Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Co za początek urlopu. Skoro zgubiliśmy się zanim dojechaliśmy, to ciekawe jak to wszystko się skończy?! Do tego wszędzie zaspy i śnieżyca. Ja już mam dość!
- Kacper, dlaczego słuchałeś tego staruszka? W taka pogodę nie powinno się jeździć jakimiś podejrzanymi drogami.
Mój mąż się jednak nie odezwał. Wiedział równie dobrze jak ja, że to nie była niczyja wina. Powinniśmy od razu jechać Zakopianką, a nie słuchać podejrzanych rad. Postalibyśmy trochę w korku, ale przynajmniej mielibyśmy pewność, że dojedziemy.
Momentami miałam wątpliwości, czy Kacper w ogóle widzi drogę. Było już po zmroku, a do tego padał gęsty śnieg. Kiedy po raz kolejny skręciliśmy w jakąś ledwo przejezdną drogę straciłam nadzieję, że kiedykolwiek uda nam się dojechać do Zakopanego.
- Patrz! – krzyknął i pokazał palcem w kierunku pobocza.
Nie zobaczyłam nic oprócz gęsto padających białych płatków.
- Tam są jakieś domy. Zatrzymajmy się tutaj. Może do rana się przejaśni i wtedy trafimy.
Z pewnym trudem opuściliśmy samochód. Śnieg sięgał nam powyżej kolan. W pobliży domów jego warstwa była jednak znacznie mniejsza, co powalało nam swobodnie iść.
Rozejrzałam się dookoła. Na dość dużej polanie stało sześć drewnianych chat. Oświetlone latarką i światłami reflektorów samochodowych nie wyglądały zbyt sympatycznie. Nikt w nich już od dawna nie mieszkał. Okna były częściowo powybijane, a w dwóch były zapadnięte dachy. Widok był dość straszny. Poczułam gęsią skórkę na całym ciele. Ja na pewno nie zostanę tutaj na noc!
Kacper był jednak na tyle uczynny i wytłumaczył mi, że nie mamy innego wyjścia. Wolałabym już na piechotę szukać właściwej drogi, jednak wiedziałam, że on ma rację.
Wzięliśmy podręczny plecak z bagażnika i skierowaliśmy swoje kroki do chatki, która wydawała się nam najmniej zniszczona. Kacper kopnął w drzwi, które prawie wypadły z zardzewiałych zawiasów.
Wnętrze domku nie wyglądało zachęcająco. W świetle latarki udało nam się dostrzec sfatygowany piec kaflowy, resztki drewnianego umeblowania oraz mnóstwo pajęczyn, kurzu i śmieci.
Pozbieraliśmy wszystko, co nadawało się do spalenia i rozpaliliśmy w piecu. Drzwi wejściowe zabarykadowaliśmy jakąś ławką. Kiedy zrobiło się odrobinę cieplej i przyjemniej wyciągnęłam kanapki, czekoladę i termos z herbatą.
Gdyby nie światło latarki w domku panowałaby zupełna ciemność. Cieszyłam się, że jest przy mnie Kacper, że mogę się do niego przytulić. Nie straszny był mi hulający na dworze wiatr ani całe to straszne, zapomniane dawno miejsce.
Pomyślałam, że to może nie był taki zły pomysł z przenocowaniem tutaj. Ściany domku chroniły nas od śniegu i zimna. Pozostawało mieć jedynie nadzieję, że cała ta wiekowa, drewniana konstrukcja nie zawali się nam na głowy podczas snu. Wichura był momentami naprawdę potężna i obawiałam się, czy chatka wytrzyma.
Przez okna nie było prawie nic widać. Przy pomocy rękawa bluzy udało mi się przetrzeć jedną z szyb. Nie trzeba było mieć sokolego wzroku, żeby zauważyć, że pogoda nie zmieniła się nic, a nic. Przez chwilę wydawało mi się, że zobaczyłam w ciemności sylwetkę jakiegoś człowieka. Zawołałam Kacpra, ale on tylko wzruszył ramionami i stwierdził, że mi się przywidziało. Nie spierałam się z nim.
Zasnęliśmy wtuleni w siebie. W tak spartańskich warunkach nie zdarzyło mi się jeszcze nocować.
Obudził mnie odgłos kroków. Wiele par nóg w ciężkich wojskowych butach. Tak, właśnie z tym kojarzyło mi się to, co słyszałam. Kacper stwierdził oczywiście, że musiało mi się to przyśnić. Rozdrażniona podeszłam do okna. Zdążyło się już pokryć szronem. Przetarłam je i radością stwierdziłam, że śnieżyca się już skończyła. Niebo było gęsto usiane gwiazdami, a okrągły księżyc oświetlał polanę.
Nagle zobaczyłam dziewczynę. Widziałam ja bardzo wyraźnie. Miała długie, jasne włosy rozwiewane przez wiatr, a ubrana była w kożuch, który sięgały jej za kolana. Było w niej coś nierzeczywistego. Zanim zdążyłam zawołać Kacpra, znikła. Prawie siłą musiał mnie powstrzymywać przed jej poszukiwaniem. Byłam gotowa biegać po ciemku po lesie. Nie miałam pojęcia, co we mnie wstąpiło.
Udało nam się znowu zasnąć. Tym razem obudziły nas promienie porannego słońca. Bolały mnie wszystkie kości. Nasze ubrania były całe okurzone. Sami też nie wyglądaliśmy najlepiej. Tak się jednak dzieje, gdy się przebywa z daleka od elektryczności.
Wyjrzałam przez okno. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Śnieg iskrzył się w słońcu i raził oczy.
Pozbieraliśmy swoje rzeczy i wyszliśmy przed chatkę. Zdziwieni rozejrzeliśmy się dookoła. Na polanie stało nie sześć, a kilkanaście drewnianych domków. Byłam pewna, że w nocy było ich zdecydowanie mniej. Tym razem nawet Kacper nie wiedział, co powiedzieć. Liczyliśmy je przecież.
Poza tym wcale nie wyglądały one na stare i opuszczone. Po walących się ruinach, które oglądaliśmy w nocy nie pozostał żaden ślad. Słyszałam głosy i kroki. W oddali padł strzał. Kacper uznał, ze to może myśliwi, ale przecież nikt nie poluje w środku zimy!
Wszystkie chatki stały dookoła małego placyku. Poszliśmy w jego kierunku. Kiedy mogliśmy ogarnąć wzrokiem wszystkie domy, zamarłam z przerażenia. Na śniegu zobaczyłam czerwone plamy. Były wszędzie. Nie trudno było się domyślić, co to jest.
Nie to jednak było najgorsze. Strzeliste dachy chat pokryte były cieniutka warstwą śniegu. Na tym białym tle było wyraźnie widać ociekające krwią napisy. Zrobiło mi się słabo. Rozglądałam się dookoła. „Zostaniesz tu!” „Tu jest twoje miejsce!” „Zginiesz!” Były wszędzie!
Spojrzałam na Kacpra. Stał z otwartymi ustami i błędnym wzrokiem wpatrywał się w krwawe plamy.
- Nikt sobie nie będzie robił takich głupich żartów. Widziałaś w nocy jakieś cienie. Pewnie jakieś łobuzy przyniosły trochę farby…
- Przestań! To krew! Jeżeli nie wierzysz, to sam sprawdź. Cały czas ci mówiłam, że tutaj coś się dzieje, ale ty powtarzałeś, że mi się wydaje!
Nagle usłyszeliśmy mrożący krew w żyłach wrzask. Dochodził z jednego z domów. Porzuciliśmy nasza kłótnię i skierowaliśmy swoje kroki w jego kierunku. Ciszę mąciły tylko jęki i płacz.
Zajrzeliśmy przez okno. Zobaczyliśmy leżącą na podłodze kobietę. Była naga. Miała okrągłą twarz, duże, pełne usta i krótkie, ciemne włosy. Nie była już młoda, ale jej ciało było jędrne i krągłe.
Potężnie zbudowany, złotowłosy żołnierz siedział na niej rytmiczny poruszając biodrami. Jego ręce brutalnie zabawiały się jej dużymi piersiami. Ten mundur mogłabym rozpoznać nawet po omacku. Zacisnęłam powieki, ale obraz nie zniknął. Mężczyzna w bezwzględny sposób obchodził się z przerażoną i sparaliżowaną bólem kobietą.
Pod ścianą stał mały chłopczyk przyglądający się temu wszystkiemu. Z nosa płynęła mu strużka krwi robiąc plamę na jasnej koszulce. Jego wargi drżały, ale nie wydawał z siebie żadnego dźwięku. W malutkich rączkach ściskał ręcznie szytego misia z guziczkami zamiast oczu.
Kiedy żołnierz skończył, spojrzał ze zwierzęcym uśmiechem na kobietę, a potem wyciągnął broń. Strzelił chłopcu w głowę. Przerażający krzyk wypełnił dom. Patrzyłam na cała tą scenę, jak zahipnotyzowana.
Kiedy żołnierz skompletował swój mundur, spojrzał na kobietę. Klęczała przy martwym dziecku. Ruchem ręki kazał jej wyjść z chaty. Zanosząc się płaczem ściskała ona w ramionach ciało swojego synka. Mały, brązowy miś leżał w kałuży krwi.
Kacper w ostatniej chwili odciągnął mnie za róg domu. Rozległ się strzał i bezwładne ciało kobiety opadło na śnieg. Usłyszeliśmy nieludzki śmiech.
Cała się trzęsłam. Nie mogłam uwierzyć w to wszystko, co widziałam. Odżyła we mnie dawna nienawiść. Uczucie tak starannie skrywane od wielu lat. Przypomniałam sobie tamtą noc, kiedy matka mi wszystko powiedziała. Od tamtej pory…
- Nie możemy tego tak zostawić – szepnęłam - Kacper słyszysz mnie?
- Musimy uciekać. Chodź, może uda nam się dojść do samochodu.
Wyrwałam mu się i weszłam do jednego z domków. Na podłodze leżała kilkunastoletnia dziewczyna. Martwa. Miała długie, jasne włosy posklejane krwią w zasychające powoli strąki. Cała jej twarz pokryta była szramami, a jeden z oczodołów był pusty… Musieli ją bić karabinem po twarzy. Między jej nogami była kałuża krwi. Patrząc na to drobne ciało poczułam rosnące obrzydzenie. Byłam pewna, że zanim to wszystko się wydarzyło, była dziewicą. To był jej pierwszy raz. Jakże ironiczne było to stwierdzenie. Uśmiechnęłam się gorzko i wyszłam.
W kolejnym domku zobaczyłam kobietę. Jeszcze żyła, jednak pozostawienie jej przy życiu było to bardziej nieludzkie niż zabicie jej. Wykrwawiała się. Była w dziewiątym miesiącu ciąży. Miała głęboko rozcięty brzuch. Jej ciało drżało konwulsyjnie, a z ust wydobywał się charczący jęk.
Noworodek leżał obok ze zdeptaną główką… Był siny i pokryty krwią. Malutkie paluszki zaciśnięte były w piąstki.
Kacper siłą wyciągnął mnie stamtąd. Przytulił mnie mocno i szeptał uspokajające słowa, dopóki nie przestałam się trząść. Usłyszeliśmy głosy. Ktoś szedł w naszym kierunku. Ukryliśmy się.
Rozumiałam każde słowo, które wypowiadali. Szukali kogoś. Szukali jeszcze jednej osoby. Przed oczami ujrzałam krwawe napisy. Wtedy zrozumiałam. Tą osoba byłam ja.
Dlaczego!? Co to za koszmar!? Czy to się dzieje naprawdę!?
- Przeszli. Musimy uciekać – szepnął Kacper.
Jednak żołnierze byli wszędzie. Było ich tak wielu. Nie widzieliśmy naszego samochodu. Gdzie on mógł być? Coraz bardziej się denerwowałam. Próbowałam nie tracić zimnej krwi. Sytuacja mnie jednak przerastała. Uszczypnęłam się, jednak to nic nie dało. To nie był sen. Te rzeczy działy się naprawdę. Te trupy… One istniały. To nie był mój wymysł, ani żadna wizja. Kacper widział to samo.
Próbowałam znaleźć jakieś wyjaśnienie dla tego, co się tutaj działo, jednak nie potrafiłam. Na rękach miałam krew. Prawdziwą krew. Tego nie dało się wytłumaczyć. Kolejna wojna? Kręcą tutaj film? A może to jakaś sekta? Każdy kolejny pomysł wydawał się bardziej nieprawdopodobny od poprzedniego.
Kacper prowadziła mnie między domami. Nie wiedziałam czego szukał. Kryjówki czy samochodu? Moje nogi po prostu stawiały kolejne kroki. Raz, dwa, raz dwa… Bez udziału umysłu. On był zaprzątnięty całkiem innymi myślami.
Na placyku stała rodzina i kilku żołnierzy. Ojciec błagał ich, żeby nie zabijali jego kilkuletniej córeczki. Powtarzał jak opętany, że to grzeczna dziewczynka, że ładnie śpiewa, tańczy, mówi wierszyki. Z daleka widziałam tylko jej ciemne, kręcone włoski.
Wtedy dali mu broń i powiedzieli, żeby sam ją zabił. Płakał, wrzeszczał, klęczał przed nimi, a oni podawali sobie ją sobie z rak do rąk i śmiali się głośno. Doskonale się bawili. Wtedy matka dziewczynki wzięła pistolet i strzeliła do niej kilka razy.
Ciało dziecka upadło na śnieg, zdobiąc go plamami krwi.
Stałam jak sparaliżowana i patrzyłam na całą ta scenę. Jedyne, co byłam w stanie pomyśleć, to że ta kobieta dobrze zrobiła. Nie wiadomo, jaka śmierć spotkałaby jej dziecko z rąk żołnierzy.
- Marta, proszę, musimy uciekać… - błagał Kacper.
Ja jednak stałam tam, jak wrośnięta w ziemię. Byłam przerażona, ale jednocześnie wściekła. Chciałam zemsty.
- Znalazłem kryjówkę. Chodź. Zostaniesz tam, a ja odnajdę samochód.
W spiżarni jednego z domów, za regałami była mała, niska wnęka. Wcisnęłam się tam. Ręce mi się trzęsły, serce biło głośno, było mi gorąco. Zamknęłam oczy. Chciałam sobie wyobrazić, że jestem teraz z Kacprem w wynajętym pokoju, że właśnie wybieramy się na stok, albo spacerujemy po Krupówkach. Tyle wspaniałych chwile spędziliśmy razem. Te wszystkie spojrzenia, uśmiechy pocałunki…
Usłyszałam kroki. Jakiś żołnierz wszedł do spiżarni. Podszedł prosto do miejsca, w którym się ukrywałam. Przez dłuższą chwilę stał nieruchomo, a potem wszedł za regał i spojrzał na mnie błyszczącymi oczami spod uniesionych brwi. Jego spokojną, nieruchoma twarz nie wyrażała żadnych emocji.
- Znowu chciałaś uciec przed swoim przeznaczeniem? – zapytał.
Poderwałam się na równe nogi i odepchnęłam go. Upadł na podłogę robiąc dużo hałasu. Wiedziałam, że muszę uciekać. Wybiegłam z chaty. To, co zobaczyłam sprawiło, że przez chwilę oniemiałam z przerażenia. Miałam przed sobą cała gromadę żywych trupów. Mieli na sobie resztki ubrań. Ich ciało było częściowo rozłożone. Szczerzyli swoje żółte zęby w zwierzęcym uśmiechu.
Poczułam zapach śmierci. Spoglądały na mnie dziesiątki czarnych, martwych oczy. To byli ludzie, którzy tu żyli i mieszkali. Wszyscy zamordowani.
Zaczęłam uciekać, ale przewróciłam się w zaspę. Stanął nade mną jeden z żołnierzy. Jego twarz wykrzywiła się w przerażającym grymasie. To był uśmiech. Uśmiech zimny, pozbawiony wszelkiego uczucia. Uśmiech człowieka na wskroś zdeprawowanego, bezwzględnego, zupełnie pozbawionego sumienia.
- Naprawdę myślałaś, że dasz radę uciec? Tu jest twoje miejsce. Tutaj zginiesz. To jest jedyna droga. To jest twoje przeznaczenie – odbezpieczył pistolet i skierował go w moją stronę.
Wtedy nadjechał Kacper. Stratował ich. Padł strzał, ale chybiony. Wsiadłam do samochodu. Odjechaliśmy.
Za następnym zakrętem zobaczyliśmy drogowskaz na Zakopane. Nikt nas nie gonił. Kiedy dojechaliśmy do miasta i zobaczyłam normalnych ludzi, poczułam się bezpieczna. Dziesiątki turystów spacerowały ulicami. Leniwe płatki śniegu spadały z drzew.
Koszmar minął. Moje ręce były jednak całe we krwi, podobnie jak ubranie. Wzdrygnęłam się. Czy kiedykolwiek uda mi się zmyć tą krew? Te wszystkie przerażające sceny, które widziałam nie będą chciały się zatrzeć w mojej pamięci.
Tak trudno było mi zapomnieć o tym wszystkim, co usłyszałam do mojej matki. Łatwo jest hodować gniew i nienawiść, ale trudniej jest się ich pozbyć. Teraz, kiedy wspomnienia powróciły z taka siłą wszystko zacznie się na nowo.
- Dokąd jedziesz? – zapytałam.
- Jak to? Na policję. Jeżeli to się działa naprawdę, to może tam będą wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi.
Pomyślałam, że lepiej wiedziałby psychiatra niż policjant, ale powstrzymałam się od komentarza. Teraz już było mi wszystko obojętne. Uciekłam stamtąd. Cokolwiek miało to oznaczać, skończyło się. Zostało na tamtej polanie. Mojemu życiu tu i teraz nic już nie zagrażało.
Tego, co mieliśmy do powiedzenia wysłuchał młody funkcjonariusz. Co prawda udawał, że jest miły i że stara się to wszystko zrozumieć, ale mogłam się założyć, że tak naprawdę myśli, że ma do czynienia z dwójką upalonych ludzi, którzy przerazili się swojej kolejnej wizji.
Potem pojawił się drugi policjant. Starszy. Poprosił, żebyśmy jeszcze raz opowiedzieli, to co się wydarzyło.
- Przepraszam, ale chyba nie powinniśmy panów kłopotać – powiedziałam.
- Tomek, wyjdź. Jestem komisarz Turski. Być może jestem w stanie wytłumaczyć, to co się wam przytrafiło.
Zrezygnowana zaczęłam opowieść od początku. Komisarz jej nie skomentował. W zasadzie to nie powiedział ani słowa. Zabrał nas z komendy do jakieś prywatnego domu i zaprowadził do przygarbionego, pomarszczonego staruszka.
- Czternastego sierpnia czterdziestego trzeciego roku do wioski w pobliżu Zakopanego przyszedł mały oddział Niemców – głos staruszka był cichy i niezbyt wyraźny, dlatego wszyscy milczeli i z uwagą wsłuchiwali się w jego słowa. – Wymordowali kilkadziesiąt osób. Ciała zakopali w dole na placyku pośrodku wioski. Przeżyła to jedna dziewczyna. Wyszła rano po chrust i kiedy zbliżając się do wioski usłyszała strzały, uciekła. Ukrywała się tutaj. Nazywała się Celina Porębska.
Staruszek zamilkł. Wszyscy spojrzeli na mnie. Musiałam wyglądać, jakbym zobaczyła ducha. W jednej sekundzie zrozumiałam. Dwa ostatnie słowa wyjaśniły wszystko. Celina Porębska.
Pewnej nocy przyszła do mnie matka i powiedziała mi, że babcia nie żyje. Potem opowiedziała mi historię jej życia. Powiedziała wtedy: „Widzisz, twoim dziadkiem nie jest Stanisław, tylko Karl Grupenn. Jeden z najbardziej bestialskich Niemców, jacy pojawili się na naszej ziemi w czasie wojny. Zgwałcił twoją babkę…”
Dostałam pamiętniki babci, w których mogłam przeczytać o tym, co jej się przytrafiło. Po wojnie zmieniła nazwisko, żeby wymazać z życia tamten okres. Jednak to nie wystarczyło. Była przecież jeszcze moja matka. W jej żyłach płynęła aryjska krew. Była blondynką o błękitnych oczach i jasnej cerze. Urodę odziedziczyła po ojcu.
Babcia mówiła wszystkim, że miała męża, który zginął na froncie. Pokazywała nawet listy od niego, które sama pisała i wysyłała. Jednak nikt nie wierzył.
Obie miały bardzo ciężkie życie. Od tamtej pory hodowałam w swoim sercu nienawiść do tych, przez których cierpieli moim najbliżsi.
Jednak znałam tylko powojenne losy mojej babki. Wiedziałam, że przed wojną nazywała się Celina Porębska, a później Małgorzata Kułak. Nie wiedziałam, że cudem uniknęła śmierci…
Teraz wszystko było jasne. To moja babka była tą dziewczyną, którą widziałam w nocy. To ona przeżyła. I ona i moja matka już nie żyją. Dlatego, kiedy tylko pojawiałam się w tym przeklętym miejscu, przeżyłam wszystko to, co wydarzyło się kilkadziesiąt lat temu. Moja babka przeżyła, więc ja muszę zginąć. Takie jest moje przeznaczanie.
Przypomniałam sobie staruszka, którego pytaliśmy o drogę. To on powiedział, że Zakopianka jest zakorkowana i wskazał nam inną, przejezdną trasę. Zapytałam wtedy, czy jest bezpieczna. „To zależy dla kogo” rzucił, uśmiechając się tajemniczo.
- Kacper, wracamy do domu. Chcę być jak najdalej stąd.
- Ależ skoro w pani żyłach płynie niemiecka, ba, nawet aryjska krew, to nie musi się pani niczego obawiać. Pojedziemy tam i zobaczy pani, że nic jej nie grozi. Te domy rozsypały się bardzo dawno temu. Teraz nie ma tam nic. Na wszelki wypadek mam przecież broń – powiedział komisarz.
Dałam się namówić. Jeżeli teraz się z tym wszystkim zmierzę, to będę potrafiła dalej normalnie żyć.
Stałam na skraju polany i wpatrywałam się w rozległy teren pokryty grubą, równą warstwą śniegu. Nie było domów, krwi, trupów.
Odwróciłam się do Kacpra, jednak nie było tam ani jego, ani komisarza. Zamiast nich zobaczyłam dwóch niemieckich oficerów z bronią skierowaną w moim kierunku. Padły dwa strzały.

Opublikowano

Komentarz do tego opowiadania już przeczytałaś... znasz moje zdanie. Jedyne o czym zapomniałem wcześniej wspomnieć to o fakcie, że tytuł jest piękny i cholernie dobry... Pozdrawiam serdecznie:)

Opublikowano

Fantastico! Jestem za. Pozwol sobie polecic Podworko, tekst, ktory gdzies tam lezy w moim profilu.
Ciekaw jestem jak wpadlas na pomysl tego opowiadania, bo mnie naszlo zupelnie nagle...

Opublikowano

Dzięki Robert, poprawiłes mi wczoraj humor tym komentarzem. Co do poprzedniego, to jak mogłam to się do niego zastosowałam, ale dalej mi czegoś brakuje w tym tekście, sama nie wiem czego...
Leszek, Asher, dzięki za pozytywne opinie.
Pomysł... hmmm, kiedyś był inny, ale jak sie za to teraz zabrałam to została z niego tylko zima, reszta sama wyszła. Bohaterowie, wojna, motywy, wszystko nagle i znikąd.
Podwórko przeczytałam i podobało mi się. Nie da się ukryć pewnych zbiezności :)
pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

bardzo dobre i sprawne warsztatowo. gdy miałem 19 lat to pisalem tak niudolnie , że aż zal wspominac, a tu widzę literacki kwiat juz w pełnym rozkwicie. w miare mozliwosci bede sledzil twoje tutaj kroki... i mysle że nie tylko ja...

Opublikowano

Co tu dużo mówić , opowiadanie doskonałe. Momentami aż ciarki przechodziły po plecach. Opisy mocne i wstrząsające. Zakończenie wbija w fotel.

pozdrawiam

ps

tyko jedno drobne merytoryczne mam zastrzeżenie. do zdania

"przecież nikt nie poluje w środku zimy!"

Sezon na polowania trwa od póżnego lata az do końca zimy. Więc w środku zimy tez użadza sie polowania.

Opublikowano

To merytoryczne zastrzeżenie mnie prześladuje :) tyle, że na logikę to w górach w środku zimy się chyba nie poluje, bo to mogłby wywołać lawinę. popraw mnie jeżeli się mylę, bo ja na takim właśnie założeniu opierałam to, co napisałam.
Dziękuję za kometarz i pozdrawiam :)

Opublikowano

A mnie się osobiście nie podoba... Może tekst jest ciekawy, ale obrzydliwy i targa gdzieś w środku jak się czyta... Może inni czytelnicy są bardziej skłonni czytać o gwałtach i morderstwach - ja nie...

Ogólnie można się przyczepić do szczegółów, jw. np.

Wstyd hańba i pornografia...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @sisy89 dziękuję :) pozdrawiam serdecznie:)
    • Zgubiłem się jak skarpetka w pralce szukam innej pasującej pary wyprany przez uczucia wczorajsze nieustannie odwirowywany   zgubiłem jak klucze od mieszkania za drzwiami ktoś zaczyna mieszkać ciszą zostawia ślad na tęskniących ścianach nie przejmując się przypadkową zgubą    zgubiłem się jak portfel pełen uczuć oddaj mi mnie zapłacę znaleźne razem ze mną do domu bez klucza wróć bądźmy parą nierozłącznych skarpetek
    • Zakochuję się szybciej niż kawa stygnie.   Miłość smakuje kawą, której nigdy nie potrafię wystarczająco posłodzić.    Nie lubię kawy, mówię, stojąc z kubkiem w ręce, który najpierw parzy tylko dłonie.    Zapach? Nieziemski.  Smak? Dla mnie przeciętny.  Fusy? W każdym łyku.  Posmak w ustach? Nie do przeżycia.    Nie lubię kawy - znowu poparzyła mi język.  Chyba nigdy nie nauczę się jej pić. 
    • Link do piosenki:     Masz dużo odwagi – mi jej brakowało Chciałam, a teraz żałuję – tęsknie już Może, gdybyś nie mówił tak mało No cóż… No cóż…   Czyj jesteś? Dlaczego nie tęsknisz? Nie płaczesz? Chciałam powiedzieć – byłam tuż A teraz zgubiłam siebie. Czy wiesz? No cóż… No cóż…   Choć nie jestem jak kwiat o którym marzysz To mam coś z tych stokrotek i róż Wiem, że dokładnie słowa ważysz No cóż… No cóż…   Oddam serce dla Ciebie – mój drogi, mój miły Czy wbijesz w nie naostrzony nóż Tak, aby nigdy w nim kwiaty nie ożyły? No cóż… No cóż…   Kocham Ciebie mimo to – na wieki będę Więc spokój we mnie burz, oj, burz Że sama na nic więcej się nie zdobędę No cóż… No cóż...
    • ------------------------------ ## THE MULTILINGUAL MATRIX## After Miłosz, Brel, Larkin, and Baczyński | I. Le Mouvement Français | II. The English Movement | III. Ruch Polski | |---|---|---| | par: J. Brel | By: Ph. Larkin | Przez: K. K. Baczyńskiego | | | | | | Que la langue de ma mère soit pauvre mais claire. | May my mother's tongue be poor but clean, | Niech mowa moja ojczysta będzie biedna, lecz czysta. | | Pour que chacun qui entend ses sons lit une fourche dans la route ensablée, | so that all who hear its sounds read a fork in the sandy road not taken, | Aby każdy, kto usłyszy jej dźwięk, czytał: drogę niewybraną na piaszczystym Mazowszu, | | une rivière fidèle, des cercueils en pins polonais, | a faithful river, coffins in Polish pine, | wierną rzekę nad Niemnem, trumny z polskiej sosny, co krok — | | comme on lit dans le ciel grand ouvert par un éclair d'été. | as one reads in the summer sky opened wide by a lightning flash. | jak czyta się w niebie otwartym jak piorunem w dzień jasny. | | | | | | Et pourtant, sa parole ne peut être qu'une simple image et rien de plus. | And yet, its words cannot be a simple mirror of, and nothing more. | A przecież jej słowa nie mogą być tylko promieniem słońca na roztrzaskanej kolumnie i niczym więcej. | | Depuis des naguères elle était sommée par le bercement de la rime, | Since time immemorial, they were lured by the lullaby of rhyme, | Od dawna ją przywoływały: rym z głową na karabinie, | | d'un rêve impossible, d'une mélodie cachée. | an impossible dream, a forbidden melody. | niemożliwy sen o wolności, zakazana melodia bez słów. | | | | | | Et délaissé, sans défense, au bord de l'autruiroute par un monde indifférent et desséché, | And abandoned, defenseless, at the edge of the road not taken by a world indifferent and desiccated, | I porzucona, bezbronne, na skraju drogi niewybranej przez świat oschły i obojętny, | | aujourd'hui encore plusieurs s'interpellent: | even today many ask themselves: | do dziś ciągle jeszcze wielu — nie licząc szkół, gdzie się musi, i samych poetów — | | qu'est-ce qu'elle veut dire, cette honte qu'ils ressentent en lisant un recueil de poèmes? | what this shame means which they feel when reading a book of poetry? | zadaje sobie pytanie, co oznacza ten wstyd, który odczuwają, czytając zbiór poezyj? | | | | | | Comme si l'auteur s'adressait à la part ignoble de lui-même avec une intention obscure, | As if the author were addressing the base part of himself with some obscure intention, | Jakby autor zwracał się do nieszlachetnej części ciała, gromadę błaznów wokół siebie mając, | | en écartant et trompant la pensée. | to sow confusion between form and thought. | na pomieszanie czystej myśli. | | Et, par contre, elle sait encore plaire: avec une pincée d'humour, de bouffonnerie, de satire, | And, on the other hand, it still knows how to please: with a hint of humor, buffoonery, satire, | Z drugiej strony wciąż może być jak zbawienna poręć: przy odrobinie humoru, błazenady, obłąkaństwa, | | Son Excellence est alors appréciée. | Its Excellency is still sought. | Jej Ekscelencja jest wciąż jak grajek, który od biedy się nada, by popchnąć akcję lub rozpocząć scenę. | | | | Tu ciągle jeszcze może być królową Sytuacji. | | | | | | Mais ces batailles où la vie est en jeu sont en prose négociées. | But these battles where life is at stake are still fought in prose. | Lecz te bitwy, w których stawką jest ten kapitel ciała: głowa, są rozgrywane, mówiąc prozą. | | Ce n'était pas toujours le cas. | Reason is not always the same. | Nie: powód nie był od czasów wszech ten. | | Et le regret demeure eximprimé jusqu'à nos jours. | And so the regret lingers, ineffaceable to this day. | A wsio taki żał... niewysłowion, sławiony, niewysłasłowiony żał. | | Les romans et les traités ne durent pas, ils s'envolent. | Novels and treatises do not last, they fly away. | Romanse i traktaty — ne manent, volent. | | | | | | Car une bonne strophe a plus de poids | For a good stanza has more weight | Bo dobra strofa większą wagę ma | | que des centaines de pages d'un bourgeois. | than hundreds of pages of a bourgeois. | niż setki stron mieszczuicha. | | | | | | (Le silence de l'exil) | (The silence of the post-war) | A potem kraju runęło niebo. Tłumy obdarte... | | | | jak w łachmanach na wróble strach... | | | | nie w huku, ale — skamlaniu. | | | | Umrzeć, zasnąć. Swym snem światu... | ------------------------------ ##

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Structural Insights from the Matrix Look: * The Symmetrical Degradation: Seeing them side-by-side highlights how the French and English columns maintain a relatively neat, symmetrical structure, while the Polish column visually and semantically explodes at the very end. * The Blank Echoes: The empty blocks at the bottom of the French and English columns act as visual "silences." They underscore the fact that while Western Europe transitioned out of the war into the prose of economic recovery (Brel's bourgeois, Larkin's domesticity), Poland's poetic lineage collapsed into the violent, visceral trauma of Baczyński's ruined landscape. If you are satisfied with this layout, would you like to apply the Ezra Pound endnotes back to the bottom of this matrix, or are you ready to explore a title change to finalize this three-headed monument?     @Michał Pawica ENDNOTES: THE POETIC ACCOUNTANCY   Compiled by: E.P. I. THE LINGUISTIC BANKRUPTCY (The French/Brel Movement) • ¹·¹ langue de ma mère / pauvre mais claire: Compare with the claritas of Aquinas. The French still demand the ghost of Descartes in their syntax. But Brel knew clarity is found in the throat, not the academy. The bourgeois wants a clean parlor; the poet wants a clean ledger. • ¹·² fourche dans la route: A cross-pollination. Frost's rural divergence dropped into the mud of Flanders. The path is muddy, the selection is arbitrary, and the outcome is commercialized. • ¹·³ rivière fidèle: Miłosz's ghost haunting Stefan Żeromski. A historical marker treated like landscape scenery. A river cannot be faithful to an unfaithful continent. • ¹·⁴ un rêve impossible: Don Quixote via Brussels. The romance is dead, but the chanson acts as a minor interest payment on a defaulted soul. Note the collapse from high epic to cabaret. Useful, but heavily taxed by sentiment. • ¹·⁵ autruiroute: Bastardized vocabulary! A collision of autrui (the other) and autoroute (the mechanical speedway). The modern man drives over his neighbor at 120 kilometers per hour. A perfect verbal symptom of Usura (usury) breaking human contact. • ¹·⁶ Son Excellence: The diplomatic corps hiding behind the music stand. Bureaucracy attempting to inherit the courtly love tradition. • ¹·⁷ un bourgeois: The primary enemy of the ledger. Brel famously despised bourgeois complacency and institutional pomposity, most notably in his biting satirical song Les Bourgeois. II. THE ANGLO-SAXON SKEPTICISM (The Larkin Movement) • ²·¹ poor but clean: The British reduction of the sublime to a laundry list. Compare with the Chinese ideogram for "Honest" (人 + 言 = a man standing by his word). Here, it is merely a man standing by his radiator. • ²·² lullaby of rhyme: Connects back to Miłosz’s original critique of how strict poetic forms can lull the mind to sleep, blinding the poet to brutal realities. • ²·³ world indifferent and desiccated: See my Hugh Selwyn Mauberley ("a botched civilization"). Larkin's landscape is the ultimate result of the usurious system: the soil dried up, the rhythm lost, the intellect reduced to a complaint. • ²·⁴ to sow confusion between form and thought: The fatal divorce! When form becomes a container instead of the thing itself, the poetry dies. The moderns "sow confusion" because they have forgotten the precise definition. Dichtung = Kondensare (Poetry = Condensation). III. THE SACRIFICIAL COINAGE (The Baczyński Movement) • ³·¹ Z głową na karabinie: The real ledger. Where the Anglo-Saxon argues over the bill, the Pole pays in blood. The "Generation of Columbuses" discovered only their own graves. This is not poetry as decoration; this is poetry as a terminal receipt. • ³·² Nie licząc szkół, gdzie się musi: A direct quote from Miłosz's original text, mocking how poetry is forced upon students in schools, stripping it of its raw, dangerous nature. • ³·³ Jak zbawienna poręcz: A direct quote from Miłosz's Ars Poetica?, where he argues poetry should serve a functional, supportive purpose for human survival, rather than just being decorative art. • ³·⁴ Grajek, który od biedy się nada: Direct quotes lifted straight from Miłosz’s text, discussing the secondary, almost clownish role the poet must play in society to keep the audience's attention. • ³·⁵ Ten kapitel ciała: głowa: A beautiful, architectural allusion to Zbigniew Herbert’s or Baczyński’s style of body-imagery, where the human head is treated like the crown (capital) of a classical column being destroyed by war. • ³·⁶ Ne manent - volent: The ultimate inversion. Rome said scripta manent (the written word remains). But when the sky collapses (runęło niebo), the paper burns first. Only the oral rhythm—the absolute cadence—survives the artillery. • ³·⁷ mieszczuiCHA: Excellent vitriol. The philistine middle-class mind magnified to a structural disease. The mieszczuch buys the novel to pretend he has a brain; he ignores the stanza because it tells him he has no soul. IV. THE TERMINAL SOUNDINGS (The Coda) • ⁴·¹ A potem kraju runęło niebo...: A direct quote from Krzysztof Kamil Baczyński’s terrifying poem Mazowsze. It captures the literal collapse of Poland under Nazi and Soviet invasion. • ⁴·² nie w huku ale – skamlaniu: Eliot’s lines (The Hollow Men), stolen and translated into the Slavic dark. I told Tom to cut the fluff from his poems, but he kept the whimper. In Warsaw, the whimper is at least loud enough to shake the pine coffins. • ⁴·³ Umrzeć, zasnąć...: Shakespeare's currency, debased by three centuries of melodrama, but re-minted here in the mud of the Mazovian plain. The cycle is complete: the poem ends where the language began—in the dark, waiting for a clear speaker. ─── Pound's Final Red-Pencil Editorial Note: "The collage is the only honest architecture left for a ruined house. You have gathered the right stones from Brussels, Hull, and Warsaw. Now, strip the punctuation. Let the fragments hit each other like flint. Make it harder. Make it newer."
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...