Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

drogowskazy czytam
leśnym alfabetem strumienia
pierwotną re-integracją
nie buduję przyszłości

gałęzie spadają stereofonicznie
hukiem trzaskając o kamienie skał


gorączką uświadamiając
prawdę odkrywam cząstkowo
i nie chcę w to wierzyć

postacie na zboczu
nie mają złych zamiarów


rodzinę zakładam potajemnie
starając się nie upaść na głowę
czasami chcę wyjść na ludzi

Opublikowano

no no całkiem nieźle, muszę przyznać że mi się bardzo podoba;)

w zasadzie to nie mam czego się czepić, podoba mi się pomysł z kursywą, ładnie się to układa wszystko...
komus może sie nie spodobać końcówka (wiesz taki zwrot ograny) ,ale jak dla mnie OK:)

pozdr. ciepło
agnes

Opublikowano

no Patryk, w końcu nie bez podstaw się sprężam i skręcam...cierpliwości, to też im dorzucę. niewtajemniczonym nic nie będziemy wyjaśniać;)."gorączką uświadamiając
prawdę odkrywam cząstkowo
i nie chcę w to wierzyć"- to dla mnie...ja też czasem chcę wyjść, tylko czasem, najrzadziej na ludzi. serdeczności

Opublikowano

najlepsze w tym wszystkim dla mnie to zwrot "czasami chcę wyjść na ludzi".. zabrzmiało to tak jakos znajomo, normalnie. A może to jest nienormalne w normalnym świecie? W każdym razie czuje się szczerość w tym wierszu... i cos jeszcze... narazie nie moge skojarzyć odpowiedniego słówka... koncze ten komentarz bo chyba zaczyna bredzieć.

p.s. podoba mi się, ale nie wszystko :)

Opublikowano

Patryku- twoj wiersz do mnie przemowil :) plusa daje . ja krotko bo boli reka ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...