Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I
Przepraszam, mamusiu, że żyję, tak widocznie musiało być, Bóg ma we mnie swój cel, nie odwrócę obrotów rzeczy. To krzesło, na którym zawsze siadam rozparta wygodnie i rozchybotana, narażone jest na każdochwilne załamanie się pod wpływem intensywnego bujania. Ja wiem, że nie powinnam, ale dziś nic nie jest już proste, nic nie jest ścisłe i przewidywalne. Dlaczego mam siedzieć spokojnie i udawać, że nie ma we mnie nikogo prócz wyblakłej fotografii powieszonej za wystrzępione rogi do ruin Twojego pokoju? Właśnie dziś spadło słońce, co mam robić? Jabłka w sadzie śpiewały tak słodko, ziemia głucho krzyczała pomocy, wiatr ucichł, ale trawy i tak trzeszczały ogniem. Nie mogło być inaczej, sama rozumiesz, słońce to żarząca kula gazów, biegłam najszybciej jak tylko mogłam, było już trochę za późno, moje biedne popalone drzewa... Na jedno wezwanie słońce grzecznie przytoczyło się do moich stóp. Wydało mi się nadspodziewanie małe i niepozorne, myślałam kiedyś, że słońca są większe, że nie można ich nieść w dłoniach. Ognista pomarańcza pachniała miodem, moja skóra przybrała przy niej odcień rumianych jabłek. Myślisz, mamusiu, że naczynie żaroodporne to wystarczy by nie przepaliło mi stołu na wylot? Bardzo lubię ten stół, jego cztery nogi jak korzenie wrośnięte w podłogę z pociemniałych desek.
Słońce odbite w moich oczach oświetla każdy kąt, płynę przez pokoje, ono wyjaśnia mi wzory zapisane w każdej ścianie. Muszę przykryć je czymś ciemnym, inaczej nie zasnę, a sen jest mi tak potrzebny, nie spałam dobrze od stu lat... Otworzyłam okna na całą rozpiętość ich skrzydeł. Księżyc zajrzał mi prosto w twarz, badał ją natarczywie. Szukał czegoś? Może miał pilnować małego słońca i zgubił je zamyślając się nad swoją nieładną powierzchnią? Nieuważny, teraz śledzi każdy mój ruch, odrealnia znajome miejsca. Myję włosy w jego świetle, chłodzę skórę.
Jeszcze ciepła skaczę w sen, od stóp do końca myśli.

II
Myślisz, mamusiu, że poza a’la Kleopatra na kanapie mi przystoi? Że mogę tak półleżeć półsiedząc i podparta zajadać w ogrodzie wczesnoczerwone truskawki?
Słońce dziś wzeszło tak samo jak wczoraj, nie ma powodów do obaw, wszystko jest z góry sterowane.
W takim razie to, co rozkwita pośrodku mojego stołu musi być błędem w systemie, karygodnym niedopatrzeniem. Nie co dzień spadają pod jabłonie dzieci-słońca.
Dotykają mnie zapachy i dźwięki, żyję w innej bajce, zupełnie nowej i tylko mojej,
z zakrętami stronic i końca nie widać. Nie spałam sto lat i nie czekam na księcia, nie szukam szalona żabich ust do całowania i czarownej zamiany. Tylko ja, a ja jestem i czuję gdy moje słonko czepia się światłem jak rzep do naskórka. Już i tak zbrązowiałam, niedługo moja chora, zimowo-miejsko-pospolita bladość zniknie na zawsze i okrzepnę jak mulatka. Teraz skóra jak dojrzała brzoskwinia mięknie i pokrywa się srebrnym puszkiem. Włosy łapią ogień
i wiją się wokół szyi, knując cichy mord.
Nie jestem szczególnie zdziwiona, nie jestem taka, żeby mówić o mnie czarne-białe i śmiać się z moich nieszczególnie dowcipnych uwag, udawać zrozumienie i dawać do zrozumienia, że jestem nieco odchylona od pionu i kiedy staję w szeregu od razu koniuszek mojego nosa jest dalej, podbródek wyżej i to słońce w kieszeni błyska i czekamy razem na niewiadomo jakie cuda, żeby zapaść się jeszcze głębiej w siebie, przejść do następnego rozdziału, ten ostatni ciągnął się tak niemiłosiernie długo, mamusiu ja naprawdę potrzebuję odpoczynku...
Słońce wypuszcza kuliste pączki, zupełnie jak drożdże. Powiększa się, przelewa przez siebie, twardnieje. Coś tam w środku, pod powierzchnią dotykalności wiruje i zderza się ze sobą. Tak świeci mocno, ślepnę jakby ktoś szybko zapalił mi przed samą źrenicą latarkę. Oczy stają się coraz chłodniejsze, to w obronie własnej.
Ten pogański bezwstydnik wciąż mnie śledzi, ale z żalu robi się coraz cieńszy, jakby kruszył się właśnie przeze mnie. Nie martw się mamusiu, nic mi nie zrobi, to tylko taka gra, nocna gra, nasza gierka bez podtekstów. Tylko myśli i sny, sny... gra. Tylko czyj teraz ruch?

III
To wszystko są brednie mamusiu, nie wierz im. Opowiadają ci o mnie straszne historie, a ja tylko biegam w południe po trawie, wchodzę do jeziora całkiem naga, śpiewam do siebie, a na śniadanie kupuję bułki, jajka i dwa litry śmietany. Nie kłaniam się przed ich kościołem i w ogóle rzadko mnie widać, bo ciągle siedzę pod lasem, a oni mówią, że wokół tyle rozrywek i pewnie tysiące chłopaków miejscowych i zamiejscowych chciałoby mnie wyrwać z mojego szaleństwa choć na kilka godzin. Taka tu jestem straszna dziwaczka, nie przeszkadza mi to, w końcu małe miasteczka zawsze pozostaną małymi miasteczkami. Skończył się na szczęście czas palenia na stosie, a i mój dom stoi daleko, nikt nie zagląda w okna, robię co uważam za słuszne. Więc jak najwięcej ciesz się słońcem tak samo jak ja, nie bój się kolejnych listów, otwieraj kopertę śmiało i nie wstydź się czytać moich szybkich zdań. I nie odwiedzaj mnie, proszę, zrób dla mnie tylko tyle, nie czuję tu twoich skrzydeł, musiałam ci uciec, tylko teraz jestem naprawdę bezpieczna.
Nie pytasz mnie o słońce, a ono tymczasem dziwnie wibruje przy każdym dotyku. Zanurzam palce w jego kulistości i czuję jak rośnie. Nabrało już rozmiarów sporego grejpfruta. Prawie czuję ten gorzki smak spływający z warg na język.

IV
Dzisiejszy wschód słońca jest wschodem dla ważki. Suchy, bezmglisty, prostuje jej skrzydła, dodaje lekkości, nabłyszcza mocniej straszne oczy.
Nieważkie ważki odlatują w trzciny, chowają się i straszą nagłymi zrywami. Niebieskie w czerni metaliczne odwłoki jak odlane z ołowiu; niedotykalne skrzydła. Mamusiu, ty zawsze bałaś się ważek, pamiętasz? Przypominały ci szarańczę, choć nigdy w życiu szarańczy nie widziałaś. Pewnie nie skrzywdziłaś ważek tym porównaniem, ważki są głuche na ludzkie myśli.
Spacer łódką po jeziorze – nie dziś, tak strasznie bolą mnie ręce, co rano podnoszę słońce... Co mam z nim zrobić? Żywię je światłem. Jak mały kurczak potrzebuje jego ciepła i miękkiej czułości, czujności spojrzenia.
Na łące maki przechylają ciężkie, pełne myśli głowy, ptaki wydziobują oczy wiśniom, krew-sok spływa po ich niewinnych dziobkach, kroplą wsiąka w trawę. Zapuszczam w nią stopy i tańczę w tej swojej półmatowej sukience, zwiewnej, szeleszczącej. Niech moich kroków nie czuje ziemia, dziś jestem ważką, kołyszę biodrami, kołyszę słońcem. W tysiącach drobnych poruszeń – ginę.
Już dobrze, już oddech spokojny i światło mojego domu niezwykłe, wakacje za krótkie, słońce wciąż rośnie, oby nie pękło. Obym nie pękła przed nim.

V
Mamusiu, noc jest dziś taka czerwona niebo płonie, księżyc z żałości umarł, jemu palą te stosy nad wodą. Gwiazdy spadają garściami, rozbijają się o moje jabłonie. Słońce stwardniało i ostygło.
Pożera światło, wciąga je jak czarna dziura, skraca dni, zaciemnia chmury.
Kolejny niezdrowy sen. Pożar obraca ciało w popiół. Nie ma bólu. Ogień jest mokry, wciąga. Zimno zalewa usta, nos, oczy. Kulki lodu bombardują plecy. Wyrywam się pościeli, włosy lepią się do czoła, okno szarpie się z wiatrem, gradem, deszczem.
Wypływa na trawę wilgotny świt. Wydzieram ziemi zagrzebane w niej gwiazdy, chropawe kamyczki świecące cichutko. Układam z nich na stole koła i kwiaty, usypuję góry, podrzucam. Pod skorupką słyszę chlupotanie wody. Silniej ściskam gwiazdę w dłoni, trzeszcząc oddaje mi swoją tajemnicę. Spomiędzy palców wypływa strumień rtęci.
Z wahaniem zanurzam w niej koniuszek języka. Słona.
Nie miałam rąk pełnych gwiazd, mamusiu. To były tylko ich łzy.

VI
Schowałam się dzisiaj w szklankach wody z lodem, nie chciałam ostatecznie roztopić się w upale. Pamiętasz, mamusiu, zawsze mówiłaś, że w takie dni trudno uwierzyć w śnieg.
Mam całkiem spalony kark, skóra zwija się, błaga o ratunek. To nie jest dobra pora na sadzenie drzew.
A moje słońce wyraźnie domaga się wilgotnej ziemi. Moje słonko-dziecko, słonko-ziarno, spadło na ziemię, na moją ziemię z zimnego księżyca, pustyni, gdzie nie zapuściłoby korzeni. Skazane wśród słońc na żałosną banicję, co ono mogło zrobić? Więc to ziarno zwinęło się w sobie jak pięść, chce wypuścić pędy, ale z ziemi został popiół, musimy poczekać na deszcz. Gdy krople uderzą we mnie gorączka wyparuje, zostanę JA we mgle,
w chmurze.

VII
Nie wierzę w czas, mamusiu, tu nie można wierzyć w czas. On rozciąga tą przestrzeń, jest go więcej i nie mija tylko spływa powoli jak kropelka potu po skale. Drąży ludzi i sprawia, że pewnego dnia budzą się pomarszczeni po stu latach młodości. Patrzą w lustro i widzą siebie przez siatkę zmarszczek, coś w nich pęka i nie chcą już swoich ciał. Szybko rozsypują się, załatwiając ważne sprawy wrastają w ziemię, ich słowa prochem wirują w powietrzu.

VIII
Naprawdę, mamusiu, wszystko ze mną w porządku, nie musisz się dziwić. Zakładasz istnienie ludzkich, półludzkich, nieludzkich deformacji, klonów i niestworzonych jeszcze potworów uśpionych w każdym nawet normalnym zupełnie umyśle, a nie możesz uwierzyć w spadające słońce, chociaż mogłabyś go dotknąć tu teraz?! Wszystko jest prawdą, nie ma dziś kłamstw, są tylko błędy w obliczeniach, tylko rachunek nieprawdopodobieństwa... Odbieram zjawiska wszystkimi zmysłami, w trójwymiarze, a może nawet w czterech, żyję.
Większy coraz księżyc i karmiony złudzeniem spada na moje powieki. Słowa wymykają się z rąk, po kawałeczku wpadam w sen.

IX
Nie, mamusiu, nie chcę wracać do domu, proszę nie dzwoń, wyłączyłam telefon, chcę być bliżej ludzi. Chcę załatwiać sprawy osobiście, patrzeć w oczy, gubić się spojrzeniem w zmieszanych twarzach.
Dni suną teraz pochmurne i marne, tysiąc tomów poezji nie starczy na nudę.
Słońce nie daje znaku życia, wygląda na puste i głuche, choć umuzyczniam nam chwile poruszającymi dźwiękami.

X
Wiesz, mamusiu, zdarzyła mi się dziś śmieszna historia. Siedziałam właśnie na ganku obierając jabłka (gotuję z nich dżem – tak pięknie bulgocze w garnku, wybornie smakuje...), gdy pod bramę wsunął się raczej cicho niż podjechał dość brudny samochód. Wysiadł z niego mężczyzna, mógł mieć około trzydziestu lat, nie wiem, nigdy nie przyglądałam się im pod tym kątem. Bardzo miło się przedstawił, dzień dobry, witam panią, piękny dzień, nazywam się tak i tak, jestem reporterem takiej a takiej gazety. Ja niewyraźnie uśmiechnięta (kompletnie zdezorientowana, zmieszana, zagubiona) słucham, że on chce napisać właśnie o mnie, tylko o mnie. Bo żyję na skraju pola i łąki, mam pięć kroków do lasu i dziesięć do jeziora i w ogóle czego on o mnie nie słyszał...
Odmówiłam grzecznie, on zmartwił się widocznie bardzo mu zależało na tych zdjęciach i tekście, jestem przecież całkiem zwyczajna, powiedziałam. Tylko czuję czasem we krwi muzykę i odrywam się od tutejszych spraw, żyję własnym rytmem, nie śpieszę się, czas tu jest rozciągliwy, wiedział pan? Dzięki temu tu jest wolniej, tam szybciej i nie myśli się dobrze w natłoku spraw.
Mogę za to panu pokazać słońce, może pan wejdzie, na chwilę, malutką chwileczkę, mam znakomity sok z jabłek? – zapytałam tak uprzejmie jak tylko mogłam, na ile dziwna sytuacja pozwalała. Może pan sfotografować sad, jezioro, łąkę, tak, ten dzień jest promienną wyrwą w ostatnim maratonie deszczu, ale proszę nie mierzyć obiektywem we mnie, nie w mój dom, ja uciekłam od fleszów i swojej twarzy na głównych nagłówkach samych znakomitych gazet. Nie życzę sobie by ktoś tu trafił, zaciekawiony szukał cudów. Tu dzieją się cuda tylko dla mnie. Nie, proszę pana, jabłka o niczym nie świadczą, nie nazywam się Ewa, to byłoby naprawdę zbyt proste. Jest o wiele śmieszniej, to znaczy moje imię jest śmieszne, mamusia za dużo powieści czytała w bezgrzesznej młodości. Proszę więc, niech pan wejdzie na chwilę, a kiedy już pan opuści mój czas, nie powinien pan mówić o nim nikomu, ludzie i tak panu nie uwierzą, oni już nie wierzą....
Zupełnie urzeczony wyszedł wieczorem. Mam nadzieję, mamusiu, że nikt taki więcej tu nie trafi.

XI
Ciało rwie się do lotu, wzbija kurz. Nie trzeba siedzieć w miejscu, trzeba być
w ruchu, kręcić się i padać, kręcić się i padać... Świat wiruje w oczach ciemno, gwiazdy zlewają się w świecące pasy.
Ile czasu można tak tańczyć zahaczając głową o niebo bez odrywania stóp od ziemi, na plecach nieść pamiątki słońca i nie bać się, że się odpłynie, a bać się spadania?
Pamiętasz, mamusiu, ty zawsze mówiłaś, że nogi są błogosławieństwem, dojdziesz na nich tam, gdzie nie zaniosą cię koła. W niektóre miejsca trzeba wstępować boso, ziemia krwawi wodą, wypuszcza liście, pąki, zapachy. W korytarze chłodnych lasów, gdzie nie kadzidło dusi piersi, ale nagrzane sosny pachną żywicą, ich igły gęsto spadają we włosy.
Słońce toczy się po stole, przerzucam je z ręki do ręki. Tamta kula na niebie należy do wszystkich żywych, to jest moje i tylko moje, na wyciągnięcie ręki, na jeden dotyk ust.
Nie jestem wariatką i widzę jasno, ostrym wzrokiem tnę krajobrazy, z powrotem składa je wiatr. Cisza... ciszszaaa... szaaa... aaa... To nie sen, że tu jestem, że jabłka dojrzałe i miękkie wyginają gałęzie, że sok porzeczkowy na końcu języka jest kwaśny i gęsty, że naskórek pęka i ciało znów mam białe.
Będę miała drzewo, mamusiu, wielkie drzewo pomiędzy jabłoniami. Będę pod nim siadywała za każdym razem, gdy tu wrócę, gdy zostawię za sobą obłąkane sprawy, przepychanie się łokciami do każdego następnego dnia.
Dlatego daj mi teraz pożyć, daj mi dzień.
Trzymam się siebie i czekam na jeszcze trochę deszczu, wilgoci z nieba, która wsiąknie w najciemniejsze warstwy ziemi.
Trzymam się siebie i krzyczę do echa, mój śmiech zatacza coraz szersze kręgi. Kładę się spać, przez otwarte okno wpada księżyc – już pyzaty i gniewny. Na parapecie wiruje słonko i wszystko jest jeszcze takie jak być powinno.

XII
Mamusiu, nadszedł czas sadzenia. Nie mogę dłużej czekać, muszę szybko
i bezboleśnie ukryć ziarno w głębi kolorowych piasków. Nasycone światłem będzie pęcznieć, aż w końcu stanie się za małe dla siebie, środek przedrze warstwy ziemi, wyryje w niej tunele. Wystrzeli w górę, do trawy, powietrza i nieba, z którego spadło. W irracjonalnym pędzie będzie starało się wrócić tam, wyrwać się. Zanim spostrzeże, ze nie jest już swobodnym ziarenkiem, a żałośnie nieruchomym drzewem, jego serce będzie zbyt twarde by pękać. Może tylko gałęzie westchną czasem, zdmuchując jesienią trochę listków żalu.

XIII
Tak, mamusiu, wracam do was. Czujesz ciszę wrześniowych dni? Zapach
i chłód jesieni? I we mnie brak już szaleństwa pierwszych minut lata, gasnę coraz szybciej, to nie boli, przynajmniej nie tak bardzo jak myślałam.
Przykrywam meble płaszczami prześcieradeł, nie chcę oglądać na nich kurzu dziewięciu miesięcy. Moje imię nie będzie już brzmiało w tych ścianach, moje śmieszne imię jak z taniej piosenki.

XIV
W oknach i drzwiach mam całkiem nowoczesne żaluzje pancerne i jeszcze zaklinam, modlę się żeby nikt tu nie przychodził, to miejsce będzie się cieszyło złą sławą, będzie miało prawdziwie święty spokój i urok odludzia. A teraz zabieram swój ogromny plecak, jeszcze torbę na jabłka i ruszam gdzieś tam, przez lekko wrześniowe chodniki tylko po to, żeby znów tu wrócić i poczuć, że naprawdę jest gdzie żyć. Wstawać i kłaść się, siedzieć pod drzewem, spędzać sen z powiek na liczeniu liści, nie martwić się i wyspać, naprawdę się wyspać.
Moje słońce zachodzi głęboko pod ziemię, słyszę, że wypuszcza pierwsze korzenie – będzie tak jak mówiłam, wybije się zaraz, do przyszłego roku wyrośnie. To tylko dziewięć miesięcy. Czas letargu i udawania, zarabiania, powtarzania zdań, które dawno już straciły moc i straszą tylko czasem w noce ciemne i zimne, kiedy największą ochotę mam krzyknąć przez wszystkie bure osiedla świata: DOBRANOC!!!
Dobranoc, mówiła Marianna.

  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

         
    • @Somalija nie siedzę w polskiej polityce, lubię zagraniczne źródła na świecie:)
    • @Somalija w dobie demograficznej zapaści polityka nie może być antykoncepcyjna;)
    • Prolog Ten dzień Zapach parzonej porannej kawy towarzyszył ich codziennym spotkaniom przy stole. Omawiali wszystko co mają w planach oddzielnie. Nie mogli pominąć, rzecz jasna, jak to zrobić, żeby zostawić odrobinę czasu dla samych siebie. Mieli jeden zasadniczy “problem”. Nim byłam ja. Kiedy nastał dzień moich narodzin ich świat zmienił się nie do poznania. Choć fakt oczekiwali mnie, a nawet nie mogli się mnie doczekać. Mimo to stałam się dla ich ciężarem. Dla ich ducha korzystania z życia w pełni. Oboje stali się świeczką, która jest uderzana przez podmuchy wiatru. Nie miał kto jej jednak osłonić. Pozostała sama.  – Kochanie, wiem, ale nie mamy z kim zostawić Stelli. Za cholerę nie oddam jej w opiekę moich rodziców. – Rzekł w końcu, nie podnosząc wzroku znad ciemnozielonego kubka. Przytaknęła głową. W jej oczach dawno zgasła ta iskra, która go przyciągała do niej.  – Czasami się zastanawiam, czy decyzja o dziecku była dla nas dobra. Kocham ją szczerze, naprawdę, ale brakuje dawnych nas.  Przez jego przełyk przeleciał ostatni łyk kawy. Odstawił kubek do zlewu. Spojrzał się na moją matkę i zaraz wyszedł z kuchni. Zarzucił na siebie czarny płaszcz, wziął do ręki skórzaną teczkę, taką jak widziałam w bajkach, w których występowali lekarze i wyszedł z domu.  – Zobaczymy się wieczorem, Allison. – Rzucił na odchodne chłodnym tonem. Matka wstała mimochodem od stołu, popijając jeszcze kawę przeszła do salonu, gdzie odpaliła telewizor i pogrążyła się w oglądaniu tanich seriali. A ja? Byłam w starannie przygotowanym za czasu pokoju. Przyznam szczerze, że był przepięknie wykonany. Mama miała naprawdę do tego rękę. Nic dziwnego, przecież jest projektantką wnętrz. Natomiast Tata był znanym chirurgiem. Oboje byli podziwiani, a ja zginęłam w ich cieniu. Nie byłam sobą, a jedynie ich dzieckiem. Nazywanie się dzieckiem tych ludzi też jest na wyrost, bo nawet nie było mi nigdy dane, aby się tak poczuć. Ojciec wrócił około dziewiętnastej, ja przez cały czas jego nieobecności nie zamieniłam ani słowa z mamą. Razy, gdy z nią faktycznie rozmawiałam można byłoby policzyć na palcach jednej ręki. Tata usiadł przy kwadratowym i drewnianym stole w kuchni. Matka chwilę później do niego dołączyła. Szeptali.  – Wpadłem na pomysł. – Zaczął – Powinniśmy oddać ją do domu dziecka albo zrobić wszystko, aby tam trafiła.  Matka parsknęła śmiechem.  – Oszalałeś, Jack. – Odezwała się z uśmiechem na twarzy. – Poważnie mówię. Pozbędziemy się jej i odzyskamy to co straciliśmy. Alice, wyobraź sobie. Zawsze chciałaś pojechać do Włoch. Będziesz mogła to zrobić niedługo, zamiast za kilkanaście lat. To najlepsze wyjście z tej sytuacji. – Chwycił jej rękę i przyciągnął do siebie. Złożył pocałunek na niej. Przez cały czas wpatrywał się prosto w oczy mojej matki. – Zostaw. – Wzięła rękę – Daj mi spokój. Od kiedy nie uprawiamy seksu, stałeś się nieznośny. – Nie przesadzaj. Mam ochotę, to ją ci sygnalizuję. – Powiedział niższym głosem. Moja matka wstała i opuściła kuchnię. Zniknęła za drzwiami sypialni, które zamknęła. To czysty sygnał, że tego dnia ojciec jest zmuszony spać na kanapie.  Z ust ojca wyszło jedynie przekleństwo. Było skierowane do mnie. Byłam pewna. Jego wzrok mnie przebił.  – Do pokoju. – Warknął do mnie.  Nie miałam innego wyboru niż tylko go posłuchać. Zamknęłam za sobą ostrożnie drzwi. Tata był zdenerwowany. Nie wolno go bardziej denerwować. Jedna z najważniejszych zasad w tym domu. Kilka miesięcy później  Moja mama zabrała mnie dziś do pracy. Pierwszy raz w moim życiu poczułam się jak jej córka. Moje serce nie mogło przestać dudnić przez całą drogę w obie strony.  Oglądanie mojej mamy, gdy pracuję było jedną z najprzyjemniejszych momentów spędzonych z nią. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak operowała swoją wiedzą. Łączenie kolorów w taki sposób, żeby pokój zdobył do nie rozpoznania wygląd. Wtedy już zrozumiałam, że kochała tą pracę.  Relacja z tatą uległa też zmianie. Wczoraj przeczytał mi książkę. Kochali mnie. Upewnili mnie w tym. Szkoda, że tylko w tym okresie mojego życia. Nikt nie przewidywał, że wszystko się rozsypie za sprawą sytuacji. Jechałam z mamą. Z rąk wypadła mi lalka, którą otrzymałam od taty na jedenaste urodziny. Pamiętam jego radosne oczy, gdy przekazywał mi do ręki, a szczególnie kiedy chwalił się wszędzie i wobec, że sam ją uszył. Próbowałam podnieść zabawkę bez odpięcia pasa, ale nie byłam w stanie, więc odpięłam go. Moja mama coś do mnie mówiła, ale nie skupiłam się nad laleczką. Musiałam ją podnieść. To wyjątkowy prezent od rodzica. Nie powinnam pozwolić wtedy, aby upadła. Nigdy by do tego nie doszło.  Następne co pamiętam z tamtego dnia były migające w przerażającym tempie światła dużego samochodu, przypominał mi małą ciężarówkę, którą bawił się jeden chłopiec z mojej szkoły. Potem siedziałam z tatą w długim i chłodnym korytarzu. Z obu stron były zielone drzwi z metalową i okrągłą klamką. Na prawo były ogromne i szklane drzwi. Przez nie wyszła kobieta w białym fartuchu. Mój tata wstał z krzesła, przyczepionego do ściany. Kazał mi zostać na miejscu. Posłuchałam się go. Nie chciałam go denerwować.  Kiedy tata rozmawiał z kobietą, ja rozglądałam się po korytarzu. Zastanawiałam się, gdzie moja mama. Ojciec mówił, że niedługo wróci. Co wydawało mi się dziwne w tamtym momencie. Matka leżała na takim fajnym łóżku na kółkach. Spała przecież i zniknęła właśnie za tymi drzwiami. Pamiętam, jak moja głowa zaczęła tworzyć historyjki. Pierwsza z nich była o tym, że mama została podmieniona i stała się tą kobietą, która stała przed moim ojcem. Co wydawało mi się prawdopodobne, bo kobieta dotykała tatę po jego klatce piersiowej, tak jak moja mama robiła czasem. Z jednej strony nawet mi ją przypominała. Blond, długie i faliste włosy i rozległe piegi na twarzy. Do tego te urocze złote okulary.  Wreszcie tata podszedł do mnie i kazał zejść z krzesła. Kobieta przy nim była. Schyliła się do mnie i powiedziała słowa, które mnie wbiły w ziemię. Stałam tam przez chwilę, jakby mnie zamieniono w kamień, jak to bywało w bajkach.  – Nie martw się dziecinko, mów do mnie mamusia.
    • @Migrena   "Miłość to nie ogień, to ciepło które zostaje gdy przestaje się umierać" – to jedna z najpiękniejszych definicji miłości, jakie czytałem. Cały wiersz jak raport medyczny duszy. Precyzyjny, kliniczny język, a pod nim - drżenie. Hipotermia emocjonalna i ktoś, kto przywraca krążenie. Świetny!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...