Bić się nigdy nie lubiłam.
Lecz przypadła mi w udziale taka niefortunność,
takie wstrętne widzimisię losu,
że zasiadłam w ławce między dwoma oprychami.
I cóż mi z tego, że po latach malowali mnie
na skrzydłach wielkiego orła.
Że nosili czerwień w butonierce.
Bardzo przykra to refleksja, że czym by tu nie być –
dumą czy jedynie słowem w dokumencie –
najmocniej jestem, kiedy mnie tłuką.
Choć nie nosiłam aksamitów, zestarzałam się
zmarszczkami godnymi wielkiej damy.
A dzisiaj jestem jak sadownik,
który martwi się o drzewa
i z drżącym ciałem zerka na prognozy
mrozów ze wschodu.
Dzisiaj trzaska mi serce,
bo gdzie obcego kata nie ma,
tam jest bratu katem brat?!
Dzisiaj jestem jak staruszka,
co niepewna uczuć swoich dzieci,
z mokrą rzęsą pyta –
czy mnie – matkę – jeszcze kto odwiedzi?
Nie wykrzyknę nigdy z Tatr, hen, do Bałtyku,
że się cierpieć godzi albo nie,
że to wina ludzka albo boska,
ale zniosę każdy cierń,
póki imię moje –
Polska!
8 II 2026