Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Na prośbę Adama Szadkowskiego.


Ulica Lokatorska 28 maja, zapomniana była jedynie przez taksówkarza, który wiózł mnie i Anastazję P. –wykorzystując czerwone światła na studiowanie mapy – do miejsca, w którym odbyła się III Łódzka Nocy Poetów. Moja Towarzyszka Podróży, Kobieta łącząca w sobie piękno i intelekt pod przykrywką mocno czarnych włosów i jedwabnej opalenizny zdradzała zdenerwowanie lub zawstydzenie. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zauważyłem Bogdana Zdanowicza witającego się przed wejściem z Organizatorem – Adamem Szadkowskim, sprawiającym wrażenie jeszcze bardziej speszonego niż Anastazja, Michała Kowalskiego – optymistycznego blondyna z ciekawą fryzurą oraz nieprzeciętnie uroczą Martę Magdalenę Bobińską.
Noc z małym poślizgiem czasowym rozpoczęła się wystąpieniem Prowadzącej - wspomnianej już Marty. Sceneria utrzymana była w kolorze czerni i nastroju tworzonego przez kilkanaście zapalonych świec. Małe pomieszczenie wypełniło się po brzegi a na scenie pojawiło trzech pierwszych Poetów. Jako pierwsza zaprezentowała swoje wiersze Daniela Zajączkowska, które ja potraktowałem jako wprowadzenie. Po odczycie, nastąpił trudny dla Autorki czas pytań. Dociekano, dlaczego nie uczestniczy w poetyckim życiu internetu oraz badano zasadność stosowania rymów częstochowskich, których przykładem było „ miłości – wrażliwości”. Warto podkreślić tutaj obecność najbardziej aktywnego, ale i tajemniczego zarazem Wojciecha, wyróżniającego się pokaźnymi wąsami oraz doniosłością głosu.
Wraz z kolejną Autorką przyszedł czas na dziesięć dobrych wierszy, swoją klasę pokazała Katarzyna Chmielewska. Blondynka, której szorstki wzrok, talent i uroda przy okazji z pewnością niejednemu Uczestnikowi (na czele ze mną) na długo zapadł w pamięć a łatwość, z jaką wybrnęła z najtrudniejszych pytań budziła zazdrość.
Spowiedź – tak pewien ktoś określił za sprawą doboru osobistych wierszy występ Bogdana Zdanowicza. Udało Mu się wprowadzić Słuchających na tory refleksji i zadumy tak bardzo, że nikt nie pojechał w stronę krytyki. Nie tylko na scenie, ale i poza nią udowodnił, że jest mądrym i szlachetnym człowiekiem a Jego fenomen tkwi w łatwości znajdowania wspólnego języka z każdym, niezależnie od wieku. Dla mnie było to świadectwo tolerancji, o której mówił po recytacji.
Po trzecim z kolei Autorze nastąpiła przerwa, którą to skwapliwie wykorzystałem na wizytę w bufecie – powiązaną z zimnym piwem i poznaniem Artysty ukrywającego się pod pseudonimem Tommy Jantarek oraz Magdy Gałkowskiej (em gie), która przyjechała ze swoją dwunastoletnią córką. Pauza trwała piętnaście minut i znów byliśmy na swoich miejscach gotowi wysłuchać gitarzysty Pawła Zaparta, którego występ przez chwilę zakłócił wybryk łobuza otwierającego piwo – teraz mogę się już przyznać.
Przedostatnia pokazała się Publice stremowana em gie. Czytała szybko nie ujmując jednak solidności swoim tekstom. Najbardziej zaskakującym był wiersz dedykowany córce, siedzącej wśród Publiczności w zasięgu mojego wzroku – zdawała się mocno zawstydzona, ale i dumna z mamy.
Końcówka oficjalnej części imprezy stanęła pod znakiem poezji określonej mianem lingwistycznej za sprawą dwóch słów: Tommy Jantarek. Zrobiło się erotycznie za sprawą wiersza „kolacja”, lecz za chwilę Autor poddał nas „akupunkturze” - nie tylko słownej.
Jako ostatni, Jantarek zakończył oficjalną część spotkania. Przyszedł czas na niespodziankę.
Na scenie pojawiła się paczka zaadresowana do Adama. Otworzył ją dokładnie w dwa moje mrugnięcia a przed trzecim zdradził ogromne wzruszenie. Otrzymał dwanaście sztuk wydanego bez Jego wiedzy tomiku z wierszami zawierającymi się w „Dekalogu”. Poproszony o przeczytanie jednego z nich nie był w stanie. Zrobił to za Niego Autor Całej Intrygi – aci. Bogdan Zdanowicz.

Zabrakło gościa specjalnego, Mariusza Grzebalskiego – z powodów rodzinnych nie mógł dotrzeć, jak uprzednio obiecał.

Długa ulica Łodzi stała się kolejnym etapem Nocy a pewien pub marki pizzeria portem, w którym zakotwiczyło się Towarzystwo wyrażane liczbą dwadzieścia trzy. Ku chwale tradycji corocznych spotkań lało się piwo a głosy sporów, debat z mniejszym lub większym sensem zagłuszały innych gości lokalu. Tematy poważne mieszały się z żartami, Uczestniczy Nocy okazywali się ludźmi a nie- jak się obawiałem - natchnionymi poetami.

Na koniec, chciałbym podzielić się wynikami konkursu na Najbardziej Uśmiechniętego Uczestnika Nocy. Przyznać muszę dwa pierwsze miejsca: chłopakowi o charakterystycznej ciemnej czuprynie znanemu jako Coolt oraz czarującej i jakże energicznej Agnes.

Opublikowano

...krótkie , chaotyczne zapiski z 28 maja wg Agnes...

Już się obawiałam, że Coolt nie przybędzie na Dworzec Fabryczny w Łodzi. Czytam tablicę przyjazdów, nie ma żadnego pociągu z Wrocławia. Staram się nie panikować...Okazuje się, że z Wrocławia do Łodzi jedzie się naookoło, przez Koluszki i Skierniewice...bardzo to ciekawe. Na szczęście jest i Coolt:)
Wygląda na artystyczną duszę, ogniki strzelają z oczu tego Czarodzieja... Dzień jest upalny, siedzimy na pasażu Schillera , poezja przewija się pomiędzy słowami. Czas mija szybko, to było do przewidzenia...podobno należy czytać na głos swoje wiersze, podobno to nie jest trudne...

Mamy szczęście, na Lokatorksą 13 trafiamy bez problemu, ale może od początku... Podrózujemy tramwajem 11 , gdzie wysiąść? hm, chyba zdagujemy a pani w różowej sukience i w stanie lekkiego upojenia, nie tylko słonecznego, wskazuje pierwszą ulicę w lewo. To wydaje się zbyt proste, specyficzna numeracja budynków, kilka domów opatrzonych
"9-tką" . Jesteśmy...chłód który nas powitał we wnętrzu CKMu obezwładnia, ale zarazem dodaje sił.

Teraz popastwię się nad Adamem. Długie włosy, luźny styl, wręcz "luzacki", koszulka którą zmienia na koszulę 'moro'. Dopiero po chwili rozpoznaję faceta ze zdjęcia. Bije od niego pozytywna energia, jest przejęty, przynajmniej takie sprawia wrażenie. Jego młodzież, wychowankowie XXIII LO w Łodzi stawili się licznie.
Rozpoznaję Igę i dociera do mnie, że MY, zebrani na wieczorze poetyckim, wcale się nie znamy i tutaj pojawia się rola internetu...o tym będziemy później dużo rozmawiać.

Impreza rozpoczyna się z niewielkim opóźnieniem, nie będę mówic na głos kto się spoźnił:) Atmosfera jest raczej 'wesoła'.

Ponieważ Daniel opisał przebieg części oficjalnej ja skupię się raczej na refleksjach i spostrzeżeniach... Pisałam o Internecie, bo przecież wielu z nas było na III Łódzkiej Nocy Poetów właśnie dzięki temu wynalazkowi techniki, stali bywalcy orgu i jest-lirycznie. Zastanawialiśmy się czy Internet, a raczej portale poetyckie nie wbijają poetów w pewne maniery czy style. Głosów jest wiele jednak ja osobiście cieszę się z tego , że istniejemy nie tylko wirtualnie, że możemy się spotkać, uścisnąć, uśmiechnąć...Bezet jest nieomylny i choć myślał że należę do czarnowłosych, poznaje mnie bez problemu...

Okazuje się że zdjęcia mogą dawać mylny obraz...np Piaszczyk, 21 lat, na zdjeciu wyglądal prawie na 30, przystojny facet, elegancki, nie taki gburowaty jakby się wydawało, miłe zaskoczenie:) Podobnie z Anastazją, ta świetnie pisząca młoda kobieta, doskonale się kamufluje, a jej wygląd, nie zdradza poetyckich zamiłowań, może jedynie ten czarujący uśmiech...

Trudno jest ocenić wiersz po wysłuchaniu go pierwszy raz. Trudno, gdyż docierają do nas słowa, budują się obrazy, jednak nie nadążamy za mnogością znaczeń. Interpretacje i ich ilość...czy jest ona ograniczona, czy jednak zamyka się w obrębie jakiejś przestrzeni, słow, tytułów, formy... Trudno podawać tu liczby, autorzy przyzwalają na dowolność, są ciekawi indywidualnego odbioru.

Dyskusję są internsywne, jednak nikogo nie ponoszą emocje. Przenosimy się w mniej oficjalne miejsce. Piotrkowska, niepozorna brama, ogródek, poeci przy piwie. Ujawniają się ukryte pod pseudonimami osoby, zawiązują się znajomości...to wszystko wydaj się takie proste,a świat niezwykle mały...Humory dopisują, nic więcej już chyba nie trzeba:)

Część nieoficjalna trwa prawie do 2 w nocy...niestety musielismy rozjechać się w rózne strony choć przyznam że noc spędzona w miłym towarzystwie w akademiku także należeć będzie do niezapomnianych....


Pragnę podziękować Cooltowi za wiele uśmiechu i miło spędzony dzień oraz Bezetowi za nieocenione rozmowy na dworcu Łódź-Widzew:) a także wszystkim obecnym za to że są

Opublikowano

Sporo już zostało powiedziane, spróbuję jednak dodać coś od siebie, nie powtarzając się zbytnio :)

Otóż chciałem serdecznie pogratulować Marcie Magdalenie Bobińskiej stylu prowadzenia Wieczoru. Był absolutnie niekonwencjonalny, nieprzewidywalny, w intrygujący sposób łączący elementy talk-show, kabaretu, a także teleturnieju Najsłabsze Ogniwo.
Uśmiałem się doprawdy znakomicie, zresztą nie tylko ja ;) i dziękuję za to bardzo.

Aby w pełnie oddać specyfikę Nocy, należy zauważyć, że choć słuchanie odczytywanych przez Gwiazdy Wieczoru wierszy było najciekawszym i najważniejszym elementem, to tuż za nim plasuje się dyskusja publiczności z Autorami.
Stała się ona pasjonująca głównie dzięki wspomnianemu już przez Daniela Wojciechowi, straszliwemu złośnikowi, który żeby być lepiej przygotowanym do zadawania kpiących pytań, sporządzał sobie notatki z wierszy i wypowiedzi Artystów. Uwagi jego, choć cięte i ironiczne, często były trafne, a także nie pozbawione specyficznego poczucia humoru, które jak najbardziej mi odpowiadało ;)
Nie można również zapomnieć o Pani z Tylnich Rzędów, drugiej najbardziej aktywnej osobie, która z zadziwiającą szczeroscią i autentycznością, bardziej niż pytała, pragnęła podzielić się swoimi przemyśleniami ('a czy to nie jest tak, że ...'). Ubolewam, że jednym z nich było (w pewnym uproszczeniu, ale jednak) stwierdzenie, że internet to samo zło, ogranicza poetów i wszyscy, którzy publikują w internecie powinni się od tego wyzwolić. No i co poradzimy? UCIEKAJMY! ;)
Dyskusje prowadzone z Autorami, często przenosiły się wgłąb sali i zostawiały w spokoju wymęczonych już Artystów (ku ich uciesze, jak sądze). Najbardziej zapadła mi w pamięć dyskusja o tym czy każda interpretacja jest dopuszczalna (dowolność interpretacji) czy też jest ich ograniczona liczba (wielość interpretacji). Zabłysnął w niej Daniel Piaszczyk, zawzięcie broniąc swoich racji, kiedy tymczasowa koalicja złożona z Wojciecha, mnie i Anastazji, próbowała dowieść że nie każda interpretacja jest dobra (taka, która nie wynika z tekstu).

Humorystycznych elementów nie brakowało przez cały Wieczór, a i niektóre wiersze Gwiazd, naprawdę mi się spodobały, najbardziej Danieli (z racji zbliżonej do mojej estetyki poezji), Kasi (ciekawa zabawa słowem, skojarzenia, rytmiczność) i Bezeta, do którego wierszy
(i osoby) mam sentyment ;)

Po półgodzinnych poszukiwaniach znaleźliśmy wreszcie lokal na Piotrkowskiej, który był w stanie nas pomieścić i do 2.00 cieszyliśmy się chłodnym piwem i swoim towarzystwem.

III Łódzka Noc Poetów, będzie dla mnie niezapomnianym wydarzeniem i już wybiegam myślami do IV :)

Opublikowano

A teraz pora na coś, co często jest oczekiwane przez uczestników, bo przecież wszyscy jesteśmy próżni i lubimy słuchać, jak inni nas widzą.
CHARAKTERYSTYKA UCZESTNIKÓW (przynajmniej tych, którzy zapadli mi w pamięć)*, alfabetycznie, żeby nikt nie czuł się lepszy lub gorszy ;)

Adam (Stanisław Szadkowski) - wcześniej kojarzyłem jego wiersze i zdjęcie (z jego strony) i spodziewałem się ujrzeć Dumnego i Natchnionego Wielkiego Poetę... naprawdę ;) ... tymczasem rzeczywistość ze mnie zakpiła, a Adam okazał się długowłosym, lekko zagubionym (jak każdy organizator), sympatycznym luzakiem, ubranym w bojówki. Bardzo fajnie i emocjonalnie zareagował, kiedy został poproszony na scenie o rozbrojenie 'bomby', którą okazały się tomiki z jego wierszami. W ogóle też nie spodziewałbym się, że jest nauczycielem W-Fu i jego błyskotliwej kariery w wojsku ;)

Agnes - tę Księżniczkę, dane było mi poznać już przed 18.30, kiedy rozpoczęła się część oficjalna (występy artystów). Spędziliśmy razem cały dzień i nie ukrywam, że był on dla mnie wyjątkowo przyjemny ;) Wbrew moim przypuszczeniom, Agnes nie miała kasztanowych włosów... okazała się blondynką, która w dodatku zadała kłam wszelkim stereotypom, dotyczących kobiet o Jej koloże włosów. Agnieszka jest ciepłą, sympatyczną, roześmianą dziewczyną, która nie lubi rywalizacji ( w poezji zwłaszcza), posiada dużo empatii i wrażliwości. Chociaż potrafi też pokazać pazurki, albo trochę pomarudzić, zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie :)
Dziękuję Ci bardzo za poświęcony mi czas i wszystkie miłe chwile, które przeżyliśmy razem.

Anastazja (P.) - jako, że dostałem jej fotki już wcześniej, miałem pewne wyobrażenie o tym jak wygląda. Siedziałem sobie z Agnes w drugim rzędzie, w Centrum Młodych, tuż przed rozpoczęciem Wieczoru, kiedy do pierwszego rzędu usiadła młoda kobieta, z czarną, postrzępioną fryzurą, wyeksponowanymi (kuszącymi ;) ramionami i zacząłem się zastanawiać... Ana, nie Ana. Postanowiłem więc się upewnić, wysyłając Anastazji sygnał. Kiedy widziałem, że wyżej opisana kobieta podnosi komórkę, żeby mi sygnałem odpowiedzieć, mogłem już śmiało klepnąć ją w ramię i wybuchnąc śmiechem ;)
Anę zapamiętam, jako lekko wyciszoną, uroczo się uśmiechającą i skorą do żartów młodą kobietę. Pamiętam jeszcze z naszych rozmów na gg, gdzie stwierdziła: 'nie >>bierz
Bogdan (Zdanowicz, a.k.a. Bezet) - Bezet był jedyną Gwiazdą Wieczoru, którą 'znałem', czytajcie jako: kojarzyłem, kilka razy rozmawialiśmy. Ten siwobrodacz, w okrągłych okularkach, okazał się niesamowicie sympatycznym (jak na Krakusa ;) rozmówcą i człowiekiem. A także (co również dziwne, pamiętając z jakiego miasta pochodzi ;) szalenie skromnym. Ujął mnie, stwierdzając zanim zaczął czytać, że nie wie co tu robi (jako Artysta) i że to pewnie jakiś żart Adama, ale skoro został zaproszony, to nie wypadało nie przyjść :)
Bezet bardzo życzliwie odnosi się do wszystkich ludzi i jest to szczere, autentyczne.
Jedyne co miałem Jemu za złe, to to, że podrywał mi Agnes ;)

Daniel (Piaszczyk) - zupełnie inaczej sobie wyobrażałem Daniela ;) okazał się dużo młodszy, bardziej imprezowy i towarzyski. Podczas występu Artystów, dbał o akompaniament, otwieraną bądź kładzioną puszką Żywca ;)
Jako, że przez większość czasu adorował Anaztazję, porozmawiać mieliśmy okazję dopiero w akademiku, w łóżkach o 3 nad ranem ;)
Wreszcie się dowiedziałem, dlaczego przestał lubić moje wiersze ;)
Zapamiętam go jako wesołka, który ma swoje zdanie i broni go z pasją.

Michał (Kowalówka, a.k.a. Miś) - Misia nawet nie próbowałem sobie wyobrażać. Ale i tak zaskoczyło mnie to jak wygląda :) Jak mi później powiedział, kiedy Bezet podziękował mi za zadane pytanie, wymieniając mój pseudonim Miś zaczął rozglądać się uważnie, ale nie mógł się mnie dopatrzeć. Później miał bystry plan (podchodzić do każdego faceta, raczej młodego i pytać:Coolt?), niestety jednak z niego zrezygnował ;) Poznaliśmy się w przerwie, przy piwie.
W knajpowej części nocy, miałem okazję sporo z Misiem porozmawiać. Okazał się inteligentnym, sympatycznym kompanem. Śmialiśmy się przez 5 minut, kiedy Miś spytał mnie, zastrzegając że to głupie (bo z Wrocławia znał jedną osobę tylko) czy nie znam przypadkiem osoby o xywie Zimo, wtedy nie mogłem się powstrzymać i parsknąłem śmiechem, bo Zimo to mój bardzo dobry qmpel, którego znam od 11 lat ;)
Ależ ten świat mały...

* - podczas Nocy było jeszcze wiele interesujących osób, które zapadły mi w pamięć, ale jako że nie miałem okazji z nimi porozmawiać, więc nie będę się dzielić swoim pierwszym wrażeniem, bo zapewne i tak jest mylne ;)

P.S. to że wypowiadam się o ww. osobach pozytywnie, nie wynika z mojego zamiłowania do TWA, podlizywania się czy czegoś podobnego... po prostu lubię ludzi, mam do nich pozytywne usposobienie i ktoś naprawdę musi mi się narazić żebym przestał go lubić

P.S. P.S. zachęcam innych uczestników, do stworzenia podobnej Galerii Postaci :)

Opublikowano

I ja tam byłem, uśmiechy z ócz i piwo piłem, a co zapamiętałem, to w serce, jak kamień w wodę :)

Bardzo to miło widzieliście, z drugiej strony (sceny) bywały momenty trzęsawki :)))
Uśmiech z podziękowaniem (po raz drugi)
pzdr. b

Opublikowano

Panowie BeZet, D.P., M.K.! W Waszych ostatnich postach widzę jakby kontynuację wątków Trzecionocnych. Proszę, żeby nie przerodziła się w dominację. Bo już chciałam dodać recenzję p.t. "okiem prowadzącego", ale w warunkach takiej rozbieżności wątków ostatnich od wątku centralnego nie wypada mi... Pozdrawiam Wytrzymałych. Ja nie wiem, czy wytrzymam :)

m.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



(Pani) Marto! :))))
Ponieważ nie było Cię czas jakiś, to może nie zauważyłaś, że obyczaje trochę spsiały. Obserwuję mojego psa codziennie na spacerze. Nazywa się to znaczeniem terenu - w ten sposób czuje się ważniejszy, może patrzeć z góry na inne łażące kundle. Co nie znaczy, że nie próbuje włazić na "rączki' w obliczu poważnego psa na przeciwko :)
To "oko prowadzącej" (na marginesie dodam: urocze ;) bardzo by wszystkich zainteresowało, ja mogę się domyślać "emocji" (to i owo widziałem), ale publiczność ma obraz tylko sceny nastrojowo oświetlonej.
Naprawdę ciekaw jestem!
pzdr. b

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @piąteprzezdziesiąte Dziękuję za szczerość 
    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...