Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

pachniesz domysłem
spełnieniem
urzeczywistnieniem przyodzianym w ciało
wyczekanym rozkoszą niecierpliwych

(głodny szalonemu brat
więc po nas choćby i potop)

choć świat się nie skończył
choć nie będziesz mi domem
bądź mi poezją
trwaj niezmiennie

za kradzież cudzego
dotknę gniewu bogów
utonę tysiące razy przed odkupieniem

za skórę na skórze
za zapach i moment
za każde może

warto taką cenę


[25.05.2005.]

Opublikowano

Pierwszy wers az we mnie uderzył, bardzo w mojej estetyce:))
reszta tez na plus ale jest kilka małych minusików jak np: "nie będziesz mi domem", "bądź mi poezją" i gniew bogów oraz umieranie tysiące razy brzmią nieco jak naciągane i troszeczke (bez obrazy) banalnie:))
pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dzięki za + i -. Najważniejsze, że chciało Ci się do mnie zajrzeć ;)
Nie dobrze, że banalnie, bo miało być naiwnie. (Taki to oto naiwy stan, w którym chwilowo mi dobrze.) Trzeba bedzie pomyśleć nad tym jeszcze.
Może nie jest to najwięcej na co mnie stać, ale wierszydło bliskie mojemu sercu, więc krytykę przyjmuję z wdzięcznością, a je pozostawie.
Dzięki Waszym odwiedzinnom przychodzą mi do głowy różne rozwiązania. Za to również dziękuję!
pozdr
Opublikowano

Jest dobry i przemyślany.
Zasatnawia mnie, że niektórym ludziom chce się pomyśleć a inni wrzucają tu słowotok bez znaczenia. Ciebie w tym miejscu zaliczam do pierwszych.

"za kradzież cudzego
dotknę gniewu bogów" n :)

Wierzę, że się opłacało. Poza tym bóg też człowiek - może zrozumie :P
Pozdrawiam serdecznie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...