Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Weszłam na szlak. Było wpół do ósmej, słońce jeszcze nie wyszło zza gór, powietrze było ostre i zimne. Zapięłam polarową bluzę pod szyję i ruszyłam w kierunku pierwszych wzniesień. Ścieżka, a właściwie droga prowadząca początkowo przez Dolinę Kościeliską, przez pierwsze kilkaset metrów ciągnęła po terenie zupełnie płaskim.
Zastanawiałam się czy sprostam wyznaczonej trasie. To, że wyczyn ten udał mi się dziesięć lat temu nie znaczyło, że teraz będzie tak samo. Najpierw wejście zboczami Adamicy, po kamieniach, wystających korzeniach drzew i śliskiej glinie. Dobrze, że przez dłuższy czas nie padało. Potem po kolei wszystkie Wierchy i zejście do Kuźnic.
W zamyśleniu poprawiłam plecak i czapkę z daszkiem. Pierwsze wzniesienia pokonywałam energicznie. Krajobraz był jeszcze spowity delikatna mgłą, więc nie dostrzegłam szczytów. Wkrótce weszłam między drzewa.
Niestety w pewnym momencie mój pęcherz zaczął się domagać odwiedzenia, jakiegoś ustronnego miejsca. Pomyślałam, że potem czekają mnie już tylko trawiaste zbocza Wierchów, gdzie będą tylko i wyłącznie miejsca nieustronne. W końcu zeszłam ze szlaku w głąb lasu. Jeden nieodpowiedni krok wystarczyłby, żeby uszkodzić i unieruchomić moją nogę.
Dotarłam do niewielkich krzaczków. Przykucnęłam z twarzą skierowana ku szlakowi. Moje bezmyślne wpatrywanie się w jedno z drzew przerwał niesamowity widok. Na poziomie moich oczu ujrzałam buty. To znaczy stopy w butach. To znaczy nogi ze stopami w męskich butach. Na początku pomyślałam, że ktoś tam stoi. Dopiero po chwili zreflektowałam się, że nogi znajdują się pół metra ponad ziemią.
Wyprostowałam się i ogarnęłam wzrokiem wszystko, co wiązało się z nogami. Przerażona i oszołomiona oparłam się o najbliższe drzewo i zamknęłam oczy. To prawda, że spałam krótko. Do późna spacerowałam po Krupówkach. Mój wzrok jednak jeszcze nigdy mnie nie zawiódł
Powoli otworzyłam oczy. To nie było przywidzenie. Nogi należały do wisielca, a dokładniej do mężczyzny około trzydziestopięcioletniego ubranego w dresowe spodnie, podkoszulkę i ortalionową kurtkę. To musiał być turysta, który miał zamiar pokonać tę sama trasę, co ja.
Jego twarz była nienaturalnie wykrzywiona. Malowało się na niej przerażenie, oczy były szeroko otwarte, a z ust wydobywał się niemy krzyk. Wokół szyi zaciśnięty był gruby sznur. Ten widok był naprawdę straszny.
Pomyślałam, że ktoś, kto to zrobił może nadal tu być. Nie wiedziałam, kiedy ani skąd wzięła się myśl o morderstwie. To było zupełnie odruchowe. Poza tym instynktownie wyczułam, że coś tu jest nie tak.
Zaczerpnęłam głęboko powietrza i odeszłam kilkanaście metrów. Oparłam się o drzewo i osunęłam na ziemię. Zamknęłam na chwile oczy, czekając aż wszystkie moje zmysły powrócą do równowagi. Dopiero teraz poczułam gęsiš skórkę na całym ciele i przyspieszone bicie serca.
Zadzwoniłam z komórki na policję. Całe szczęście, że miałam zasięg. Moje doniesienie zostało przyjęte dość sceptycznie, jednak obiecali kogoś wysłać. Młody policjant, który pojawił się półgodzinie, nie uwierzył dopóki nie zobaczył. Dopiero potem rozpoczął energiczne działania. Na górze pojawił się jego kolega, a on zabrał mnie do radiowozu pozostawionego na kamienistej drodze u stóp zbocza.
Opowiedziałam dokładnie co widziałam, czułam i robiłam.
- Skąd pomysł, że to morderstwo - zapytał wyciągając z samochodowego schowka paczkę papierosów i zapalniczkę.
- Dziękuje, nie palę. Przynajmniej nie w górach - uśmiechnęłam się. - To było przeczucie. Tam na górze coś jest nie w porządku.
- Ma pani rację. Wisielec miał ręce związane na plecach. Poza tym to wyglądało jakby ktoś go przywiązał do drzewa, a nie na nim powiesił - powiedział zaciągając się dymem i wpatrując w przednią szybę samochodu.
Zmysły mnie zawiodły, ale instynkt nie. Jak mogłam nie zauważyć tak oczywistych rzeczy?
Jak on ma na imię? Nie wisielec oczywiście, tylko policjant, który porzucił właśnie wpatrywanie się w ścieżkę przed samochodem i zaczął się przyglądać mnie. Miał czarne włosy postawione na żelu i przyjemnš twarz. Ponad to był wysoki i dobrze zbudowany.
- Czy będę jeszcze do czegoś potrzebna? - zapytałam w końcu.
- Nie, na razie nie. Tylko proszę dzisiaj zrezygnować z górskich wycieczek. Odwiozę panią do domu.
Nim zdążyłam zaprotestować samochód już zdšżał w kierunku Kir, a potem Zakopanego. Na miejscu hipotetycznej zbrodni pojawiła się już cała grupa fachowców, więc... Mam aspirant Grzegorz Jakiśtam! No więc on nie był im już chyba potrzebny.
- Czy to standardowa procedura? - zapytałam rozbawiona.
- No... Nie słyszała pani o programie ochrony świadków?
Miał poczucie humoru. Nie mogłam pozbyć się myśli, że wpadłam mu w oko. Kiedy wysiadałam z samochodu rzucił mi na pożegnanie zastanawiające słowa.
- Jako świadek koronny musi być pani pod nadzorem policji. Wieczorem funkcjonariusz sprawdzi, czy wszystko w porządku - a potem odjechał.
Muszę przyznać, że ma oryginalny sposób na podryw.
Po zjedzeniu zupki chińskiej i wypiciu kawy, przeglądnęłam przewodnik. Wybrałam trasę przez Dolinę Strążyńską, Przełęcz w Grzybowcu i Dolinę Małej Łąki. Na późny obiad powinnam być z powrotem.
Kiedy wieczorem po wzięciu prysznica przygotowywałam się do wyjścia, ktoś zapukał do drzwi mojego pokoju. Raczej nie mogłam to być właścicielka, ani moi sąsiedzi. Jeszcze nie wrócili z gór. Otworzyłam drzwi.
- Dobry wieczór. Czy świadek koronny czuje się dobrze.
To, że byłam zaskoczona, to mało powiedziane. Moje zdziwienie gdyby mogło to by się zmaterializowało i stanęło obok mnie. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś zobaczę... Grześka. Bez służbowego ubrania, a za to w dżinsach i podkoszulce wyglądał jeszcze lepiej.
Kiedy otrząsnęłam się już z wszelkich irytujących mnie uczuć dałam się zaprosić do baru. Przeszliśmy przez Krupówki rozmawiajšc o jakichś błahych sprawach. Przy okazji przeszliśmy na "ty". Potem skręciliśmy w boczna uliczkę i po kilkudziesięciu metrach weszliśmy do małej drewnianej knajpki.
Grzesiek zamówił specjalność zakładu - kebab, a do tego zimne piwo. Wiedział, co chcę usłyszeć. Poranne wydarzenia nie dawały mi spokoju.
- Leszek T., lat trzydzieści trzy, zdrowy, żywy jeszcze dzisiaj o świcie. Uduszony, a potem powieszony na drzewie.
Przy drugim piwie dowiedziałam się, że nieboszczyk przyjechał tutaj sam, tak jak zresztą przez ostatnich siedem lat. Zawsze wynajmował ten sam pokój i zawsze w tym samym terminie. Skontaktowanie się z rodziną okazało się nieco kłopotliwe, gdyż był szczyt sezonu urlopowego i wszyscy się gdzieś rozjechali.
Ani na ciele, ani w okolicy nie znaleziono żadnych śladów. To, co się tam stało zostało dokładnie zaplanowane. Poza tym analiza ubrania, a także podłoża wykazała, ze mężczyzna dobrowolnie pojawił się w miejscu, gdzie stał zamordowany. Udało się też zlokalizować dokładnie miejsce zbrodni - jakieś dziesięć metrów do drzewa, na którym został powieszony.
Grzesiek odprowadził mnie pod drzwi mojego pokoju i zapowiedział, że w ramach ochrony zabierze mnie jutro na obiad.
Oglądając telewizję zastanawiałam się nad tym wszystkim, co mnie spotkało. Ten wyjazd zaczyna obfitować w niespodziewane wydarzenie. Jestem zamieszana w sprawę morderstwa, a przystojny policjant zdradza mi tajemnice służbowe. Co jeszcze mnie czeka?
W nocy miałam okropny koszmar. Śniło mi się, że nocą idę jakimś nieznanym mi szlakiem. Z jednej strony była przepaść, a z drugiej wisielce, pełno wisielcy... Obudziłam się zlana potem, z niesamowicie szybko bijącym sercem.
Rano wyszłam w góry. Na razie nie chciałam wracać na Czerwone Wierchy. Nie miałam zamiaru prowokować losu.
Pogoda była piękna. Pokonywałam kolejne wzniesienia i robiłam dziesiątki zdjęć. Po powrocie, stojąc przed lustrem z zadowoleniem stwierdziłam, że jestem już dość mocno opalona. Wzięłam prysznic i pokryłam skórę grubą warstwą migdałowego balsamu.
Późne popołudnie spędziłam z Grześkiem. Przekonywanie go, że jednak powinien mi zdradzić kilka tajemnic służbowych przyniosło pozytywne efekty. Jedząc przepyszne, wielosmakowe lody w jednej z wielu cukierni na Krupówkach, wysłuchiwałam relacji z wydarzeń dnia dzisiejszego.
Na szlaku prowadzącym przez Czerwone Wierchy zamordowano drugiego człowieka. Trzydziestotrzyletni Jacek G. zmarł od uderzenia kamieniem w głowę. Ciało zostało zrzucone z urwiska.
Denat miał, tak jak poprzedni, zwišzane z tyłu ręce. Dokonano egzekucji. Na myśl o tym przeszedł mnie dreszcz.
Zajście, a przynajmniej jego część widziała młoda turystka. Została ogłuszona uderzeniem w głowę. Przebywa teraz w szpitalu na obserwacji, jest w ciężkim szoku. Lekarze zabraniają jakichkolwiek wizyt policji.
Ten mężczyzna również przyjeżdżał co roku sam i zawsze w tym samym okresie. Nie było o nim wiadomo zbyt wiele. Rozwiódł się z żoną cztery lata temu i to widocznie w niezbyt miłej atmosferze, bo ona teraz nie ukrywała zadowolenia z jego śmierci. Dało się to wyczuć nawet przez telefon.
Rodzina Leszka T., wczorajszego nieboszczyka, z którą policji udało się skontaktować nie wniosła do sprawy nic nowego.
Nikt nic nie wiedział!
- Myślisz, że to seryjny morderca? - zapytałam. - Wybiera swoje ofiary według konkretnego klucza i zabija je w podobny sposób. Poza tym wszystko ogranicza się do szlaku z Kir do... no powiedzmy, że do Kuźnic.
- Ja wolę nawet tak nie myśleć. Jest środek sezonu, a na szlakach grasuje jakiś
psychopata. Wyrwałem się z komendy tylko na kilka godzin, żeby się z tobą spotkać. Mamy urwanie głowy. Nie wychodź na razie w góry, dobrze?
- Może nie zauważyłeś, ale raczej nie nadaję się na ofiarę. Jestem kobietą, w dodatku mam trochę mniej lat niż oni - rzuciłam, śmiejąc się.
Grzesiek nie był jednak w nastroju do żartów. Ja w gruncie rzeczy też. Jeszcze dzisiaj rano chciałam pokonać ten szlak. Gdybym się na to zdecydowała, mogłabym być teraz w szpitalu na miejscu tamtej dziewczyny.
Psychopata, szaleniec, seryjny morderca... Tutaj, w Zakopanem? Zrozumienie tego przekraczało moje możliwości.
Wieczór musiałam niestety spędzić sama. Grzesiek wrócił do komendy. Obiecał, że zadzwoni.
Jakimś niepojętym sposobem znalazłam się w centrum przerażającej afery. Kilka dziwnym zbiegów okoliczności sprawiło, że moje wakacje zmieniły się w pogoń za mordercą. W dodatku u mego boku pojawił się ni stąd ni zowąd nieznajomy policjant. Do tej pory widywałam takie rzeczy tylko w filmach.
Cała ta sprawa jest jedną wielką niewiadomąš. Nikt nie jest w stanie udzielić jakichkolwiek informacji. Jedyne, co wiadomo, to że mężczyźni po trzydziestce przyjeżdżają samotnie do Zakopanego i ktoś ich, jednego po drugim, morduje.
Seryjni mordercy zostawiają zazwyczaj swój podpis. Czy w tym przypadku są to związane ręce, czy może górski szlak?
A ofiary? Czy są przypadkowe? Łączy je płeć, wiek, brak towarzyszy podróży i zapewne sentyment do gór. Czy morderca posługuje się takim właśnie kluczem? Jeżeli to psychopata i zabija dla przyjemności, to być może tak, jednak jeżeli są to zaplanowane wcześniej ofiary i morderstwa?
Coś musi łączyć tych mężczyzn. Jeżeli do tej pory niczego nie wykryto, to znaczy, że jest to zwišzane z ich przeszłoącią. Oni muszą mieć ze sobą coś wspólnego i to na tyle ważnego, że stali się celem jednej osoby. Osoby, która tylko wykonuje egzekucje.
Gdyby nie Grzesiek, to nie zastanawiałabym się nad działaniami jakiegoś psychopaty. Co mi strzeliło do głowy, żeby pakować się w takš znajomość!?
Zasnęłam powziąwszy pewne postanowienia, a obudziłam się z zamiarem ich wykonania.
Po śniadaniu wybrałam się do szpitala. Niedoszła ofiara mordercy jeszcze tam była. Musiałam trochę nakłamać, żeby móc się z nią spotkać.
Była to młoda dziewczyna, dwudziestokilkuletnia, jasne włosy opadały jej na ramiona, twarz miała bladą, a jej ręce cały czas drżały. Kiedy powiedziałam, po co przyszłam, na jej twarzy pojawiło się przerażenie. Zdołałam ją jednak do siebie przekonać, po tym jak opowiedziałam jej o znalezieniu wisielca.
- Zobaczyłam jak ktoś zrzucał ciało człowieka z urwiska... - zaczęła łamiącym się głosem. - Nie byłam w stanie uciekać. Strach mnie sparaliżował - zacisnęła powieki, a potem otrząsnęła się jakby chciała odpędzić od siebie te wspomnienia. - On... On zaczął iść w moim kierunku, a potem... Nic więcej nie pamiętam, obudziłam się w szpitalu.
- Jak wyglądał? Zauważyłaś coś charakterystycznego?
- Nie... Chyba nie. Przypomina sobie tylko, że miał na sobie czerwoną, ortalionową kurtkę. Tak... czerwona plama idąca w moim kierunku.
Opuściłam szpital. Nie wiedziałam, czy to, co usłyszałam miało jakąś wartość, ale postanowiłam powiedzieć o tym Grześkowi. Zaintrygowało mnie coś innego. Co takiego wydarzyło się tam, w górach, że ta dziewczyna jest do tej pory śmiertelnie przerażona na wspomnienie o tym?
- Dlaczego wymyśliłaś sobie akurat szlak z Kir do Kuźnic, co? - usłyszałam na przywitanie od mojego osobistego policjanta. - Dzisiaj przed południem w pobliżu schroniska na Hali Kondratowej pies znalazł zastrzelonego człowieka ze związanymi rękami. Kolejna egzekucja. Jednak w końcu coś wiemy. Jutro dorwiemy drania.
Okazało się, że miałam rację. Wszystkich, już trzech mężczyzn, łączyło wydarzenie z przeszłości. Przed siedmiu laty byli tutaj w siódemkę. Przyjaciele ze studiów, którzy prowadzili wspólny interes. Kiedy byli na Czerwonych Wierchach zaczęła się burza. Był już wieczór, więc było prawie całkiem ciemno. Dwóch z nich nie wróciło. Stwierdzono nieszczęśliwy wypadek. Spadli ze zbocza. Znaleziono tylko jedno ciało, jednak wszyscy byli pewni, że drugi z mężczyzn również nie żyje. Być może ciało przysypały kamienie.
Od tamtej pory piątka kolegów, którzy po tej tragedii zamknęli wspólna firmę i rozproszyli się po całej Polsce, co roku w rocznicę tamtych wydarzeń przyjeżdża do Zakopanego.
Tę historię policja poznała od żony trzeciego zamordowanego. Pobrali się sześć lat temu, jednak mąż o wszystkim jej opowiedział. Po kilku latach zaczęły ją denerwować te samotne wyjazdy. W tym roku w końcu zdecydowała się przyjechać tutaj i sprawdzić, co jej mšż robi w tym czasie. On oczywiście o niczym nie wiedział.
- Znaleźliśmy dwóch pozostałych mężczyzn. Jeden z nich wyjechał gdzieś służbowo i nie możemy się z nim skontaktować, a drugi jest w Zakopanem. Rozmawialiśmy już z nim. Będziemy go śledzić i jutro o świcie dorwiemy drania. Wczoraj wymyśliłaś Kuźnice, więc może dzisiaj mi powiedz jakie miejsce jutro wybierze morderca?
- Przełęcz Kondracką - rzuciłam po chwili zastanowienia. - Tam bez problemu będzie mógł upozorować skręcenie karku.
Grzesiek patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, jak na jakieś medium. Roześmiałam się.
- Mój panie detektywie, uważasz zatem, że mordercą jest jeden z piątki mężczyzn i to zapewne ten, który wyjechał w podróż służbową? Powiedz mi jeszcze, dlaczego oni zamknęli swoją firmę?
- Wiem, tyle co powiedziała tamta kobieta. Interes przypominał im o tragedii.
- Nie sądzisz, że to trochę nacišgane? W dzisiejszych czasach nie rezygnuje się z pieniędzy z powody sentymentów - zamyśliłam się na chwilę. - A co z tymi drugimi zwłokami? Może ich nigdy nie było?
- Sprawdziliśmy to, o tym facecie nikt nie słyszał od siedmiu lat. Nie mógł po prostu zniknąć na tak długi czas.
Ta sprawa nie może być, tak prosta jak się to wydaje Grześkowi, albo dokładniej jego przełożonym. On tak w ogóle, to jest tam dopiero chłopcem na posyłki.
To wszystko zaczęło się siedem lat temu. Z jakiej racji człowiek który pozostał wtedy wśród żywych miałby się mścić po takim czasie i zabijać współtowarzyszy?! Gdzie sens? Gdzie logika?
To, co się wydarzyło przed laty musi być motywem zbrodni. To jest zemsta. Tylko za co?
Zainspirowany moimi wnioskami Grzesiek zniknął. Znowu musiałam spędzić samotny wieczór.
O czwartej rano zostałam obudzona przez mojego bodyguarda. Powiedział, że jeżeli chcę być przy aresztowaniu, to mogę z nim jechać. Moje wszystko chciało jeszcze zostać w łóżku, jednak kilka szarych komórek się wykazywało zdolność do myślenia i to tylko dzięki nim znalazłam się godzinę później w punkcie obserwacyjnym. To był prawie masochizm.
W końcu zobaczyliśmy dwóch mężczyzn zmierzajšcych w naszym kierunku. Dowiedziałam się, że jeden z nich, to Miłosz W., czyli ten, który rzekomo wyjechał służbowo. Jeżeli on tu naprawdę był, to znaczy, że się myliłam. Moje przypuszczenia były do niczego. Postanowiłam obserwować, jak potoczą się wypadki.
Nagle zauważyłam idšcego od Przełęczy Kondrackiej mężczyznę w czerwonej ortalionowej kurtce. Przecież ja zapomniałam powiedzieć Grześkowi o tym, co usłyszałam w szpitalu. Na szczęście teraz był blisko. Bez zbędnych wstępów i szczegółów poinformowałam go o tym, że właśnie nadszedł morderca. Teraz to on się musiał martwić, co zrobić z tą informacją.
Grzesiek niepostrzeżenie zbliżył się do inspektora Malskiego, a w tym czasie mężczyźni spotkali się. Zaczęli dość głośno rozmawiać, potem jeden z nich wyciągnął broń i nie był to mężczyzna w czerwonej kurtce.
* * *
Artur S. został aresztowany. Przyznał się do wszystkiego. Przed siedmiu laty cudem uniknął śmierci. Jego przyjaciele, a przynajmniej ludzie, których do tej pory uważał za przyjaciół zamordowali z zimna krwią Marcela G. a potem pozbyli się ciała zrzucając je ze zbocza. Artur nie wiedział, co się dzieje, ale domyślił się że będzie następny. Zaczął uciekać, ale było ciemno i padał deszcz. Potknął się o kamień i spadł. Kiedy odzyskał przytomność nic nie pamiętał.
Przez te wszystkie lata przebywał w szpitalach psychiatrycznych i przytułkach dla bezdomnych. Był człowiekiem bez tożsamości. Kiedy zaczął sobie przypominać swoją przeszłość, chciał tylko jednego. Zemsty.
W końcu udało mu się zebrać wystarczająco dużo wiadomości, by móc odegrać się za wszystko, co przeżył.
Z ostatniego morderstwa chciał mieć trochę więcej satysfakcji, więc zastraszył Krzysztofa D. i wyznaczył mu spotkanie nad Przełęczą. Niespodziewanie pojawił się on jednak w towarzystwie Miłosza W., który nie zamierzał dać się wodzić za nos, tylko postanowił zrobić to, co nie udało mu się siedem lat temu. Na szczęście policja zareagowała w odpowiednim czasie.
- Ich firma służyła do prania brudnych pieniędzy. Robili nielegalne interesy. Tylko Marcel G. i Artur S. nic o tym nie wiedzieli. Widocznie Marcel zaczął się czegoś domyślać i podczas wspólnego wyjazdu został upozorowany wypadek. Przy okazji mieli się zapewne pozbyć również Artura. Krzysztof D. i Miłosz W. też zostali aresztowani, ale mając dobrego prawnika wywiną się ze wszystkiego. Bardzo ciężko będzie udowodnić, że wydarzenie sprzed siedmiu lat nie było wypadkiem. Znacznie łatwiej będzie stwierdzić, że Artur S. jest niezrównoważony psychicznie - Grzesiek skończył opowiadać i przeciągnął się.
Pomyślałam z satysfakcją, ze jednak miałam rację i uśmiechając się pod nosem przytuliłam się go mojego osobistego policjanta.

Opublikowano

obranego w dresowe spodnie - ubranego
Było na niej wymalowane przerażenie - malowało SIĘ na niej
gęsia skórkę - gęsią
Oblała mnie fala gorąca.
Policja przyjęła moje doniesienie dość sceptycznie - mozna sie domyślić, że zadzwoniłas z "komórki", ale należało to chyba zaznaczyć
Jako świadek koronny - koronny świadek, to ktoś, kto "sypie".
Grzesiek /po drodze przeszliśmy na ty/ - zmieniłbym na zwykłe "zawijasy"
kebaba - wiem, że ta nazwa już na dobre zadomowiła się w języku polskim, ale sądzę, iz nie na tyle, by pisać kebaba- według mnie- kebab
zawsze w tym samym czasie - może okresie, lub terminie?
Oglądając telewizor zastanawiałam się - zrezygnowałbym ze slangowego telewizor na telewizję
a z drugiej wisience, pełno wisielców - wisielcy
Przekonywanie go, ze jednak - że
wielosmakowe lody z jednej z wielu cukierni - w jednej z wielu
Zajście, a przynajmniej jego część widziała ... ale ona twierdzi, że nic nie pamięta - to skąd wiadomo, że widziała?
zawsze w tym samym czasie - j.w.
po ty jak opowiedziałam jej - tym
w górach, ze ta dziewczyna jest - że
Artur nie wiedział, co się dzieje, wiec domyślił - ale, zamiast więc
Artur S. został aresztowany. Przyznał się do wszystkiego - musiałem trzy razy przeczytać tę końcówkę i stwierdzam, że aresztowana powinna być cała trójka
Sprawna narracja, ciekawy pomysł i szczypta humoru, choć pewnie Ameryki odkryć ci się nie udało, ale cóż- w tej kategorii napisano już tak wiele...

Opublikowano

Opowiadnie nawet niezłe, choc nie zachwyca. Kryminał czy thriller trudno napisac dobrz i tak by trzyął w napięciu, ta historia toczy sie zbyt standordowo i przewidywalnie, aby moigł zaskakiwać jakimiś niespodziewanymi zwrotami akcji.

pzdr

Opublikowano

Kameleonisz troszeczke. Szukac swojego stylu czy starasz sie idealnie podrabiac? W Z jest historyjka staroanglosaska, tutaj troszke to wszystko wyglada inaczej. Faktycznie, nie jest zaskakujaco, ale malymi kroczkami cos na pewno wynajdziesz, bo stylowi nic nie sposob zarzucic. Mysle, ze jest Wam po drodze z Krzyskiem Rutkowskim, tylko on sie grzebie glebiej w miesie...

Opublikowano

Pedro, mnie też nie zachywca. Ten tekst jest poprawny, nic poza tym. Nie czuje tez do niego zbytniego sentymentu.
Asher, nie kameleonie. Poza tym kogo miałabym tak idealnie podrabiać? :) piszę kryminały i czy jest w nich humor, czy sensacja, czy historia to już jest nie ważne, bo to wszystko są kryminały - jeden gatunek. Zdarza mi się pisac jeszcze dramaty, ale coraz rzadziej. Sa na mojej stronie, tutaj nie będe ich publikowac.

pozdrawim serdecznie i dziękuję za wszelkie uwagi i komentarze.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

sam tytuł mnie juz przywiódł ... podoba mi sie sposób w jaki piszesz...dobra proza. pozdrawiam...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...