Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Przeciągnął się leniwie na hamaku, którego czerwone jak krew linki, zaczynały boleśnie wrzynać się w jego ciało. Ziewnął i przez krótką chwilę myślał nad tym, czy nie zdrzemnąć się jeszcze chociaż pół godzinki. I tak nie miał nic ciekawego do roboty. Całymi dniami błąkał się bez celu po lasach, nie zastanawiając się nawet, dlaczego to robi. Żył w symbiozie z przyrodą, delektując się zapachem powietrza, i takie życie bardzo go satysfakcjonowało.
Hamak zakołysał się, kiedy mężczyzna wstał. Jego bose stopy przylgnęły pewnie na zielonej ziemi. Czuł jej zapach: pachniała pomarańczami, wyczuwał także woń, jakie wydobywają z siebie dojrzałe kasztany. Uspokajała go, działała jak narkotyk, powodując niekiedy uczucie błogości, inspirowała go do pisania wierszy i malowania na płótnie kolejnych obrazów.
Mężczyzna zawsze nosił na głowie czarny kapelusz; nawet wtedy, gdy temperatura grubo przekraczała czterdzieści pięć stopni celsjusza. Lubował się w pstrokatych, hawajskich koszulach, w których idealnie komponował się na spacerach po lesie; wśród dzikich zwierząt i barwnej roślinności. Był samotnikiem - malarzem i poetą.
Spojrzał wysoko w górę, ponad wierzchołki wysokich sosen i pomachał ręką żółto - niebieskiemu ptakowi, majestatycznie poruszającemu swymi skrzydłami, który przeleciał nad jego głową, niczym strzała z łuku. Po chwili dostrzegł spadające piórko, wyciągnał otwartą dłoń przed siebie i złapał je, wpatrując się w jego kształt. Było owalne, twarde i błyszczało. Spadało z nieba z taką gracją, tak powoli i łagodnie, niczym babie lato... pomimo, że było ze szkła.
Nie miał przyjaciół i był z tego powodu zadowolony. Nikt nie przeszkadzał mu podczas malowania, czy też pisania. Oddawał się tym zajęciom całkowicie. Pisząc wiersz, czy też malując obraz, jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć, jakby całkowicie się ich wyzbył. Był tylko on i pędzel, on i pióro. Nic innego się nie liczyło.
Udał się na plażę. Wokoło panowała martwa cisza, pomimo, iż nie był w lesie sam. Drogę co chwila przecinały mu zwierzęta kotopodobne, o ludzkich dłoniach i stopach. Ich pyski tak bardzo przypominały mu kocie, że co jakiś czas przywoływał je do siebie, mrucząc pod nosem: "Kici kici, kici kici". Te podbiegały do niego, łasiły się i miauczały. Mężczyzna gładził ich miękką sierść i mówił do nich tonem, jakim dziadek opowiada swemu wnukowi bajkę na dobranoc. Te słuchały go z uwagą, co jakiś czas przechylając łebki w bok, dając do zrozumienia, że nie chcą, aby przerywał swej opowieści.
Kiedy zaszedł nad brzeg oceanu, kotopodobne zwierzęta podawały mu dłoń na pożegnanie, a mężczyzna kierował się na plażę, aby tam czerpać inspirację do namalowania kolejnego obrazu.
Często przesiadywał całą noc, siedząc nieruchomo na gorącym piasku, po którym od czasu do czasu przemykały srebrzyste ryby; jedne były maleńkie, jak akwariowe mieczyki, inne zaś ogromne, jak rekiny. Przepływały w powietrzu tuż koło niego, zanurzając swe pyszczki w piasku, aby wydobywać z niego błyszczące w świetle rażącego słońca dżdżownice. Ten widok napawał go optymizmem i inspirował do tworzenia. Wiedział, że kiedy wróci do swej chaty, namaluje kolejny obraz, a potem, kiedy zapadnie noc, napisze kolejny sonet, kolejny wiersz.
Spojrzał na ocean. Był spokojny jak zawsze, nie dostrzegał żadnej fali. W oddali wisiała nieruchomo biała mgła, na którą patrząc, odniósł wrażenie, że wcześniej powinien ją przyozdobić, na przykład kobiecymi ustami, bądż też jaskrawozielonkawymi gwiazdami, układającymi się w kształt Wielkiej Niedżwiedzicy. Dumał.
Dlaczego nie domalował niczego na mgle? Patrzył na nią i zdawało mu się, że czegoś w niej brakuje. Westchnął.
Obrócił wzrok i dostrzegł ogromną, brązową walizkę, wykonaną z drewna. Leżała na piasku kilkadziesiąt metrów od plaży. Wyrastała z niej gałązka drzewa, na której spoczywał bezwładnie zegar, wskazujący godzinę szóstą. Zegar wisiał na gałęzi, niczym placek ziemniaczany, był miękki, wykonany z płótna o białej tarczy. Identyczny zegar spoczywał przewieszony przez drewnianą walizkę; tamten wskazywał szóstą pięćdziesiąt pięć. Nie wiedzieć czemu, powiewał łagodnie na wietrze, pomimo, iż nie wyczuwało się najlżejszego nawet powiewu.
Mężczyzna przymknął oczy. Słyszał własny oddech, oraz bicie serca, które niemiłosiernie szeptało mu, że czas płynie, niczym jacht, i że niedługo dobije do swej przystani. Otworzył oczy. Spojrzał na zegary; cały czas wskazywały te samą godzinę. Były martwe. Miał w pamięci tamten dzień, w którym zasiadł w swej pracowni i je namalował. Usłyszał w sobie wewnętrzny głos, który mówił mu, że kiedyś znajdzie się w podobnej krainie, gdzie każdy zegar wskazywał będzie tą samą godzinę. Pomyślał wtedy, że raj stanie się dla niego następną inspiracją...
Uśmiechnąwszy się do samego siebie, ruszył powolnym krokiem w kierunku lasu. W jego głowie narodził się kolejny pomysł. Narazie nikomu o nim nie powie, po prostu zabierze się do pracy. Podekscytowany przyśpieszył kroku, maszerując w stronę wysokich, rosnących rzędami sosen. Na ich gałęziach rosły ogromne perły, a kora tychże sosen zdawała się być pokryta masą perłową, która rzucała na wschodnią część plaży przepięknie mieniące się cienie.
Słońce grzało niemiłosiernie, rzucając swe promienie wprost na twarz mężczyzny, lecz ten nie zwracał na to uwagi, nie mrużył nawet oczu, podążał przed siebie, co jakiś czas poprawiając na głowie kapelusz, który zsuwał się złośliwie na czoło. Zdawał się nie dostrzegać również kotopodobnych zwierząt, które podbiegając, zaczęły ocierać się o jego łydki. Po chwili - jakby wiedziały, że nic nie wskórają - oddaliły się, miaucząc chórem.
Mężczyzna dotarł do swojej chaty, której wszystkie ściany wykonane zostały z czarnej i białej czekolady. Wysoki komin w kształcie leja był okopcony, lecz nawet przy podstawie nie widać było, że jest nadtopiony. Okna nie posiadały szyb, a krótkie, wąskie parapety były nadgryzione przez różne zwierzęta. Domek stał na ogromnej, pomarszczowej kurzej nodze, która sprawiała wrażenie ledwo wytrzymywać jego ciężar, a jednak, kiedy mężczyzna zaczął wchodzić po wąskich schodach, prowadzących na maleńki taras, nawet się nie ugieła.
Wokoło chatki panowała specyficzna, jasna poświata, która mieniła się, kiedy mężczyzna wykonywał gwałtowniejsze ruchy, na przykład kiedy czyścił pędzle, pocierając szybkimi ruchami włosie o ścianę domku. Wszystko prezentowało się tak nierealnie, tak nierzeczywiście. I w tym tkwiło całe pękno.
Następnego dnia mężczyzna znowu udał się nad ocean. Tym razem stał wyprostowany, unosząc głowę do słońca i obserwowal ptaki, które stadami przelatywały z jednej strony plaży na drugą. Rozmyślał o płótnie, które stojące na plastkikowym stelarzu w pracowni, samo prosiło się, aby je zamalować kolejnym dziełem sztuki. Poczynił już pierwsze kroki. Wszystko było przygotowane; odpowiednie pędzle, farby i naświetlenie. Nie mógł doczekać się wieczora, kiedy to wykona pierwszy ruch zupełnie nowym pędzlem na śnieżnobiałym płutnie.
Nagle usłyszał jakiś głos. Rozkojarzony spuścił wzrok i zaczął rozglądać się po okolicy. Widział tylko ciemne wzgórze, bezszelestną plażę, oraz walizę z gałęzią i zegarami. Nic więcej.
Pomyślał, że to najprawdopodobniej szelest pobliskich drzew, kiedy usłyszał to ponownie; był to ludzki, dziecięcy głos wyrażający podniecenie i ogromne żdziwienie:
- Tato, tato, spójrz na obraz... spójrz na obraz...



- Tato, tato, spójrz na obraz... spójrz na obraz, zobacz, tam coś jest - powiedział dziesięcioletni Danny, przejęty tym, co zobaczył. Jego postrzępione włosy zjeżyły się na głowie.
W Museum Of Modern Art było strasznie duszno i gorąco, gdyż nawaliła klimatyzacja. Przez ostatnie tygodnie cały Nowy York tonął w słońcu i nie zapowiadało się na ochłodzenie. Jim powolnym krokiem pokonywał wąski korytarz muzeum, rozmawiając ze swoim agentem ubezpieczeniowym Tonym Mitchellem. Tony był zarazem jego bliskim znajomym, z którym często jeżdził na ryby i polowania. Kiedy Jim usłyszał podniecony głos swego syna, uśmiechnął się do niego szeroko i zapytał:
- I jak ci się podoba w muzeum? Który obraz jest najładniejszy?
Chłopiec szarpnął mankiet jego koszuli i z szeroko otwartymi z przejęcia oczyma wyjąkał:
- Tatusiu na tym obrazie coś się porusza - wskazał palcem na płótno Salvadora Dali'ego, surrealistycznego mistrza, jednego z ulubionych artystów Jima, który rzekł dumnie:
- To "Trwałość pamięci" Dali'ego, wspaniałe dzieło sztuki, cieszę się, że akurat ono przykłuło twoją uwagę.
- Tatusiu, spójrz.
Wtedy Jim zobaczył coś, co na chwilę oderwało go całkiem od rzeczywistości. Na obrazie pojawił się człowiek, którego nie powinno tam być. Siedział na plaży i zdawał unosić ręce wysoko do nieba, nosił czarny kapelusz.
- O matko, skąd to się tam wzięło? - wymamrotał podchodząc bliżej.
- Jim, co powiesz na to, abyśmy się powoli stąd zabierali? Zgłodniałem śmiertelnie - odezwał się Tony, szczerząc zęby do Danny'ego, który rzucił mu tylko przelotne spojrzenie, po czym znów zaczął wpatrywać się w obraz.
Jim pobladł, gdy ujrzał nagle, jak nieznajomy na obrazie opuszcza ręce i wstaje. Patrzył na to niesamowite zjawisko, czując nieodparte wrażenie, że gdzies już tego człowieka widział.
Mężczyzna wykonał kilka kroków, następnie przystanął. Jim patrzył w jego nadzwyczaj wyrażną twarz i nie wierzył własnym oczom. Idealnie komponowała się z resztą obrazu, jakby namalowana w tym samym okresie, tym samym pędzlem i farbą, co reszta płótna. Tajemnicza postać na obrazie spojrzała wprost na niego. Poznał ją od razu.
- Salvadore - wydukał ociekając potem.
Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie, następnie ruszył przed siebie z wyrazem twarzy człowieka, który za chwilę odda się swemu powołaniu.

Opublikowano

wyczuwał także woń, jakie wydobywają z siebie - "woń jaką" no i na pewno nie wydobywają lecz wysyłają, wydzielają, emanują, czy jkoś tak. Wydobywanie jest czynnością wykonywaną przez drugą istotę, poprzez działanie z zewnątrz- dośc trudno mi to wyrazić słowami, ale chyba jest to jasne.
pomachał ręką żółto - niebieskiemu ptakowi, majestatycznie poruszającemu swymi skrzydłami, który przeleciał nad jego- coś mi tu zgrzytnęło. Może zamieniłbyś na przelatującemu (zgodność w czasie) przestawiając nieco szyk?
Te podbiegały do niego...Te słuchały go z uwagą- te, te
nie chcą, aby przerywał swej opowieści.- swe opowieści, albo swą opowieść
przesiadywał całą noc, siedząc nieruchomo - przesiadywał siedząc? może spędzał?
Leżała na piasku kilkadziesiąt metrów od plaży.- jeśli na piasku to raczej na plaży
Trochę to żmudne zjęcie- jutro dokończę analizować.

Opublikowano

Ładne i zgrabnie napisane. Zakończenie zaskakuje, choć kiedy przeczytałem o zegarach, zacząłem się domyślać kim może być samotny malarz. Różne dziwne stworzenia, rośliny i rzeczy trochę mnie zbiły z tropu i zaskoczyły. NAjbardziej zaintrygowały mnie te ryby pływające w piasku i kotopodobne stworzenia o ludzkich dłoniach i stopach.

Chętnie zamienił bym się z tym malarzem i prowadził beztroskie życie w baśniowej krainie ;)

Mam nieco uwag.

"Zegar wisiał na gałęzi, niczym placek ziemniaczany, był miękki, wykonany z płótna o białej tarczy"
ja bym to zdanie widział tak:
"Zegar o białej tarczy wisiał na gałęzi, niczym placek ziemniaczany; był miękki, wykonany z płótna .
Ale chyba coś jeszcze trzeba tu zmienić.

"W oddali wisiała nieruchomo biała mgła, na którą patrząc, odniósł wrażenie, że wcześniej powinien ją przyozdobić,"

napisałbym "patrząc na nią" zamiast "na która patrząc"

"I w tym tkwiło całe pękno." ;)

"bezszelestną plażę, oraz walizę z gałęzią i zegarami"
przecinek zbędny

"Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie, następnie ruszył przed siebie z wyrazem twarzy człowieka, który za chwilę odda się swemu powołaniu."
Ja bym z tego zrobił dwa zdania.

pozdrawiam

Opublikowano

Dzięki za komentarze, jednak co do korekty... wiem, że w moich opowiadanich występują błędy, czasem mni8ejsze, a czasem większe, ale nie będę żadnego poprawiał;;) Jestem na to zbyt leniwy;) Niech korektor się tym zajmie;) Pozdrawiam wszystkich serdecznie

Opublikowano

CHATKA NA KURZEJ STÓPCE, DOMEK Z PIERNIKA - ZEGARY SALVADORA - zgrabie to wszystko połączyłeś.Świat baśniowo surealistyczny widziany oczyma człowieka z wielkiej aglomaracji i po to jest własnie wyobraznia aby wskrzesać w sobie opdobne obrazy nie malowane pędzlem lecz klawiatura komputera - hihihi .
pozdrawiam

Opublikowano

Drogi Leszku, nie oburzaj się. jeśli swoim komentarzem w jakiś sposób Cię uraziłem, albo uraziłem Twoją pracę, przepraszam, nie taki był mój zamiar. Mój problem polega na tym, że nie mam worda, a jestem dysortografem, popełniam wiele błędów i zdaję sobie z tego sprawę:) Doceniam to, że skrupulatnie przebrnąłeś przez mój tekst i za to Ci dziękuję:)

Opublikowano

Drogi Robercie. Stwierdziłem tylko, że skoro tobie się nie chce, to mnie tym bardziej.
To TOBIE powinno zależeć na jak najwyższym poziomie opowiadań- nie mnie. By osiągnąć jakiś cel w życiu nie wystarczy talent, pomysły i inne rzeczy, które otrzymałeś w darze od ......... (wstaw odpowiednie słowo).
Konieczna jest jeszcze praca. A tobie po prostu się nie chce...
Wszyscy piszący na tym forum (i nie tylko) chcą osiągnąć jakiś (choćby malutki) sukces. Takim sukcesem jest również pozytywna opinia innych piszących, bo to oni są najlepszymi krytykami.
A tobie sie nie chce.
Życzę powodzenia w twórczej pracy.

Opublikowano

Drogi Leszku, bardzo zależy mi na opiniach czytających, zgadzam się w tej kwestii z Tobą stuprocentowo:) Nie jest jednak tak, że za wszelką cene chcę, aby mnie czytano. Nikogo nie zmuszam. Jeśli ktoś ma ochotę przeczytać dłuższe opowiadanie grozy, czyta i tyle. Piszę głównie dla siebie, oraz dla ludzi, którzy lubią mroczne klimaty. Błędy są rzeczą ludzką - a mi nie chcę się ich poprawiać- lenistwo też jest rzeczą ludzką. Chociaż powiem Ci, że od razu po napisaniu opowiadania, czytam je raz jeszcze i poprawiam błędy które rzucają mi się w oczy:)Teraz, kiedy ukończę nowe opowiadanie, przeczytam je dwa razy ( i zrobię to specjalnie dla Ciebie) ;) Pozdrawiamw szystkich serdecznie:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Zapewniam cię, że edytowanie tekstu i poprawienie tych paru blędów nie jest zbyt męczące. Znacznie więcej pracy trzeba włożyć w to by je wychwycić. Nie chodzi mi o litrówki, czy ortografię, która nie umniejszają literackich walorów pracy, lecz o błedy stylistyczne, które psują przyjemność jej czytania. Jeśli poprawisz błęcy i je zanalizujesz, to zwiększy się szansa, że następnym razem już ich nie popełnisz. Sam robię częto błędy w opowiadaniach i jestem bardzo wdzięczny jeśli ktoś zrobi mi korektę (we własnych pracach trudno ją zrobić). Należy ciągle doskonalić swój warsztat. Nie uda się to jeśli będzie się powtarzać wciąż te same błędy.

pozdrawiam
Opublikowano

Niewątpliwie masz rację i za tego typu korekty zawsze jestem wdzięczny. Bardzo często bywa tak, że pisząc coś, nie zauważa się pewnych błędów. Dopiero "ktoś" je wychwytuje. Ja mogę mieć pretensję tylko do siebie; o to, że nie zawsze je koryguję, o to, że albo nie mam czasu tego zrobić, albo dlatego, że za bardzo nie mam na to ochoty;) Dzięki za te słowa - odnoszę się do nich z pokorą i podkreślam raz jescze; poprzez moje wypowiedzi nie mam zamiaru nikogo urazić. To wspaniale, że są jeszcze ludzie na tego typu portalach, którym chce się czytać i komentować prace, a nawet interpretować je na własny sposób i doradzać apropos fabuły itp, oraz wskazywać błędy. Pozdrawiam wszystkich serdecznie:)

Opublikowano

Obiecuję nie zabierać już więcej głosu w kwestii "niechcenia", i powtarzam,że nieczuję się urażony,ale jakby wyglądał świat gdyby tak samo mówili: Arystoteles, Platon, Sofokles, Fidiasz, Homer, Konfucjusz, Budda, Leonardo, Michelangelo,Bramante, Szekspir, Dostojewski, Balzac, Kepler, Kopernik, Galileusz, Kartezjusz, Kolumb, Vespucci, Diaz, Renoir, Van Gogh, Picasso, Darwin, Beethoven, Szopen, Puccini, Bach, Einstein, Newton, Leibniz i Salvadore Dali, oraz wielu, wielu innychwielkich,średnich i małych twórców, odkrywców, i po prostu ludzi sumiennie wykonujących swoją pracę.
Czy wyobrażasz sobie świat, bez tych milionów ludzi, którym się chciało? Gdyby nie oni, urodziłbyś się pewnie w jakiejś jaskini, czy szałasie- a ja bym cię... zjadł.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • -  Nawet kilofy nam nie pomogą, padniemy z głodu lub pożarci przez mrówki, nim się przekopiemy przez ten gruNawetz. Jesteśmy tu pogrzebani - rzucił w beznadziei Seweryn i przystawił czoło do lodowatej skały - potrzebuję czegoś na migrenę…    Jegor opierał się o ścianę i przesuwał palec wzdłuż ostrza pałasza, całe stępione, lepiej poszukać nowego. Dzięki rozsianym zewsząd trupom mieli pokaźny zapas prochu, ale nie wystarczający by wysadzić nowe przejście. Mieli też tylko dwóch strzelców, cała reszta kopalni została wyrżnięta w pień.    - Jest jeszcze jeden sposób by się stąd wydostać - rzucił lakonicznie Halyjczyk.   - Jaki? Mówże na Peruna Wielkiego!   - Kopalnia połączona jest z kolonią mrówek. One też muszą jakoś wychodzić na powierzchnię, by szukać pożywienia. Więc jeżeli wejdziemy do ich gniazda, możemy znaleźć inny wylot.   - Po tym pogromie chcesz stawić im czoło tylko we dwójkę?   - A widzisz inne wyjście? - spojrzeli po sobie przenikliwie. Obaj wiedzieli, że to szalony pomysł, ale obaj też wiedzieli, że innych nie rady znaleźć - wiemy już, że boją się ognia i że potrafią jakoś roztopić stal. Ich pancerz jest też nieco za gruby dla szabel, tępią się i szczerbią.   - Więc jaki mamy plan?   - Chodź póki co do głównej jamy, poszukajmy więcej gorzały… Albo czegoś jeszcze mocniejszego.   - Mam nadzieję, że starczy dla mnie na ból głowy.   Niegdysiejsza kopalnia zamieniła się teraz w pełnowymiarową nekropolię, porozszarpywane trupy walały się na każdym stopniu spirali. Tu i ówdzie leżała też szczęśliwie ubita mrówka, stosunek jednak strat między stronami, zgubnie przechylał się na stronę ludzką. Przetrwańcy wymienili swoje stępione ostrza, zebrali też zapas prochu. Za pazuchami znaleźli jeszcze dwie dorodne butelki z gorzałką. Jegor rozdarł również jeden z carskich mundurów, płaty tkaniny owinął wokół dogasającego łuczywa. Prawie każdy strażnik miał schowane w kieszeni krzesiwo, więc przetrwańcy zabrali dla siebie po sztuce.    - Mam jeszcze jedno zadanie dla naszych starych kling, wpadłem na pewien pomysł - rzekł w trakcie szperania Jegor.   Podeszli do trupa jednej z mrówek, było to jedno z najlepiej zachowanych ciał. Jegor nakazał przycupnąć Sewerynowi przy insekcie. Nagle ataman wzniósł szablę ponad głowę, Seweryn już łapał za rękojeść pałasza, chciał dobyć go z pochwy i sparować jak najprędzej nadchodzący cios. Klinga Seweryna zatańczyła w powietrzu, na nic jednak nie natrafiła. Jegor całkowicie minął ostrzem kapitana i maltretował tępą szablą ciało mrówki, dopóki nie urżnął jej łba. Lepki płyn trysnął z powstałej rany, ochlapał łańcuch, który spętywał Seweryna z Jegorem. Stalowe ogniwa topniały i kruszyły się przy szarpnięciu. Seweryn poczuł swobodę.   - Teraz moja kolej - rzucił Jegor, prowadząc Seweryna do następnej mrówki.   Cały proces powtórzył się, tyle że to Seweryn tym razem był oprawcą. Tępy pałasz bardziej rozdzierał, niż ciął pancerz mróki, ale szkoda było marnować na ten brutalny proceder świerzych ostrzy. Obaj mężczyźni stanęli teraz przed sobą w pełni swoich sił, w pełni własnej swobody i uzbrojeni po zęby. Lustrowali się oczami pełnymi uznania. Jeszcze rankiem rzucali się sobie do gardeł, teraz mogliby zrobić to samo, z lepszym, szybszym i śmiertelnym skutkiem.   Zeszli na dno jamy, roztrzaskane skrzynie złota leżały tam nieruszone. Zwrócili się do skrzydła, w którym zaczął się pogrom. Ciała Sepentrionów, którzy tam legli zniknęły, na podłodze zostało tylko kilka krwawych smug. Szeroka szczelina ziała na poznaczonej bruzdami ścianie. Jegor nawilżył łuczywo alkoholem i skrzesał ognia. Obaj ocalali przestąpili na drugą, nieznaną stronę podziemi, stopa po stopie.   Następne kroki stawiali z ostrożnością. Nawet Jegor wykazywał zachowawczość, z surowością kopalni zdążył już się oswoić, lecz wąskie tunele za roztrzaskaną ścianą były dla niego czymś zupełnie odmiennym. Bezkresna ciemność rozlewała się gdzie wzrok sięgnął, a mrok przecinały tylko nikłe płomienie dwóch łuczyw. Przewieszone przez barki arkebuzy klekotały, obijając się o ściskające podróżnych skały. Szable dygotały w pochwach w rytm ruchu bioder. Dłonie w rękawicach prześlizgiwały się po chropowatych nierównościach, pomagając utrzymać równowagę na pochyłej powierzchni. Echo oddechów mieszało się z basem tupotu baczmagów.   Odsunęli dłonie od ścian i spostrzegli jak ich palce owija cienka, lepka substancja. Ta sama, która bryzgała z otworów gębowych mrówek, tyle, że rozcieńczona i nieszkodliwa. Tak samo i podeszwy butów lepiły się miejscami do podłogi, a delikatne mlaskanie zaczęło podążać za echem tupania. Ciche i odległe tykanie dało się usłyszeć przy postojach. Minęli po drodze kilka rozgałęzień, lecz starali się nie zbaczać i trzymać głównego, najszerszego korytarza.   Wyszli do całkiem szerokiej jamy, w jednym z jej kątów spoczywał sporych rozmiarów głaz, albo półka skalna, trudno było ocenić w ciemnościach. Przemierzyli salę wzdłuż krawędzi. Nagle Seweryn spostrzegł osobliwy biały proszek walający się na ziemi. Pochylił się, by go zbadać. Jegor wkrótce zdał sobie sprawę z braku kroków podążającego dotychczas za nim towarzysza. Odwrócił się z wilgotnym od potu czołem. Doznał ulgi, gdy zobaczył kapitana żywego. Wkrótce biały proszek przykuł i jego uwagę.    - Wiem już chyba z czym się mierzymy - mruknął ataman cicho pod nosem.   - Tak? Czym więc jest ten proszek?    - To mączka kostna. Jesteśmy w mrowisku lodowych grabarzy.   - Co takiego?    - To gigantyczne mrówki, które potrafią obgryźć człowieka do gołego szkieletu, ale to im nie wystarcza. Żuwaczkami mielą również i kości, taka mączka znacząco wzmacnia ich pancerz. Tuż nad nami jest… To znaczy był obóz pełen ludzi, nic dziwnego, że urosły do takiej liczebności.   - Perunie chroń nas…   - Słusznie. Musimy być obecnie w jednej z ich spiżarni, a to znaczy, że jesteśmy coraz bliżej ich leża.   Zapadła chwilowa cisza, jednak cisza ta była złudna. Dotarło do nich, że już od jakiegoś czasu podczas ich rozmowy, do ich uszu dobiegał narastający szmer. Lekką wibrację podłoża dało się już odczuć pod podeszwami. Jegor i Seweryn wyciągali płonące łuczywa we wszystkie strony, by tylko dostrzec zagrożenie. W końcu dojrzeli blady błysk gładkiego pancerza owadów.   Zwrócili się w przeciwnym kierunku, przebiegli parę kroków, lecz mrówki wyłoniły się i z tej strony. Miarowym krokiem wycofywali się pod ścianę, nie mieli dokąd pójść. Seweryn z desperacji spojrzał w górę, zachłysnął się nagle powietrzem, nadzieja wypełniła ponownie jego członki.    - Półka skalna! Wspinaj się!   I chyżym susem wciągnął się w górę, podał w mig rękę Jegorowi. Byli wyżej, ale wciąż w kącie bez wyjścia. Machali łuczywami, mrówki cofały się parę kroków, ale wkrótce nadrabiały, gdy ogień zwracał się w inną stronę.    - Wznieś pochodnię! - niespodziewanie rozkazał Jegor - Niech podejdą!    - Oszalałeś!?    - Wznieś mówię!   Seweryn wahał się z początku, lecz po srogim spojrzeniu towarzysza, usłuchał. Ogień jarzył mu się ponad głową. Jegor z początku uczynił to samo, lecz wkrótce sięgnął do kieszeni pod kożuchem. W ręku błysnęła butelka gorzały. Przycisnął szyjkę do warg i napełnił usta po brzegi. Wtedy opuścił łuczywo przed siebie i bryznął z gęby alkoholową chmurą prosto w ogień. Fala gorąca rozlała się na potwory, znów rozległo się żałosne kwilenie, a cokolwiek przetrwało, pierzchło z powrotem w głąb jaskiń.    - To twój kolejny szalony plan, który uratował mi skórę, ale mówże mi na przyszłość, co chcesz zrobić - wycharczał Seweryn w przypływie adrenaliny - gdybym nie usłuchał, obaj byśmy zginęli. Ale przynajmniej jesteśmy teraz bezpieczni.   - Nie przesadzałbym, zostało mi tylko półtorej butelki na takie sztuczki.   - W takim razie lepiej ruszajmy, wolałbym zostać z nadmiarem gorzały, ale być na powierzchni.   - Czekaj chwilę, widzisz tamten kokon na ścianie? Chciałbym go obaczyć, będę miał alkohol w gotowości.   Seweryn nie spostrzegł wcześniej osobliwego kokonu, zastanawiał się, czemu tak paskudna rzecz mogłaby interesować Jegora. Podchodzili miarowymi krokami do uwitego z mrówczej wydzieliny bąbla, a im bliżej byli, tym Sewerynowi coraz częściej się zdawało, iż pod jego powierzchnią dostrzec można drobne drgania. Przystanęli z dwóch różnych stron. Jegor z gorzałą i łuczywem w rękach, Seweryn z obnażoną szablą. Lechita wbijał delikatnie sztych między włókna, sunął ostrzem w dół, aż gdy szczelina była wystarczająco duża, grawitacja zrobiła swoje. Z kokonu wypadł wprost na ziemię jakiś duży obiekt. Po chwilowej konsternacji, okazało się, iż jest to człowiek! Spowity w sepentrioński mundur wartownik kopalni!    - Nie na taki łup z kokonów liczyłem… - oznajmił nonszalancko Jegor.   - Spójrz! Jeszcze dycha - ryknął Pilecki.   - Mrówki zostawiły świeże mięso na później.   - Pomóż mi go obrócić na plecy, dajmy mu dobrze złapać powietrza i postawmy go na nogi.   - Będzie dla nas zbędnym obciążeniem, lepiej go zostawić.   - Im większa grupa, tym łatwiej będzie nam przetrwać. No dalej, pomóż mi. My cię rannego na stepie nie porzuciliśmy.   Jegor się przemógł, zrobili tak, jak ustalił Seweryn. Oparli na nieprzytomnego strażnika o ścianę. Klepnęli go po parę razy po policzkach, by nieco przywrócić mu kontakt ze światem. Strażnik mruknął parę razy i uniósł leniwie powieki. Rozglądał się chwilę, nie rozumiał zbytnio co się dzieje, dopiero co był na warcie, ktoś otworzył szczelinę i ostatnie co pamięta to dźwięk szurania i płynący mu przed oczyma sufit.    - Zostałeś porwany i uratowany, teraz musimy się stąd jak najprędzej wynieść - wyjaśniał Sepentrionowi Jegor, postanowił zachować szczegóły masakry w kopalni dla siebie.   - Pułkownik pewno mnie zleje za obijanie się, długo tu siedziałem?   - Zbyt długo, rusz zad!   - Chwila, ale wy jesteście więźniami. Jakim prawem mi rozkazujecie?   - I jesteśmy uzbrojeni, więc wstawaj jeśliś oleju we łbie nie utracił.   Nowy towarzysz coś pomamrotał pod nosem, lecz wkrótce ruszyli dalej w głąb jaskiń. Ku ich niezadowoleniu, poziom groty schodził pochyło w dół. Szli powolnym krokiem, zważając na każdy szmer. Powietrze zrobiło się nadwyraz duszne, ale czy to przez strach, czy wszechobecny śluz mrówek, żaden nie chciał przed sobą przyznać. Uratowany Sepentrion począł z wolna odzyskiwać równowagę, coraz pewniej stawiał kroki. Umysł otrzeźwiał mu się coraz bardziej z każdym pokonanym metrem.    - Jak cię zwą? - zaczepił strażnika Seweryn.   - Arkadij.   - Słuchaj Arkadij, mam nadzieję, że pojmujesz w jakiej sytuacji się znajdujemy?   - Nie pamiętam zbyt wiele.   - Jesteśmy w jądrze niebezpieczeństwa, musisz odpuścić swoje dawne nawyki i słuchać nas, jeśli chcesz przeżyć.   - Mam się bratać z Lechitą? Za żadne klejnoty Cara. Czuję wasze zimne lufy na karku, tylko dlatego z wami podążam. Poczekajcie tylko, aż dotrą do nas posiłki, doigracie się za pojmanie sepentriońskiego sołdata.   - Odpuść, to nie ma sensu - wtrącił Jegor, nagle wytrzeszczył oczy i zawołał do towarzyszy - stop!   Tuż przed nimi zionęła niezgłębiona otchłań, szeroka wyrwa w ziemi, która niemal pochłonęła ich podczas marszu. Chyląc łuczywa nad przepaścią, nie sposób było dostrzec jej dna, dało się jednak zauważyć przeciwległy brzeg, urywający się stromo spadającą ścianą. Jegor poburkiwał niezrozumiale pod nosem i rzekł wkrótce do reszty.   - Powinniśmy dać radę to przeskoczyć. Ja pójdę na pierwszy ogień, skaczę z was najlepiej i pomogę wam utrzymać się na drugiej stronie. Drugi niech skoczy Arkadij, jeszcze trochę kuśtyka i trzeba go asekurować - podszedł blisko Seweryna i szeptem rzekł mu do ucha - i pilnuj go, by nie zwiał.   Po tych słowach Jegor przeciął powietrze i bez problemu znalazł się na przeciwległym brzegu urwiska. Obrócił się na pięcie, kazał Arkadijowi szykować się do skoku. Sepentrion zrobił drobny i niezgrany rozbieg, mięśnie jego nóg jeszcze się na dobre nie rozbudziły, tor jego lotu zataczał ostry łuk w dół. Przed oczyma mignął mu tylko bury bohomaz skał, zderzył się ciałem ze ścianą, lecz w tej samej chwili Jegor chwycił jego miotające się swobodnie w powietrzu ręce. Wciągał oszołomionego Sepentriona, nagle, gdy ciało Arkadija znajdowało się już niemal w całości na stałym podłożu, spory kawał skały ukruszył się pod ciężarem dwóch mężczyzn. Jegor uskoczył przez zawalającą się ziemię, ciało Arkadija znów wisiało. Ataman skupił w sobie całe siły i jednym szerokim ruchem przyciągnął strażnika do siebie, tym razem bez przeszkód.   Seweryn stanął przy krawędzi, jego skok nabrał dodatkowych trudności. Trasa znacząco się wydłużyła przez skruszenie się skały. Kapitan kręcił głową w beznadziei, mógł się tylko cofnąć i poszukać innej drogi, w samotności.    - Nie dam rady przeskoczyć, szczelina zrobiła się zbyt szeroka - krzyknął do Jegora.   - Musisz, nie mamy innego wyjścia.   - My?   - Bądź co bądź, potrzebujemy się wzajem. To jak, zaufasz mi?   - Nie mam innego wyboru.   Gdy to mówił, cofnął się o parę kroków, zrobił tak mocny rozpęd, jak tylko mógł. Powietrze gładziło go po skurze, gdy szybował tuż nad przepaścią, nie czuł kompletnie żadnej materii pod podeszwami baczmagów. Dłoń trzymał otwartą, wysoko w górze, strach tym razem nie zamalował mu twarzy. Z gruchotem zbił się ze ścianą, czuł mocny ścisk na przedramieniu, on także zacisnął na czymś równie mocno dłoń. Linię podłoża miał przy piersi, skulonymi nogami odpierał się od skalnej ściany, jedną ręką podciągał się o krawędź przepaści, za drugą wciągany był przez Jegora.   Stanął na równe nogi, obaj mężczyźni byli zdyszani. Między nimi na podłożu, plątał się wracający do przytomności Arkadij. Jego również postawili w pionie. Szli ramię w ramię, Halyjczyk i Lechita. Sepentrion chwiał się przed nimi.   Wkrótce wkroczyli do nietypowej groty, której ściany mieniły się pod ogniem łuczywa niczym gwiazdozbiory. Ten widok z miejsca oczarował by kogoś z wrażliwą artystyczną duszą, ba nawet może i zainspirował do spisania ambitnego poematu. Lecz nie to grało w duszy obecnych tam ocaleńców, to byli zahartowani żołnierze, skupieni jedynie na przetrwaniu obecnej sytuacji. Beznamiętnie maszerowali pod gwieździstym sufitem, nie zważając na obecne tam piękno nawet na krótką chwilę.    Wtem powróciło tykanie, ale tym razem różniło się ono, było wyraźnie cięższe. Byli teraz w dość wąskim korytarzu, łatwiej byłoby się im obronić ogniem, niż w otwartej grocie. Czekali więc na impakt w najwęższym odcinku.   I wtedy z gęstej ciemności ponownie wyłonił się rój, ale Jegor odczuwał dużo większe zagrożenie. Czuł to, ale nie mógł jeszcze świadomie pojąć, z czym się musi zmierzyć. Umysł Halyjczyka rozjaśnił się w końcu, gdy przez korytarz śmignęło kilka mrówek obok siebie, a jedna większa od drugiej.    - To żołnierze! - wydusił z siebie ataman.   Chwycił za pełną butelkę alkoholu i bryznął zawartość hen przed siebie, rzucił pochodnię. Ogień buchnął niemal pod sufit, lecz tym razem kwilenie usłyszeć było można sporadycznie. Wielkie mrówki kroczyły przed siebie niepowstrzymane.   Zdawało się już, że to koniec, że tym razem trzeba niechybnie salwować się ucieczką. Mrówki przestępywały przez pląsające płomienie i były coraz bliżej. Jegor próbował się już wycofać, ale nagle na przód wyskoczył Seweryn. Wyciągnął spod kożucha zgrabioną prochownicę i cisnął ją prosto w ogień. Grzmot podobny do gniewu Peruna odbijał się między ścianami. Mrówczy łeb roztrzaskał się na drobne kawałki, gdy styknął się z eksplozją prochu.   Jegor wrócił na front korytarza, razem z Sewerynem rzucali następne wory pełne prochu, mieli ich niemały zapas z głównej jamy kopalni. Rzucono chyba z sześć prochownic, mrówcze ciała latały w strzępach po jaskini, obryzgując twarze ocaleńców rozgrzaną w ogniu krwią. Reszta roju ponownie się wycofała w głąb. Byli ocaleni.   Obaj mężczyźni dyszeli teraz przeraźliwie, ich zapasy kurczyły się z każdym starciem. Jegor ruszył już do przodu, Seweryn łapał jeszcze chwilę powietrze, a Arkadij stał cały ten czas osłupiały ze strachu. Halyjczyk zajrzał w głąb korytarza, przystawił ucho do ściany. Nie widział nic, ani nie słyszał żadnych nadchodzących kroków. Odwrócił się do towarzysza, lecz nagle bach! Coś przyćmiło mu widok, runęło na niego z sufitu, a on wierzgał się teraz na podłodze. Jeszcze jeden żołnierz ostał się, gdy próbował ominąć płomienie. Jego żuwaczki bezlitośnie próbowały zgnieść czaszkę Jegora, lecz ataman w ostatniej chwili zdążył je złapać w dłonie. Całą siłę skupił teraz w ramionach, ale ścisk żuwaczek był niewyobrażalnie mocny. Mimo wszelkich prób rozszerzenia uścisku, te zwężały się coraz bardziej. Mięśnie ramion Jegora bolały, jakby były rozrywane na strzępy. Jego kończyny wiotczały, siła go opuszczała. Nagły trzask, Jegor zwolnił ramiona i zapadła ciemność.   Otworzył oczy, wciąż leżał na ziemi. Na nim zwiotczałe truchło mrówczego żołnierza, zrzucił je z siebie. Odsłaniając sobie widok, dotarło do niego, że nad nim stoi Seweryn ze wzniesioną lufą arkebuza, jeszcze dymiła od świeżego wystrzału. Seweryn opuścił broń i wyciągnął rękę do Jegora, tamten stanął na nogi.   Niespodzianie do tej dwójki dołączył Arkadij, jego wzrok zmienił się nieco, nie przepełniała go już aż tak pogarda.    - Muszę jednak przyznać, że mości panowie uratowali mi już niejednokrotnie życie. To… jak panowie nieugięcie walczą… Proszę odpocząć, pójdę na zwiad.   Arkadij oddalił się, a Seweryn z Jegorem przycupnęli na ziemi, musieli nieco ochłonąć.   - Czemu tym razem nie działał na nie ogień? - pytał Seweryn otrzeźwiony już po akcji.   - To żołnierze, mają znacznie grubszy pancerz, do tego jeszcze nie mają gruczołów kwasowych. Robotnice używają łatwopalnego kwasu, by zmiękczać skały i drążyć w nich tunele. Przy okazji, gdy nie mogą znaleźć pożywienia, wchłaniają w ten sposób minerały. Ten kwas nie potrafi jednak trawić złota.   - Złota? A co ma złoto do tego?   - Spójrz wokół siebie, na tę grotę. Wszędzie w skale rozproszone są pyłki złota, mrówki zlepiają w samorodki i wydalają całkowicie oczyszczone. O spójrz tam w kąt! - i Jegor wskazał kilka drobnych, błyszczących kulek leżących pod ścianą.   - To znaczy, że jeśli wybilibyśmy całą kolonię, pozbawilibyśmy Sepentrionów wydajnego źródła złóż dla tej kopalni? I nie mieliby jak finansować wojny!   - Dokładnie tak.   Seweryn powstał, przestępował z nogi na nogę. Drapał się po głowie, wyglądał, jakby dostał kolejnego ataku migreny, nic jednak bardziej złudnego. Stanął nagle sztywno przed Jegorem, wziął głęboki wdech i rzekł stanowczo.    - Jesteśmy już głęboko w mrowisku, może głębiej niż powinniśmy być. Zmierzyliśmy się już kilkukrotnie z zagrożeniem, o niemało przepłaciliśmy to życiem. Mam jednak prośbę. Zejdźmy jeszcze głębiej i wyplewmy te cholerstwa do gołej ziemi. Potrzebuję twojej pomocy, sam nie dam rady. Złożę do wojewody wniosek o twoje ułaskawienie jeśli się na to zgodzisz.   - Daruj sobie swoje łaski, jeszcze nie jedno narozrabiam na stepach. Jeśli chcesz wybić całą kolonię, najłatwiej będzie uderzyć w królową. Bez matki, wszystkie mrówki pomrą w najwyżej tydzień.   - Czyli zgadzasz się?    - I tak chciałem zabrać stąd kilka samorodków, a przy gnieździe królowej jest coś znacznie cenniejszego. Wchodzę w to.   - Nie marnujmy w takim razie czasu.   - Tylko Arkadij nie może się o tym dowiedzieć, może wciąż być lojalny wobec cara i z pewnością przeszkodzi nam, jeśli coś wypaplamy.   - Racja, ale chyba wiem jak wywieźć go w pole.   I zmierzali w głąb gniazda, a na karkach czuli narastające napięcie. Wkrótce napotkali wracającego z patrolu Sepentriońskiego towarzysza, złączyli się na powrót w jedną grupę i nie zatrzymywali się już więcej. Pomniejsze korytarze przecinały się coraz częściej, główny korytarz przekształcał się w coraz szerszą jamę. W końcu jama przekształciła się w główną salę, z której wybiegały odnogi tak liczne, że przetrwańcy zapomnieli, z której przybyli. Jedno z przejść było znacznie większe od pozostałych, kończyło się ono skrajną pochyłością, oblepioną w całości śluzem o osobliwej woni. To właśnie tą drogą postanowili ruszyć dalej wojownicy. Zbliżyli się doń i spojrzeli po sobie. To był czas ostatecznych wyjaśnień.    - Arkadiju - zaczął Seweryn - nie chcieliśmy ci mącić w głowie, lecz nadeszła pora ci coś wyjaśnić. Gdy kopalnia została opanowana przez mrówki, niemal wszyscy zginęli podczas szturmu. Wszyscy poza nami dwoma. Chcemy pomścić naszych poległych pobratymców, a tam w dole znajduje się właśnie źródło całego zamieszania. Czy zechcesz nam towarzyszyć?   - Wszyscy? - głos zadrżał Arkadijowi - nie, nie mogę z wami tam pójść. To nie moja walka, to czyste szaleństwo. Ledwo sobie daliśmy radę podczas przeprawy, a tam ma być coś gorszego? Mogę dla was jednak zostać na czatach. Będę pilnował tyłów, jednak jeśli nie wrócicie do mnie w kwadrans, odejdę stąd bez was.   - Niech i tak będzie - rzekł beznamiętnie Jegor - czas nagli, pora ruszać.   Zjechali na podeszwach po stromiźnie. Zjeżdżalnia miała dobre kilkanaście metrów. Dotarli do dna, a ich oczom otwierało się leże królowej kolonii. Sama monarchini zdawała się być w uśpieniu, lecz zbudziła się, wyczuwając nadciągające, obce zagrożenie.    - Bogowie, to coś jest wielkie jak żubr! - wydukał z siebie Seweryn.   Bestia powstała na swych sześciu odnóżach. Wielka królowa poczęła szarżować w kierunku kapitana i atamana, obaj mężczyźni dobyli szabel. Seweryn uskoczył w trymiga na bok, Jegor stanął teraz naprzeciw wielkiej mrówki, mierząc ostrzem prosto w łeb. W ostatniej chwili wymachu, królowa zakleszczyła jednak klingę Halyjczyka między żuwaczki. Ataman siłował się, by wyciągnąć szablę z potrzasku. Czuł jak żyły pulsowały mu w ramionach, gdy napinał mięśnie do kresu swej wytrzymałości, magma lała się mu przez tętnice.   W tym czasie Seweryn podbiegł od boku i niestępioną jeszcze szablą odciął jedną z nóg mrówki. Ta zaryczała z bólu i rozstrzaskała ostrze Jegora. Na ten ryk wezbrało się rozległe szmeranie, tykanie patyków o kamienną podłogę. Halyjczyk nie dał się zdezorientować nagłym obrotem sytuacji, królowa wychynęła łeb w jego stronę i kłapnęła żuwaczkami, niczym dwie iskrzące o siebie kosy, tamten jednak uskoczył w prawo. Do sali ześlizgnął się nagle Arkadij.    - Nadciągają! - krzyczał wypluwając płuca - Nadciągają! Pomocy!   Sepentrion był w panice, jego twarz była jak z najgorszego malowidła. Wbiegł wprost przed rozwścieczoną monarchinię mrówek, ta znów kłapnęła żuwaczkami, a Arkadij został przecięty na pół w pasie. Krew bryznęła jak z rozbitego jajka, twarz Sepentriona zamarła, nie wydał z siebie nawet jęku bólu. Jego dwie połówki padły na ziemię poszerzając taflę szkarłatnego bajora.   Tuż za Arkadijem zbiegło się kilku mrówczych żołnierzy. Jegor odwrócił się gwałtownie. Wypalił do jednego z potworów z arkebuza, z trzema następnymi musiał zmierzyć się ostrzem pękniętym.   Seweryn rzucił się natomiast na ziemię i przeturlał pod tułowiem królowej. Wstając z kolan, zamachnął się i odrąbał czystym cięciem drugą środkową nogę. Królowa nie mogła już utrzymać własnego ciężaru i padła z hukiem na ziemię, unieruchomiona. Kapitan nie marnował czasu, gdy tylko zauważył, że Jegor ma kłopoty, ustrzelił żołnierza z arkebuza i skoczył na pomoc.   Zostało jeszcze dwóch mrówczych żołnierzy. Jegor nie mógł się za żadne skarby przebić złamaną szablą przez ich pancerz. Wtem jednak Seweryn wpadł na jednego ze stworów z uzyskanym w biegu impetem. Żołnierz wywrócił się plecami do ziemi, a Seweryn wbił sztych szabli prosto w miękki brzuch.   Została ostatnia mrówka, która szarżowała wprost na Jegora. Ataman odpędzał się resztkami klingi, lecz roztrzaskane ostrze za żadne skarby nie potrafiło choćby zarysować pancerz owada. W końcu jednak Jegor postanowił wetknąć między żywaczki potwora palące się łuczywo. Mrówka chwilę próbowała przegryźć drewniany trzonek, lecz w tym czasie Jegor odbiegł na kilka metrów, Seweryn widząc co się dzieje, rzucił wprost w ogień swoją ostatnią prochownicę. Mały worek prochu przefrunął po sali, zatoczył w powietrzu łuk i niechybnie zbliżał się do źródła żaru. Już jeden jęzor ognia musnął go lekko i nagły błysk oświetlił salę. Nastąpił huk, a łeb żołnierza rozwarł się na dwie połówki.   Zagrożenie zostało zażegnane, lecz w kącie sali kwiliła jeszcze ranna królowa. Dwaj mężczyźni podeszli do niej i gdy ta rozwarła żuwaczki w przypływie bólu, wojownicy wbili w jej gardło swe szable po sam jelec. Stwór szybko znieruchomiał i ucichł.   Kroczyli obok siebie na koniec sali. Ściana, brak wyjścia. Seweryn chciał się wycofać na rampę, lecz Jegor nie zatrzymywał się. Coś małego i białego wiło się po kątach. Jegor uniósł to przed swą twarz, było wielkości jego przedramienia i nieustsnnie się poruszało.   - To larwy mrówek? - pytał Seweryn.   - Nie inaczej.   Jegor wzniósł oburącz lawrę ponad głowę i niespodziewanie ścisnął ją w dłoniach. Przezroczysty sok wypływał z miękkiego, pomiętego ciałka, a Jegor spijał każdą kapiącą kroplę.   - Co ty wyprawiasz!? Te larwy karmione były ciałami górników, obok których pracowałeś!   - Taka jest natura, ich materia wróciła do obiego, a ja chcę znów tę energię zapożyczyć. Czy wiesz ile takie larwy muszą w sobie trzymać składników odżywczych, by wyrosnąć na takie bydle, jak tamte? Jestem wykończony po całym dniu walki, a to działa jak niezwykły otrzeźwiacz.   Jegor przetarł nadgarstkiem wyrastające spod jego nosa, wilgotne krucze pióra, kilka kropel larwiego napoju spływało mu jeszcze z warg na zarośniętą brodę. Wyciągnął zza pazuchy pustą butelkę po gorzale, podszedł do następnych larw i wycisnął jeszcze dwie. Butla była napełniona po sam korek przezroczysto zielonkawym płynem.    - A to na później. Chcesz trochę?   - To poniżej jakichkolwiek norm!   - Hah - Jegor zaśmiał się pod nosem - nie umoralniaj mnie. Właśnie wyrżnąłeś całą kolonię mrówek na swoje widzimisię. Ja po prostu też chcę coś z tego mieć. Niejeden szlachcic z zachodnich stepów zapłaci mi fortunę z choćby naparstek tego napoju.   - Robiłem co musiałem dla swej ojczyzny, by na tych ziemiach mógł panować spokój i porządek. Ty z kolei nie kierujesz się absolutnie żadnymi zasadami poza własnym dobrobytem.   - Porządek? Zasady? Czy nie widzisz do czego one prowadzą? Tam ponad nami, wznosi się obóz ciemiężców, czy takiego porządku szukasz? Rygoru?   - Istnieje jednak umiar. Nie wszystko musi być sprowadzane do ekstremów.   Dudniący szmer przerwał im niespodziewanie rozmowę, nie byli pewni skąd dobiegał. Czy po drugiej stronie ściany była jeszcze jedna komnata? Czy coś nadbiegało z rampy?    - Mniejsza z kłótniami - uciął Jegor - coś nadchodzi i powinniśmy się stąd jak najszybciej ulotnić.   Ruszyli wspinać się po rampie. Lepka powierzchnia pomagała się im utrzymać w miejscu, lecz wzrastał w nich niepokój. Nie mieli już prawie żadnych zapasów, a szmer stawał się coraz bardziej donośny i rozległy. Gdy byli już u szczytu, od razu rzucili się do biegu. Kręcili się po korytarzach, raz w prawo raz w lewo, raz ciaśniej, raz szerzej, ale nigdy wstecz, gdyż szmer nie odstępował ich na krok. Znaleźli się nagle w ślepej uliczce, desperacko rozglądali się i macali ściany w poszukiwaniu szczelin. Seweryn spojrzał w górę. Na końcu korytarza znajdował się szyb prowadzący pionowo w górę.   Jegor pierwszy zaczął się wspinać. W szybie było jak w kominie, jego pierś i plecy nieustannie stykały się ze skałami. Trudno było zgiąć kolano, czasem wisiał w powietrzu, tylko dzięki sile swych ramion. Byli prawie u szczytu, jasność blado przebijała się przez sufit, lecz nagle Jegor spostrzegł, iż wyjście zapieczętowane jest lodową czapą.   - Wyjście zamarzło na kość! - Jegor rzucił informację w dół.    - Kuj sufit szablą! - krzyczał Seweryn - Szybko, są już tuż, tuż!   - Nie mam, królowa mi ją roztrzaskała.   - Dam ci swoją, czekaj!   Seweryn oparł się stopami i zadem, by nie runąć w kominie. Ciężko było wyprostować u szczytu ramiona w łokciach, a co dopiero wyciągnąć sztywną szablę z równie sztywnej pochwy. Szło to mozolnie, Pilecki co rusz musiał zmieniać ustawienie ramion, a płaz szabli niebezpiecznie prześlizgiwał mu się. Najpierw po piersi, a później po karku. Pałasz w końcu był wyciągnięty, lecz trzeba było go jeszcze podać i obrócić sztychem do góry, nie dźgając przy tym towarzysza, ani siebie. Kapitan wyprostował rękę najmocniej jak mógł, trzymał szablę za płaz, aż Jegor wreszcie złapał.    Sztych i głownia obijały się o ściany pionowego szybu. Jegor próbował obrócić pałasz raz trochę wyżej, raz trochę niżej, ale nie mógł znaleźć dość szerokiego miejsca. W końcu chwycił za sztych rękawicą, okazało się, że miejsca starczy, ale tylko tuż przy obojczykach Jegora. Ostrze niemal ocierało się o gardło Halyjczyka, a gdy już pionowo je prostował, zaciął nawet lekko skórę. Teraz jednak nie zważał na stróżkę krwi, rył z całych sił sztychem w lodzie.   Drobne promienie przedzierały się już przez czapę, szczelina nad głowami powiększała się, była już na tyle duża, by pomieścić Jegora, a więc i Seweryn się zmieści. Ataman wystawił rękę ponad jaskinię, rzucił w śnieg szablę i kurczowo złapał się krawędzi szczeliny. Podciągnął się, był na powierzchni. Podał rękę towarzyszowi, postawił go obok siebie. Rozświetlona jama ukazywała gnające za nimi chmary mrówek. Jegor chwycił szablę i wraz z Sewerynem pierzchli hen za horyzont.   Biegli chyba z dwa kwadranse, nie oglądali się, w końcu jednak i halyjski hart ducha się wyczerpał i Jegor przystanął, odwrócił się do zostawionych przez nich na śniegu śladów. Nie widział nic, prócz okalających ich drzew.    - Chyba je zgubiliśmy, jesteśmy bezpieczni - mówił zdyszany ataman, próbował złapać oddech.   - A co teraz? Sam w obozie mówiłeś, że jesteśmy na pustkowiu.   - Nie zostało nam nic innego, niż iść na zachód, aż do skutku. Chyba, że chcesz tu siąść, zamarznąć i umrzeć z godnością.   - Nie, godnie by było walczyć do końca.   - Też tak sądzę - Jegor rozpiął najwyższy guzik kożucha i wyciągnął coś zza pazuchy - obiecałem ci chyba zostawić coś na ból głowy. Masz, zostało jeszcze pół butelki gorzały.   - Ha! Przydałoby się czymś rozgrzać - Seweryn pociągnął łyk z gwinta.   I ruszyli wkrótcę ku zachodowi, torując baczmagami śnieg, wprost do chylącego się za horyzont różawego Słońca.
    • @violetta   Violetta …ale z Ciebie koleżanka…:( potrzebuję Ciebie a Ty sobie śpisz…:( nie wiem jak można spać :( w taką noc;) 
    • @tie-break No, sporo ostatnio chodzę po moim mieście. Albo jeżdżę bez celu autobusami. I też tak czuję, że się we mnie zapisało.  Dzięki!
    • @hollow manZnakomite :) Jak śpiewał Niemen - "mam tak samo jak ty". Miasto jest mną, a ja jestem miastem. To jeden z moich ulubionych tematów na wiersze, w których miasto to nie tylko przestrzeń życiowa, czy też wygodna metafora do wszelkich człowieczych przypadków, ale coś dojmująco ludzkiego w swojej strukturze, funkcjach, dynamice, różnorodności zachodzących w nim procesów. Miejska tkanka odtwarza to, co dzieje się w naszych głowach.
    • @violetta   gdzie jesteś Violetta?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...