wspomnę Że nie było jak chciałem – trudno Wiem, że nigdy nie zapomnę Z Tobą nie było mi nudno   Zbyt dużo dzieli – różne nasze światy Zbyt dużo zgrzytów pomiędzy nami Wiersz na koniec. A kwiaty? Z pocałunkami…   Dzisiaj gasnę cicho, w smutku Zapominam powolutku   Odchodzę – bez szczypty żalu Bez złudzeń, bez cierpienia Odchodzę od Ciebie pomału Bez duszy swędzenia   A rozkosz, spotkania nasze? Już nie dumam nad nimi I strumień ciszy w sobie gaszę Złudzeniami czyimi?   Dzisiaj gasnę cicho, w smutku Zapominam powolutku   Odchodzę – sam łóżko zaścielam Tam gdzie nie ma już Ciebie Sen w zagęszczeniu powielam I zasypiam jak księżyc na niebie   Rano budzę się drżący i cichy Bez śpiewu, zapachu Twojego Zostały jeszcze rozrzucone ciuchy Nie sprzątam ich – dlaczego?   Dzisiaj gasnę cicho, w smutku Zapominam powolutku   Myślami od Ciebie odchodzę Na nic więcej się nie zgodzę
    • @Berenika97nie zawsze jest to pleonazm czyli fakt autentyczny, akuratny wydał mi się taki zestaw sceny, chcąc prastarymi dywagacjami o poetach poprowadzić wraz z AI porównawcze teksty. Jakoś nikt nie zwrócił uwagi na dwie wersje, a bardziej na scenę i aktorów. Nie mam żadnego stosunku do tego czy rzeczywiście jest to prawda, zresztą ona zawsze leży po środku. Osobiście ciekawe wnioski dla mnie wynikają z tego faktu. Autentyczne bo widz bierze w nich udział. Dziękuję i pozdrawiam. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...