Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Weszłam na szlak. Było wpół do ósmej, słońce jeszcze nie wyszło zza gór, powietrze było ostre i zimne. Zapięłam polarową bluzę pod szyję i ruszyłam w kierunku pierwszych wzniesień. Ścieżka, a właściwie droga prowadząca początkowo przez Dolinę Kościeliską, przez pierwsze kilkaset metrów ciągnęła po terenie zupełnie płaskim.
Zastanawiałam się czy sprostam wyznaczonej trasie. To, że wyczyn ten udał mi się dziesięć lat temu nie znaczyło, że teraz będzie tak samo. Najpierw wejście zboczami Adamicy, po kamieniach, wystających korzeniach drzew i śliskiej glinie. Dobrze, że przez dłuższy czas nie padało. Potem po kolei wszystkie Wierchy i zejście do Kuźnic.
W zamyśleniu poprawiłam plecak i czapkę z daszkiem. Pierwsze wzniesienia pokonywałam energicznie. Krajobraz był jeszcze spowity delikatna mgłą, więc nie dostrzegłam szczytów. Wkrótce weszłam między drzewa.
Niestety w pewnym momencie mój pęcherz zaczął się domagać odwiedzenia, jakiegoś ustronnego miejsca. Pomyślałam, że potem czekają mnie już tylko trawiaste zbocza Wierchów, gdzie będą tylko i wyłącznie miejsca nieustronne. W końcu zeszłam ze szlaku w głąb lasu. Jeden nieodpowiedni krok wystarczyłby, żeby uszkodzić i unieruchomić moją nogę.
Dotarłam do niewielkich krzaczków. Przykucnęłam z twarzą skierowana ku szlakowi. Moje bezmyślne wpatrywanie się w jedno z drzew przerwał niesamowity widok. Na poziomie moich oczu ujrzałam buty. To znaczy stopy w butach. To znaczy nogi ze stopami w męskich butach. Na początku pomyślałam, że ktoś tam stoi. Dopiero po chwili zreflektowałam się, że nogi znajdują się pół metra ponad ziemią.
Wyprostowałam się i ogarnęłam wzrokiem wszystko, co wiązało się z nogami. Przerażona i oszołomiona oparłam się o najbliższe drzewo i zamknęłam oczy. To prawda, że spałam krótko. Do późna spacerowałam po Krupówkach. Mój wzrok jednak jeszcze nigdy mnie nie zawiódł
Powoli otworzyłam oczy. To nie było przywidzenie. Nogi należały do wisielca, a dokładniej do mężczyzny około trzydziestopięcioletniego ubranego w dresowe spodnie, podkoszulkę i ortalionową kurtkę. To musiał być turysta, który miał zamiar pokonać tę sama trasę, co ja.
Jego twarz była nienaturalnie wykrzywiona. Malowało się na niej przerażenie, oczy były szeroko otwarte, a z ust wydobywał się niemy krzyk. Wokół szyi zaciśnięty był gruby sznur. Ten widok był naprawdę straszny.
Pomyślałam, że ktoś, kto to zrobił może nadal tu być. Nie wiedziałam, kiedy ani skąd wzięła się myśl o morderstwie. To było zupełnie odruchowe. Poza tym instynktownie wyczułam, że coś tu jest nie tak.
Zaczerpnęłam głęboko powietrza i odeszłam kilkanaście metrów. Oparłam się o drzewo i osunęłam na ziemię. Zamknęłam na chwile oczy, czekając aż wszystkie moje zmysły powrócą do równowagi. Dopiero teraz poczułam gęsiš skórkę na całym ciele i przyspieszone bicie serca.
Zadzwoniłam z komórki na policję. Całe szczęście, że miałam zasięg. Moje doniesienie zostało przyjęte dość sceptycznie, jednak obiecali kogoś wysłać. Młody policjant, który pojawił się półgodzinie, nie uwierzył dopóki nie zobaczył. Dopiero potem rozpoczął energiczne działania. Na górze pojawił się jego kolega, a on zabrał mnie do radiowozu pozostawionego na kamienistej drodze u stóp zbocza.
Opowiedziałam dokładnie co widziałam, czułam i robiłam.
- Skąd pomysł, że to morderstwo - zapytał wyciągając z samochodowego schowka paczkę papierosów i zapalniczkę.
- Dziękuje, nie palę. Przynajmniej nie w górach - uśmiechnęłam się. - To było przeczucie. Tam na górze coś jest nie w porządku.
- Ma pani rację. Wisielec miał ręce związane na plecach. Poza tym to wyglądało jakby ktoś go przywiązał do drzewa, a nie na nim powiesił - powiedział zaciągając się dymem i wpatrując w przednią szybę samochodu.
Zmysły mnie zawiodły, ale instynkt nie. Jak mogłam nie zauważyć tak oczywistych rzeczy?
Jak on ma na imię? Nie wisielec oczywiście, tylko policjant, który porzucił właśnie wpatrywanie się w ścieżkę przed samochodem i zaczął się przyglądać mnie. Miał czarne włosy postawione na żelu i przyjemnš twarz. Ponad to był wysoki i dobrze zbudowany.
- Czy będę jeszcze do czegoś potrzebna? - zapytałam w końcu.
- Nie, na razie nie. Tylko proszę dzisiaj zrezygnować z górskich wycieczek. Odwiozę panią do domu.
Nim zdążyłam zaprotestować samochód już zdšżał w kierunku Kir, a potem Zakopanego. Na miejscu hipotetycznej zbrodni pojawiła się już cała grupa fachowców, więc... Mam aspirant Grzegorz Jakiśtam! No więc on nie był im już chyba potrzebny.
- Czy to standardowa procedura? - zapytałam rozbawiona.
- No... Nie słyszała pani o programie ochrony świadków?
Miał poczucie humoru. Nie mogłam pozbyć się myśli, że wpadłam mu w oko. Kiedy wysiadałam z samochodu rzucił mi na pożegnanie zastanawiające słowa.
- Jako świadek koronny musi być pani pod nadzorem policji. Wieczorem funkcjonariusz sprawdzi, czy wszystko w porządku - a potem odjechał.
Muszę przyznać, że ma oryginalny sposób na podryw.
Po zjedzeniu zupki chińskiej i wypiciu kawy, przeglądnęłam przewodnik. Wybrałam trasę przez Dolinę Strążyńską, Przełęcz w Grzybowcu i Dolinę Małej Łąki. Na późny obiad powinnam być z powrotem.
Kiedy wieczorem po wzięciu prysznica przygotowywałam się do wyjścia, ktoś zapukał do drzwi mojego pokoju. Raczej nie mogłam to być właścicielka, ani moi sąsiedzi. Jeszcze nie wrócili z gór. Otworzyłam drzwi.
- Dobry wieczór. Czy świadek koronny czuje się dobrze.
To, że byłam zaskoczona, to mało powiedziane. Moje zdziwienie gdyby mogło to by się zmaterializowało i stanęło obok mnie. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś zobaczę... Grześka. Bez służbowego ubrania, a za to w dżinsach i podkoszulce wyglądał jeszcze lepiej.
Kiedy otrząsnęłam się już z wszelkich irytujących mnie uczuć dałam się zaprosić do baru. Przeszliśmy przez Krupówki rozmawiajšc o jakichś błahych sprawach. Przy okazji przeszliśmy na "ty". Potem skręciliśmy w boczna uliczkę i po kilkudziesięciu metrach weszliśmy do małej drewnianej knajpki.
Grzesiek zamówił specjalność zakładu - kebab, a do tego zimne piwo. Wiedział, co chcę usłyszeć. Poranne wydarzenia nie dawały mi spokoju.
- Leszek T., lat trzydzieści trzy, zdrowy, żywy jeszcze dzisiaj o świcie. Uduszony, a potem powieszony na drzewie.
Przy drugim piwie dowiedziałam się, że nieboszczyk przyjechał tutaj sam, tak jak zresztą przez ostatnich siedem lat. Zawsze wynajmował ten sam pokój i zawsze w tym samym terminie. Skontaktowanie się z rodziną okazało się nieco kłopotliwe, gdyż był szczyt sezonu urlopowego i wszyscy się gdzieś rozjechali.
Ani na ciele, ani w okolicy nie znaleziono żadnych śladów. To, co się tam stało zostało dokładnie zaplanowane. Poza tym analiza ubrania, a także podłoża wykazała, ze mężczyzna dobrowolnie pojawił się w miejscu, gdzie stał zamordowany. Udało się też zlokalizować dokładnie miejsce zbrodni - jakieś dziesięć metrów do drzewa, na którym został powieszony.
Grzesiek odprowadził mnie pod drzwi mojego pokoju i zapowiedział, że w ramach ochrony zabierze mnie jutro na obiad.
Oglądając telewizję zastanawiałam się nad tym wszystkim, co mnie spotkało. Ten wyjazd zaczyna obfitować w niespodziewane wydarzenie. Jestem zamieszana w sprawę morderstwa, a przystojny policjant zdradza mi tajemnice służbowe. Co jeszcze mnie czeka?
W nocy miałam okropny koszmar. Śniło mi się, że nocą idę jakimś nieznanym mi szlakiem. Z jednej strony była przepaść, a z drugiej wisielce, pełno wisielcy... Obudziłam się zlana potem, z niesamowicie szybko bijącym sercem.
Rano wyszłam w góry. Na razie nie chciałam wracać na Czerwone Wierchy. Nie miałam zamiaru prowokować losu.
Pogoda była piękna. Pokonywałam kolejne wzniesienia i robiłam dziesiątki zdjęć. Po powrocie, stojąc przed lustrem z zadowoleniem stwierdziłam, że jestem już dość mocno opalona. Wzięłam prysznic i pokryłam skórę grubą warstwą migdałowego balsamu.
Późne popołudnie spędziłam z Grześkiem. Przekonywanie go, że jednak powinien mi zdradzić kilka tajemnic służbowych przyniosło pozytywne efekty. Jedząc przepyszne, wielosmakowe lody w jednej z wielu cukierni na Krupówkach, wysłuchiwałam relacji z wydarzeń dnia dzisiejszego.
Na szlaku prowadzącym przez Czerwone Wierchy zamordowano drugiego człowieka. Trzydziestotrzyletni Jacek G. zmarł od uderzenia kamieniem w głowę. Ciało zostało zrzucone z urwiska.
Denat miał, tak jak poprzedni, zwišzane z tyłu ręce. Dokonano egzekucji. Na myśl o tym przeszedł mnie dreszcz.
Zajście, a przynajmniej jego część widziała młoda turystka. Została ogłuszona uderzeniem w głowę. Przebywa teraz w szpitalu na obserwacji, jest w ciężkim szoku. Lekarze zabraniają jakichkolwiek wizyt policji.
Ten mężczyzna również przyjeżdżał co roku sam i zawsze w tym samym okresie. Nie było o nim wiadomo zbyt wiele. Rozwiódł się z żoną cztery lata temu i to widocznie w niezbyt miłej atmosferze, bo ona teraz nie ukrywała zadowolenia z jego śmierci. Dało się to wyczuć nawet przez telefon.
Rodzina Leszka T., wczorajszego nieboszczyka, z którą policji udało się skontaktować nie wniosła do sprawy nic nowego.
Nikt nic nie wiedział!
- Myślisz, że to seryjny morderca? - zapytałam. - Wybiera swoje ofiary według konkretnego klucza i zabija je w podobny sposób. Poza tym wszystko ogranicza się do szlaku z Kir do... no powiedzmy, że do Kuźnic.
- Ja wolę nawet tak nie myśleć. Jest środek sezonu, a na szlakach grasuje jakiś
psychopata. Wyrwałem się z komendy tylko na kilka godzin, żeby się z tobą spotkać. Mamy urwanie głowy. Nie wychodź na razie w góry, dobrze?
- Może nie zauważyłeś, ale raczej nie nadaję się na ofiarę. Jestem kobietą, w dodatku mam trochę mniej lat niż oni - rzuciłam, śmiejąc się.
Grzesiek nie był jednak w nastroju do żartów. Ja w gruncie rzeczy też. Jeszcze dzisiaj rano chciałam pokonać ten szlak. Gdybym się na to zdecydowała, mogłabym być teraz w szpitalu na miejscu tamtej dziewczyny.
Psychopata, szaleniec, seryjny morderca... Tutaj, w Zakopanem? Zrozumienie tego przekraczało moje możliwości.
Wieczór musiałam niestety spędzić sama. Grzesiek wrócił do komendy. Obiecał, że zadzwoni.
Jakimś niepojętym sposobem znalazłam się w centrum przerażającej afery. Kilka dziwnym zbiegów okoliczności sprawiło, że moje wakacje zmieniły się w pogoń za mordercą. W dodatku u mego boku pojawił się ni stąd ni zowąd nieznajomy policjant. Do tej pory widywałam takie rzeczy tylko w filmach.
Cała ta sprawa jest jedną wielką niewiadomąš. Nikt nie jest w stanie udzielić jakichkolwiek informacji. Jedyne, co wiadomo, to że mężczyźni po trzydziestce przyjeżdżają samotnie do Zakopanego i ktoś ich, jednego po drugim, morduje.
Seryjni mordercy zostawiają zazwyczaj swój podpis. Czy w tym przypadku są to związane ręce, czy może górski szlak?
A ofiary? Czy są przypadkowe? Łączy je płeć, wiek, brak towarzyszy podróży i zapewne sentyment do gór. Czy morderca posługuje się takim właśnie kluczem? Jeżeli to psychopata i zabija dla przyjemności, to być może tak, jednak jeżeli są to zaplanowane wcześniej ofiary i morderstwa?
Coś musi łączyć tych mężczyzn. Jeżeli do tej pory niczego nie wykryto, to znaczy, że jest to zwišzane z ich przeszłoącią. Oni muszą mieć ze sobą coś wspólnego i to na tyle ważnego, że stali się celem jednej osoby. Osoby, która tylko wykonuje egzekucje.
Gdyby nie Grzesiek, to nie zastanawiałabym się nad działaniami jakiegoś psychopaty. Co mi strzeliło do głowy, żeby pakować się w takš znajomość!?
Zasnęłam powziąwszy pewne postanowienia, a obudziłam się z zamiarem ich wykonania.
Po śniadaniu wybrałam się do szpitala. Niedoszła ofiara mordercy jeszcze tam była. Musiałam trochę nakłamać, żeby móc się z nią spotkać.
Była to młoda dziewczyna, dwudziestokilkuletnia, jasne włosy opadały jej na ramiona, twarz miała bladą, a jej ręce cały czas drżały. Kiedy powiedziałam, po co przyszłam, na jej twarzy pojawiło się przerażenie. Zdołałam ją jednak do siebie przekonać, po tym jak opowiedziałam jej o znalezieniu wisielca.
- Zobaczyłam jak ktoś zrzucał ciało człowieka z urwiska... - zaczęła łamiącym się głosem. - Nie byłam w stanie uciekać. Strach mnie sparaliżował - zacisnęła powieki, a potem otrząsnęła się jakby chciała odpędzić od siebie te wspomnienia. - On... On zaczął iść w moim kierunku, a potem... Nic więcej nie pamiętam, obudziłam się w szpitalu.
- Jak wyglądał? Zauważyłaś coś charakterystycznego?
- Nie... Chyba nie. Przypomina sobie tylko, że miał na sobie czerwoną, ortalionową kurtkę. Tak... czerwona plama idąca w moim kierunku.
Opuściłam szpital. Nie wiedziałam, czy to, co usłyszałam miało jakąś wartość, ale postanowiłam powiedzieć o tym Grześkowi. Zaintrygowało mnie coś innego. Co takiego wydarzyło się tam, w górach, że ta dziewczyna jest do tej pory śmiertelnie przerażona na wspomnienie o tym?
- Dlaczego wymyśliłaś sobie akurat szlak z Kir do Kuźnic, co? - usłyszałam na przywitanie od mojego osobistego policjanta. - Dzisiaj przed południem w pobliżu schroniska na Hali Kondratowej pies znalazł zastrzelonego człowieka ze związanymi rękami. Kolejna egzekucja. Jednak w końcu coś wiemy. Jutro dorwiemy drania.
Okazało się, że miałam rację. Wszystkich, już trzech mężczyzn, łączyło wydarzenie z przeszłości. Przed siedmiu laty byli tutaj w siódemkę. Przyjaciele ze studiów, którzy prowadzili wspólny interes. Kiedy byli na Czerwonych Wierchach zaczęła się burza. Był już wieczór, więc było prawie całkiem ciemno. Dwóch z nich nie wróciło. Stwierdzono nieszczęśliwy wypadek. Spadli ze zbocza. Znaleziono tylko jedno ciało, jednak wszyscy byli pewni, że drugi z mężczyzn również nie żyje. Być może ciało przysypały kamienie.
Od tamtej pory piątka kolegów, którzy po tej tragedii zamknęli wspólna firmę i rozproszyli się po całej Polsce, co roku w rocznicę tamtych wydarzeń przyjeżdża do Zakopanego.
Tę historię policja poznała od żony trzeciego zamordowanego. Pobrali się sześć lat temu, jednak mąż o wszystkim jej opowiedział. Po kilku latach zaczęły ją denerwować te samotne wyjazdy. W tym roku w końcu zdecydowała się przyjechać tutaj i sprawdzić, co jej mšż robi w tym czasie. On oczywiście o niczym nie wiedział.
- Znaleźliśmy dwóch pozostałych mężczyzn. Jeden z nich wyjechał gdzieś służbowo i nie możemy się z nim skontaktować, a drugi jest w Zakopanem. Rozmawialiśmy już z nim. Będziemy go śledzić i jutro o świcie dorwiemy drania. Wczoraj wymyśliłaś Kuźnice, więc może dzisiaj mi powiedz jakie miejsce jutro wybierze morderca?
- Przełęcz Kondracką - rzuciłam po chwili zastanowienia. - Tam bez problemu będzie mógł upozorować skręcenie karku.
Grzesiek patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, jak na jakieś medium. Roześmiałam się.
- Mój panie detektywie, uważasz zatem, że mordercą jest jeden z piątki mężczyzn i to zapewne ten, który wyjechał w podróż służbową? Powiedz mi jeszcze, dlaczego oni zamknęli swoją firmę?
- Wiem, tyle co powiedziała tamta kobieta. Interes przypominał im o tragedii.
- Nie sądzisz, że to trochę nacišgane? W dzisiejszych czasach nie rezygnuje się z pieniędzy z powody sentymentów - zamyśliłam się na chwilę. - A co z tymi drugimi zwłokami? Może ich nigdy nie było?
- Sprawdziliśmy to, o tym facecie nikt nie słyszał od siedmiu lat. Nie mógł po prostu zniknąć na tak długi czas.
Ta sprawa nie może być, tak prosta jak się to wydaje Grześkowi, albo dokładniej jego przełożonym. On tak w ogóle, to jest tam dopiero chłopcem na posyłki.
To wszystko zaczęło się siedem lat temu. Z jakiej racji człowiek który pozostał wtedy wśród żywych miałby się mścić po takim czasie i zabijać współtowarzyszy?! Gdzie sens? Gdzie logika?
To, co się wydarzyło przed laty musi być motywem zbrodni. To jest zemsta. Tylko za co?
Zainspirowany moimi wnioskami Grzesiek zniknął. Znowu musiałam spędzić samotny wieczór.
O czwartej rano zostałam obudzona przez mojego bodyguarda. Powiedział, że jeżeli chcę być przy aresztowaniu, to mogę z nim jechać. Moje wszystko chciało jeszcze zostać w łóżku, jednak kilka szarych komórek się wykazywało zdolność do myślenia i to tylko dzięki nim znalazłam się godzinę później w punkcie obserwacyjnym. To był prawie masochizm.
W końcu zobaczyliśmy dwóch mężczyzn zmierzajšcych w naszym kierunku. Dowiedziałam się, że jeden z nich, to Miłosz W., czyli ten, który rzekomo wyjechał służbowo. Jeżeli on tu naprawdę był, to znaczy, że się myliłam. Moje przypuszczenia były do niczego. Postanowiłam obserwować, jak potoczą się wypadki.
Nagle zauważyłam idšcego od Przełęczy Kondrackiej mężczyznę w czerwonej ortalionowej kurtce. Przecież ja zapomniałam powiedzieć Grześkowi o tym, co usłyszałam w szpitalu. Na szczęście teraz był blisko. Bez zbędnych wstępów i szczegółów poinformowałam go o tym, że właśnie nadszedł morderca. Teraz to on się musiał martwić, co zrobić z tą informacją.
Grzesiek niepostrzeżenie zbliżył się do inspektora Malskiego, a w tym czasie mężczyźni spotkali się. Zaczęli dość głośno rozmawiać, potem jeden z nich wyciągnął broń i nie był to mężczyzna w czerwonej kurtce.
* * *
Artur S. został aresztowany. Przyznał się do wszystkiego. Przed siedmiu laty cudem uniknął śmierci. Jego przyjaciele, a przynajmniej ludzie, których do tej pory uważał za przyjaciół zamordowali z zimna krwią Marcela G. a potem pozbyli się ciała zrzucając je ze zbocza. Artur nie wiedział, co się dzieje, ale domyślił się że będzie następny. Zaczął uciekać, ale było ciemno i padał deszcz. Potknął się o kamień i spadł. Kiedy odzyskał przytomność nic nie pamiętał.
Przez te wszystkie lata przebywał w szpitalach psychiatrycznych i przytułkach dla bezdomnych. Był człowiekiem bez tożsamości. Kiedy zaczął sobie przypominać swoją przeszłość, chciał tylko jednego. Zemsty.
W końcu udało mu się zebrać wystarczająco dużo wiadomości, by móc odegrać się za wszystko, co przeżył.
Z ostatniego morderstwa chciał mieć trochę więcej satysfakcji, więc zastraszył Krzysztofa D. i wyznaczył mu spotkanie nad Przełęczą. Niespodziewanie pojawił się on jednak w towarzystwie Miłosza W., który nie zamierzał dać się wodzić za nos, tylko postanowił zrobić to, co nie udało mu się siedem lat temu. Na szczęście policja zareagowała w odpowiednim czasie.
- Ich firma służyła do prania brudnych pieniędzy. Robili nielegalne interesy. Tylko Marcel G. i Artur S. nic o tym nie wiedzieli. Widocznie Marcel zaczął się czegoś domyślać i podczas wspólnego wyjazdu został upozorowany wypadek. Przy okazji mieli się zapewne pozbyć również Artura. Krzysztof D. i Miłosz W. też zostali aresztowani, ale mając dobrego prawnika wywiną się ze wszystkiego. Bardzo ciężko będzie udowodnić, że wydarzenie sprzed siedmiu lat nie było wypadkiem. Znacznie łatwiej będzie stwierdzić, że Artur S. jest niezrównoważony psychicznie - Grzesiek skończył opowiadać i przeciągnął się.
Pomyślałam z satysfakcją, ze jednak miałam rację i uśmiechając się pod nosem przytuliłam się go mojego osobistego policjanta.

Opublikowano

obranego w dresowe spodnie - ubranego
Było na niej wymalowane przerażenie - malowało SIĘ na niej
gęsia skórkę - gęsią
Oblała mnie fala gorąca.
Policja przyjęła moje doniesienie dość sceptycznie - mozna sie domyślić, że zadzwoniłas z "komórki", ale należało to chyba zaznaczyć
Jako świadek koronny - koronny świadek, to ktoś, kto "sypie".
Grzesiek /po drodze przeszliśmy na ty/ - zmieniłbym na zwykłe "zawijasy"
kebaba - wiem, że ta nazwa już na dobre zadomowiła się w języku polskim, ale sądzę, iz nie na tyle, by pisać kebaba- według mnie- kebab
zawsze w tym samym czasie - może okresie, lub terminie?
Oglądając telewizor zastanawiałam się - zrezygnowałbym ze slangowego telewizor na telewizję
a z drugiej wisience, pełno wisielców - wisielcy
Przekonywanie go, ze jednak - że
wielosmakowe lody z jednej z wielu cukierni - w jednej z wielu
Zajście, a przynajmniej jego część widziała ... ale ona twierdzi, że nic nie pamięta - to skąd wiadomo, że widziała?
zawsze w tym samym czasie - j.w.
po ty jak opowiedziałam jej - tym
w górach, ze ta dziewczyna jest - że
Artur nie wiedział, co się dzieje, wiec domyślił - ale, zamiast więc
Artur S. został aresztowany. Przyznał się do wszystkiego - musiałem trzy razy przeczytać tę końcówkę i stwierdzam, że aresztowana powinna być cała trójka
Sprawna narracja, ciekawy pomysł i szczypta humoru, choć pewnie Ameryki odkryć ci się nie udało, ale cóż- w tej kategorii napisano już tak wiele...

Opublikowano

Opowiadnie nawet niezłe, choc nie zachwyca. Kryminał czy thriller trudno napisac dobrz i tak by trzyął w napięciu, ta historia toczy sie zbyt standordowo i przewidywalnie, aby moigł zaskakiwać jakimiś niespodziewanymi zwrotami akcji.

pzdr

Opublikowano

Kameleonisz troszeczke. Szukac swojego stylu czy starasz sie idealnie podrabiac? W Z jest historyjka staroanglosaska, tutaj troszke to wszystko wyglada inaczej. Faktycznie, nie jest zaskakujaco, ale malymi kroczkami cos na pewno wynajdziesz, bo stylowi nic nie sposob zarzucic. Mysle, ze jest Wam po drodze z Krzyskiem Rutkowskim, tylko on sie grzebie glebiej w miesie...

Opublikowano

Pedro, mnie też nie zachywca. Ten tekst jest poprawny, nic poza tym. Nie czuje tez do niego zbytniego sentymentu.
Asher, nie kameleonie. Poza tym kogo miałabym tak idealnie podrabiać? :) piszę kryminały i czy jest w nich humor, czy sensacja, czy historia to już jest nie ważne, bo to wszystko są kryminały - jeden gatunek. Zdarza mi się pisac jeszcze dramaty, ale coraz rzadziej. Sa na mojej stronie, tutaj nie będe ich publikowac.

pozdrawim serdecznie i dziękuję za wszelkie uwagi i komentarze.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

sam tytuł mnie juz przywiódł ... podoba mi sie sposób w jaki piszesz...dobra proza. pozdrawiam...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...