Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Donośne bicie dzwonów.

Dopasowane do bicia naszych serc. Wpleciony w nagich ciał uścisk,

ostatni pocałunek Ci ofiarowuję

I wracam do swoich,

diabelskich legionów.

Obiecałem sobie,

że miłości już nie przedawkuje.

 

Staram się grać melodię życia

jak nieudolny pianista.

Nie przekona mnie sztuczne światło zbawienia ani aniołów przemowa.

Mnie od dotyku świata

dzieli bariera ognista.

Mgła grzechów smogowa.

 

Stąd do wieczności.

Tylko chaos panuje.

W mojej iskrze doczesnej.

Bóg jej ciężary wiekuiste przysporzył.

W więzach Jego drwin,

tylko się frapuję.

Kłamco!

Tyś mi zamiast łask

tylko plagi pomnożył.

Edytowane przez Simon Tracy (wyświetl historię edycji)
Gość vioara stelelor
Opublikowano

@Simon TracyBardzo standardowo podszedłeś do motywu deus ridens.

W ogóle to jak czytelnik ma Ci uwierzyć na słowo?

Oceniasz rzeczywistość a priori - że zła, że pełna cierpienia, że wszystko jest bez sensu.

No tylko że poza Twoimi słowami nie ma tu na to żadnych konkretnych dowodów.

Co się wydarzyło? Jak? Dlaczego? Jakie doświadczenia doprowadziły peela do takich, a nie innych wniosków o świecie?

 

Opublikowano

@tie-break Nie w każdym moim wierszu muszę podawać konkretne przykłady. Bo każdy z osobna tworzy historię, która jest spójna.

W każdym takim wierszu podmiotem jest tzw. "Legatus mortis", istota demoniczna która jeszcze jako człowiek była powołana jedynie do cierpienia a nie życia.

Jest to byt uwięziony między światami ludzi a demonów.

Posłaniec śmierci i jej wierny piewca.

I u mnie nie jest tak że wszystko jest bez sensu.

Sensem jest umysł i jego potęga.

Poznanie prawd i dociekanie do nich nawet jeśli miałoby to skończyć się obłędem lub zagładą.

Uczucia są zbędne, liche i kłamliwe.

To potęga rozumu ma spełniać rolę wręcz omnipotencką.

Celem jest pojęcie bezsensu istnienia w ludzkim wymiarze czasu. 

A zarazem zachowanie trwania myśli po wieczność.

To trochę jak w modernistycznym pojmowaniu "nadczłowieka", lecz nie w wyższości klasy inteligenckiej(choć to też jest ważne).

U mnie "nadczłowiekiem" jest ten który wie, że wszystko jest prochem, próżnią zawładniętą przez fatum od którego nie ma ucieczki. Ten który umie urządzić się jednak w tej pustce i trwać w niej aż do smutnego końca.

Mając nadzieję na życie wieczne w postaci nie cielesnej czy duchowej a tryumfie myśli.

Opublikowano

@Simon Tracy

To piękny, głęboko osobisty wiersz pełen bólu i buntu.

Nie ukrywasz ani rozgoryczenia, ani tęsknoty. Ten kontrast między intymnością początku (nagość, pocałunek) a powrotem do „diabelskich legionów" tworzy poruszającą opowieść o kimś, kto czuje się wygnańcem - zarówno z miłości, jak i z łaski.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...