Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wrogowie mnie otaczają.

Brak mi brata do rozmów

i cichych chwil zadumy, 

ciągnących się jak 

zaduszne, listopadowe godziny. 

Brak mi do szabli i szklanki,

przysłowiowego Węgra.

Mój przysiół, fortecą z lodu i kamienia.

Granitowa wieża góruje

wśród nisko osiadłych,

stalowo połyskujących.

Pierzastych, skłębionych bałwanów.

Patrzę na ziemię niczyją,

wyrosłą jak pleśń brunatna 

z równo ociosanych górskich zboczy.

Tam śmierć dożyna

nieszczęsnych rycerzy,

co chcieli o łeb

skrócić biblijnego Smoka.

Uczepieni trokami

z haków rzeźnickich do siodeł, pobladłych rozkładem ogierów.

Wyklinają w agonii

me zdradzieckie imię,

krztusząc się krwią i gęstą śliną.

A Śmierć odchodzi

na przedzie w kulbace.

Podkute kopyta końskie,

zaczepiają w błotnistej mazi

lepkiego śniegu o zapalniki

porozrzucanych wszędzie min.

Toną pozostawione zezwłoki

w tym bagnie 

cuchnącej zgnilizną nicości.

Nikt nie zliczy dusz pogasłych,

na tym upadłym padole.

Ich zbawienia ani modlitwa gorliwa

ani krzyż osinowy nie wspiera.

To pył ludzki, doczesny.

Złożony z grzechów drobin.

 

Mi tylko ciemność, 

rozległa po ścianach i węgłach służy.

Mi jad wytruł uczucia.

Skuteczniej niż wszystkie

trucizny Amazonii.

Zasypiam w korzeniach drzewa

poznania dobra i zła.

U mych strudzonych nóg,

mówiący językami świata

wąż się płoży.

Na grubych, dolnych gałęziach 

powieszone ciała kobiety i mężczyzny.

Bladzi i nadzy.

Od pętli jednak w górę.

Oczy mają wyjadłe przez mrok. Kruczoczarne.

Na licach zaś opuchnięci,

nabrzmiali, krwistoczerwoni.

 

Opublikowano

@Simon Tracy

To potężny, mroczny wiersz o głębokiej samotności i wyobcowaniu. Czuć w nim ciężar izolacji tak przytłaczający, że aż materialny. To obraz kogoś, kto przeszedł już poza zwykłe cierpienie do czegoś bardziej pierwotnego i ostatecznego. Nie próbujesz wzbudzać współczucia - pokazujesz stan duszy bez osłonek, z całą jej ciemnością.  Zrobił na mnie wrażenie, ale nie takie, jak dotychczaowe Twoje utwory. Może dlatego, że za bardzo osobisty? 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...